karusiek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2005

turlam sie wlasnie po ogromnym dwuosobowym lozu otoczonym moskitiera, ktore mam tylko dla siebie i to za cale 70 rupii, mark i michal spia na przeciwko za 80, nie tak zle, jestesmy juz w hampi i jest 8.30 rano.

ostatni wieczor w palolem uplynal pod znakiem muzyki, w jednej knajpie raz w tygodniu jest scena otwarta dla wszystkich chcacych zaprezentowac swoje muzyczne umiejetnosci, skrzetnie to wykorzystuja wszyscy, ktorym muzyka blisko duszy lezy, stad na scenie spotkali sie fan hendrixa z nepalu, kolesie z irlandii z harmonijkami, holender grajacy na kongach, spiewajacy francuz, kilku pijanych anglikow lubiacych grac bluesa a ja grajac na didjeridoo, ktore udalo mi sie pozyczyc w sasiednim barze, dodawalam do tego wszystkiego szczypte orientu, w koncu jestesmy w indiach, bylo na prawde genialnie. ja wrocilam grzecznie do domu, ale mark troche zabalowal i rano zamiast wyjechac o 5.30 na pociag wyjechalismu 15 po 6,ale na szczescie dla nas, pociag mial godzinne opoznienie. mark od razy walnal sie spac, obok w przedziale (nie przedziale gdyz paciag jest otwarta przestrzenia) siedzieli jacyc biali turysci, ale bylam juz zmeczona tysiacami takich samych rozmow na goa, skad jestes, jak dlugo w indiach, jak dlugo jeszcze, wiec cala droge wolalam miec tylko dla wlasnych mysli i obserwacji ludzi, tym bardziej ze jechalismy przez gorzyste tereny, wodospady naokolo, gory, swiatynie.
na poczatku pociag byl w miare pusty, ale po 4 godzinach nagle dowalilo tyle ludzi, za miejsce, ktore mialam miec tylko dla siebie w polowie zostalo zajete, 15 osobowa rodzina rozsiadla sie naokolo mnie, oblepiajac przedzial jak muchy, dla mnie na maksa interesujace doswiadczenie, kiedy wszyscy mieli juz stabilne siedzenie, zaczeli jesc, adaptujac na kuchnie moja polowke siedzenia, kobieta wyciagala kilejno talerze, wiadro zoltego ryzu gotowanego z warzywami, jajka na twardo w sosie cury, dziwne pasty warzywne, domowy jogurt, wszyscy jedli rekami popijajac woda z ogromnego termosu, najpierw mezczyzni i dzieci, pozniej kobiety, a na samym koncu bialaska przyczajona w kaciku przy oknie tez dostala, pierwszy raz jadlam rekami, ale potrawy byly nadzwyczajne, po skonczonym posilku wszystkie smieci za okno i zaczelo sie poznawanie i bratanie, do konca podrozy czyli po jakis 5 godzinach wiedzialam wszystko o 10 ciotkach, 15 wujkach, 30 kuzynach,zdazylam sprezentowac kilka drobiazgow, w zamian zrobily mi manicure, wcisnely bransloletke na reke, stalam sie czlonkiem rodziny, spiewalismy, robilismy zdjecia, kiedy przyjechalismy na nasza stacje zegnalam sie chyba 10 minut ze wszystkimi, cudowne doswiadczenie, tym bardziej, ze jedna z dziewczyn jest nauczycielka angielskiego i udalo mi sie wyciagnac informacje o aranzowanych malzenstwach, posagach i w ogole jak to wszystko dziala (napisze o tym innym razem) tak…czasem warto byc samemu a ludzie i historie same cie znajda.

kiedy wysiedlismy w hospet dolaczyl do nas koles ze sloweni i z buta razem udalismy sie na dworzec autobusowy, aby zlapac autobus do hampi, bylo juz ciemno i po deszczu takze wszedzie bloto, autobus wytrzasl nasze tylki niezle, na szczescie tylko pol godziny, jak wysiedlismy znowu rzucily sie na nas lokalne hieny, oferujac pokoje, ale znalezlismy przyjemny dom w rozsadnej cenie, zarejestrowalismy sie w police station i poszlismy na kolacje, bardzo przyjemny wieczor, co slowianska krew, to slowianska krew, mielismy z michalem niezly ubaw popijajac piwo…tak to byl bardzo dlugi dzien.

dzieci w pociagu sie nudza i marza

ham_IMG_2468.jpgham_IMG_2469.jpgham_IMG_2473.jpg
by IkaruS

ciesze sie ze jutro rano wyjezdzamy, takie leniwe zycie to nie dla mnie, brak tematow na historie, brak energii do robienia zdjec, ale odpoczynek tez byl potrzebny do zregenerowania organizmu, takze nie narzekam

wczoraj nie wiele sie dzialo, zawsze po poludniu na plazy przed jedna z knajp rozgrywane sa mecze siatkowki, gra sie po 6 zawodnikow do 15, starym systemem punktowania (czyli punkt zdobywa sie tylko przy swojej zagrywce) wygrana druzyna zostaje na boisku, a przegrana caly czas sie zmienia, tak wiec wczoraj znowu byly rozgrywki, wsrod 11 chlopa bylam jedyna siatkarka na boisku (w koncu polki to podwojne mistrzynie europy) o ile gra w srodku pola nie sprawiala trudnosci, nie moglam sie w ogole wstrzelic z zagrywka, mecze gra sie pilka do nogi, wiec jest twarda i ciezka, wszystko psulam, az do momentu gdy przy stanie 14:13 mielismy pilke meczowa i ja poszlam na zagrywke, nogi mi sie trzesly, serce lomotalo, skoncetrowalam sie i zaserwowalam, as serwisowy i wygralismy,potem juz poszlo gladko, przy mojej zagrywce zdobywalismy punkty seriami wygrywajac kolejne mecze 15:4, 15:1, czulam sie jak gwiazda sportowa, poniewaz licznie zgromadzona publicznosc wiwatowala po kazdym moim zagraniu, to nic, ze po wczorajszej trzygodzinnej grze rece mam mocno obolale i resztki piasku pod powiekami, warto bylo pokazac facetom, ze kobieta tez potrafi.

w miescie coraz wiecej turystow, w zwiazku z tym pojawila sie policja, wieczorami zatrzymuja, kontroluja, przeszukuja kieszenie w celu znalezienia narkotykow, ktore dla wielu travelersow, sa nierozerwalnie zwiazane z tym miejscem, wczoraj znajomy w barze opowiadal, ze zatrzymali go na glownej ulicy i mial jednego skreta w kieszeni, zazadali 10.000 rupii (prawie 700 pln) inaczej 6 lat w wiezieniu, chlopak sie przestraszyl, ale mial tylko 800, wystarczylo, na szczescie dla niego policja jest wszedzie skorumpowana i biora przewaznie wszystko, aby tylko zarobic.

nieporownywalnosc cenowa pewnych rzeczy w indiach jest smieszna, np za bilet do hampi,gdzie bede jechala 8 godzin place 270 rupii, a za taksowke do oddalonego o godzine margao skad odjezdza pociag 500, dobrze ze jest nas dwoje, a moze bedzie trojka, zawsze to taniej

maz pani domu jest rybakiem, jest bardzo chudym malym czlowieczkiem, rano wyplywa na morze zarzucac sieci, gdy wraca przemarzniety i zawiany, siada w plastikowym foteliku skula sie do postaci embrionalnej i spi tam prawie caly dzien, czasami sie ozywia, staje na podworku rozglada sie i nagle hop na palme kokosowa, wspina sie po 15-sto metrowym pniu bez zadnych zabezpieczen jak malpka, scina sobie kilka kokosow na deser i ta sama droga schodzi na dol, kiedy wypije mleczko i zje miasz, powraca na swoj szary (kiedys bialy) fotelik, zwija sie w klebek i zasypia.

herbert nie daje nam sie nudzic, czasami sie zastanawiam czy te wszystkie historie z jego zycia, ktore nam opowiada mogly sie wydarzyc na prawde, ale gdy na niego patrze stwierdzam, ze jak najbardziej. niedaleko jego wioski w gwatemali, gdzie mieszkal przez jakis czas ze swoja zona, znajdowalo sie lotnisko przeznaczone do miedzyladowan dla samolotow przewozacych narkotyki, pewnego dnia jeden z samolotow musial awaryjnie ladowac w srodku lasu tuz obok wioski, pilot zginal, ale samolot wraz z ladunkiem na pokladzie ocalal, ludzie z wioski przez kilka pierwszych dni nie podchodzili tam, zostawiajac sprawy lokalnej mafii, ale kiedy mijaly kolejne tygodnie i nikt sie samolotem nie interesowal, zaczeli smielej do niego zagladac, okazalo sie ze na jego pokladzie jest 150 kg czystej kokainy, no i cala wioska zaczela brac, bardzo szybko sie uzaleznili, wielu ludzi umarlo z przedawkowania, ci co przetrwali zrujnowali sobie zdrowie i teraz snuja sie po wiosce jak widma…nigdy nie wiadomo jaka manna spada z nieba…

pan_DSC_2849.jpgpan_DSC_2854.jpg
by IkaruS

pomimo tego, ze w palolem nie ma lokali, gdzie mozna posluchac muzyki na zywo, na brak live koncertow nie mozna narzekac, codziennie mozna wysluchac kilku malych solowych wystapien jak rowniez wiekszych koncertow. najwczesniej graja rybacy, okolo 7 wracaja ze swych polowow, wyciagaja sieci na brzeg, pomagajac sobie spiewem w utrzymaniu rytmu pracy, ich kobiety i dzieci przebieraja ryby dyskutujac, dzieki czemu dodaja swoje wysokie tony, przedstawienie konczy sie po godzinie i na plazy nie ma nikogo, wtedy pole do popisu ma morze i skrzetnie to wykorzystuje, wypuszczajac rozniej wielkosci fale i roznej wysokosci szumy, w miescie w tym czasie swa gre rozpoczynaja ludzie, najpierw wchodza damskie alty, pozniej dolaczaja niskie basy meskie i dzieciece soprany, kolejno zaczynaja dolaczac instrumenty, klaksony, mlotki, rowerowe dzwonki,ostrzalki nozy, pily, bzyczace silniki skuterow, warczace motory i rzezace samochody, dolaczaja do nich krzyczace ptaki siedzace na drzewach oraz piejace koguty i wszyscy lacza sie w jednej wielkiej ulicznej improwizacji; w ciagu dnia muzykow ogarnia rozleniwienie, a poza tym jest zbyt goraco aby grac, uaktywnieja sie dopiero wraz z zachodzacym sloncem, o 18 kolejny koncert przy malym kosciolku ukrytym wsrod domkow na plazy, odswietnie ubrane kobiety z malymi dziecmi przychodza odmawiac swe litanie do matki boskiej, wprowadzaja sie w trans na pol godziny, powtarzajac wersy jak mantry, dzieci zaczynaja pierwsze nadajac tempo, jednostajnie, caly czas z ta sama intonacja, kobiece partie sie zmieniaja, raz wyzej raz nizej w zaleznosci mysle od tekstu, kiwaja sie przy tym w przod i w tyl stojac w rzadku,kiedy koncza jest zupelnie ciemno, a gdy ciemnosc otula plaze swym szalem, ludzie chowaja sie po barach, ktore zamykaja okolo 11, wtedy wszyscy ida do jedynej knajpy otwartej w miescie, pozostawiajac scene pusta, korzystaja z tego kolejni muzycy, psy spiace na plazy, co pol godziny skrzykuja sie w wieksze grupy po 10-20 i zaczynaja spiewac stojac w kolku, jedne wyja, inne zawodza, jeszcze inne szczekaja, co i raz ktorys spiewa partie solowa, sety trwaja minute badz dwie, nagle urywaja i rozchodza sie w kompletnej ciszy do swoich legowisk, by powrocic na nastepne wystapienie. tak…w palolem jest wielu wspanialych muzykow i cudownych koncertow.

mam juz bilet do hampi na niedziele rano, poniewaz mark zmierza w tym samym kierunku, jedziemy pociagiem razem, wczoraj w nocy padalo, wiec zaszylismy sie w knajpie i troche popilismy z nowo poznanym dunczykiem i norwegiem, wiec dzis mam lekkiego kaca.

a poza tym mam nadzieje, ze ilosc razy, kiedy po ciemku weszlam w krowie lajno w ciagu ostatnich kilku dni, zapewni mi szczescie na dlugie, dlugie lata…

a oto nasza pani domu przesiewajaca rano ryz

pal_DSC_2881.jpg
by IkaruS

rozleniwilam sie troszeczke, trudno sie dziwic, zycie w takim miejscu tak dziala na czlowieka, wszystko toczy sie powoli, codziennie tym samym jednostajnym tempem, wszyscy wykonuja te same czynnosci, nie szarpiac, nie przyspieszajac, nie tracac energii, postanowilismy wiec wczoraj cos zmienic i wyrwac sie choc na chwile ze szpon lenistwa. herbert i jego kolega, w zwiazku z tym ze zostaja tu dluzej, maja wypozyczone motory, pojechalismy wiec we czworke, jeszcze z markiem, na dzika plaze, ktora znaja tylko nieliczni wtajemniczeni szczesciarze. po 20 minutach jazdy z palolem skrecilismy w boczna szutrowa droge wijaca sie wsrod lak i krzewow wszelakich, bawoly i krowy tlumnie wylegly, aby zobaczyc kto tam sie przebija przez ich terytorium, ale zarowno one jak i my zachowalismy spokoj w wymianie spojrzen i nie wchodzac sobie w droge, rozeszlismy sie kazdy w swoim kierunku, zostawilismy motory na gorze i waska sciezka schodzaca w dol po klifie, przedzierajac sie przez chaszcze i obserwujac malpki hasajace po palmach ponad naszymi glowami, dotarlismy do cudownego miejsca, gdzie po jednej stronie wila sie mala rzeczka, a po drugiej szalalo morze z wielkimi falami i co najwazniejsze, brak zywej turystycznej duszy, mielismy wiec niezla zabawe, najpierw walka z falami w morzu, a pozniej chilout w chlodnej rzeczce ze slodka woda (bardzo czysta i przejrzysta jak na indyjskie warunki) pozniej pojechalismy do punktu widokowego w copa de rama, gdzie znajduje sie stara fortyfikacja i z gory w koncu udalo mi sie dojrzec pierwsze delfiny, pozniej zimne piwko i powrot w promieniach zachodzacego slonca.

na kolacji spotkalam szache i powiedzial mi ze jutro z samego rana wyjezdzaja z ojcem do bombaju, skad maja powrotny samolot do izraela, wiec wieczorem poszlam do ich chatki, aby sie pozegnac i moc jeszcze kilka chwil pobyc w towarzystwie michaela, swieczki, kadzidla, indyjska muzyka, rozmowy, rozmowy, rozmowy…

jest pochmurno, wiec nie chce mi sie chodzic na plaze, siadam na glownej uliczce palolem, przyczajona w kaciku i godzinami przygladam sie zyciu lokalnych ludzi, to najbardziej fascynujace filmy i zupelnie za darmo, u fryzjera strzyga malego chlopca, ktory za nic nie chce stracic swoich czarnych kreconych loczkow, wiec drze sie w nieboglosy, matka, ojciec i pomocnik fryzjera trzymaja jego rece, nogi i glowke, a fryzjer maszynka pozbawia go zbednego owlosienia, za rogiem starzec z niemiec z dluga biala broda i rownie dlugimi wlosami, jak co dzien po porannym chodzie po plazy w samych slipkach, kiedy widac jego chude, wyzylowane cialo, czyta gazete popijajac kawe z mlekiem, dalej od glownej ulicy znajduja sie chatki z trzciny, w ktorych jak u nas na wsi, kury, krowy, psy, zapach wiejski, kobiety zbieraja chrust, robia pranie, dzieci bawia sie na ziemi, mezczyzni po porannych polowach spia lub oporzadzaja ryby…filmow sa
setki, trzeba tylko poszukac…

stwierdzam, ze zycie plazowe dobre jest, ale co za duzo to nie zdrowo, wiec dzis jade kupic bilet na pociag do hampi na sobote lub niedziele, aby dotrzec tam przed 1 listopada, kiedy ma zaczac sie pieciodniowy festival na ulicach, zywa muzyka, duzo ludzi, jeszcze nie doczytalam sie dokladnie czemu bedzie poswiecony, ale na pewno to uczynie, aby wiedziec w czym uczestnicze. kiedy juz wiadomo, ze za kilka dni zobacze znowu cos innego i odwiedze kolejne miejsca, nozki same mi chodza podekscytowane, rowniez aparat pstryka cichutko migawka cieszac sie na nowe ujecia czekajace tam na niego, komputerek to otwiera, to zamyka ekran, zachecajac do pisania nowych opowiesci, tak…moi towarzysze podrozy wiedza co dla nas najlepsze…

pal_IMG_2457.jpg
by IkaruS

kiedy ponad rok temu przypadkiem trafilam na bloga RUDEJ i kiedy codziennie z zapartym tchem czytalam o niesamowitych historiach, ktore przydarzaly sie podczas jej podrozy po indiach i sri lance, i kiedy zazdroscilam jej troszke tych wszystkich miejsc i ludzi, ktorych spotykala na swojej drodze, nigdy nie smiala bym wierzyc w to, ze zobacze to na wlasne oczy. kiedy pisala o swoim zyciu, o tym jak poznala manu, jak prowadza knajpke na plazy w patnem i jak nie chce jej sie wracac do polski, obiecalam sobie, wiedzac juz ze wyjezdzam, ze odnajde ja w indiach i poznam osobiscie, gdyz nie raz jej zabawne historie wprowadzaly mnie w dobry nastroj w dlugie zimowe wieczory, mialam zamiar sprezentowac jej czerwony lakier lancome i ciastka od jotki, ale w miedzyczasie okazalo sie, ze nie udalo jej sie przedluzyc po raz kolejny wizy i musiala wrocic do polski na miesiac, aby pozalatwiac wszystkie formalnosci, szkoda, ale przynajmniej zobaczylam jej male polskie krolestwo w dalekich indiach i poznalam jej towarzysza zycia-manu.
manu jest bardzo sympatycznym gosciem, kiedy dotarlam plaza do ich malej knajpki okolo 2 km od palolem, ostro pracowal z chlopcami, szykujac wszystko na otwarcie sezonu, ktore planuja za kilka dni, smial sie ze wszyscy polacy, ktorzy ich odwiedzaja znaja kasie dzieki jej blogowi, magia internetu dziala, ja tez mialam wrazenie ze pomimo tego iz nie znam ich osobiscie, to dzieki czytaniu o ich codziennym zyciu, sa mi bliscy w jakis tam sposob, poprosilam manu, aby pokazal mi kasi zdjecia, dzieki temu moglam w koncu jej wirtualna dla mnie postac, zmaterializowac. kto wie, moze kiedys sie spotkamy.

po prawie czterech dniach, czuje sie juz mocno zadomowiona, mam juz ulubione miejsca na sniadanie i kolacje, gdzie spotykam znajome twarze, takze caly czas jest z kim pogadac, kolejna fascynujaca postacia z galerii ludzi jakich poznalam, jest michael. michael ma 63 lata, urodzil sie w szwajacarii, ale w latach osiemdziesiatych w ramach swojej wewnetrznej rewolucji, zdecydowal sie na wyjazd do izraela, gdzie mieszka do dzis. w podroz ta zabral go jego syn szacha, i sa w drodze od miesiaca. michael jest czlowiekiem z tak magiczna osobowoscia, ze ilekroc ich spotykam, to mam ochote siedziec z nimi godzinami, kazdy jego ruch, sposob w jaki mowi, tembr glosu i spokoj jaki z niego emanuje, sprawia wrazenie, ze jest postacia z innego wymiaru, moze to muzyka, ktora towrzyszy mu od dziecka, daje takie efekty, nie wiem. michael jest zawodowym perkusjonista, swoje improwizowane koncerty solo jak i z innymi muzykami grywa po calych swiecie, w malym miasteczku, w ktorym mieszka, ma wielkie studio, gdzie organizuje warsztaty dla ludzi z calego swiata, graja na roznych instrumentow, rysuja i maluja inspirowani muzyka, medytuja. jego zona ma mala pracownie, gdzie recznie szyje kapelusze filcowe, buty, torby i sprzedaje je w izrealu i w europie, oprocz szachy, maja jeszcze dwie corki. michael godzinami opowiada o muzyce, jej wplywie na cale jego zycie, o tym jak uczy sie milosci dzieki niej, na koncertach jego odbiciem lustrzanym wsrod publicznosci oraz najlepszym i najcenniejszym krytykiem jest wlasnie szacha, ktory pokazuje w ktorym momencie powinien podkrecic tempo, czy zaczac spiewac, stad ich niesamowita wiez, ktora widac na codzien. kiedy siedze z nimi wieczorem przed ich domkiem, sluchamy szumu morza i indyjskiej muzyki minimal, jaka zakupili w czasie podrozy, ptaki krzycza nad glowami, w powietrzu zapach kadzidla…jestem spokojna…jestem szczesliwa…nic wiecej nie trzeba…

ps. ptaki z polski doniosly mi o wynikach wyborow, no comment, wciskam wiec plakat lokalnego kandydata dla porowniania, gdyby przyszlo nam do glowy za bardzo narzekac. zdjecia ludzi o ktorych pisze na pewno zamieszcze, tylko pozniej, nie chce ich od razu atakowac aparatem.rany goja sie dobrze, ale kilka blizn zostanie, bede mogla pokazywac je swoim wnukom…tak marysiu babcia lubila swego czasu slizgac sie po glazach w indiach…

pal_IMG_2460.jpg
by IkaruS

po trzech dlugich posepnych dniach, slonce znow powrocilo do palolem, wczoraj o 12 w nocy skonczyla sie trzydniowa prohibicja ogloszona w zwiazku z lokalnymi wyborami, kto wiedzial jak wyciagnac alkohol z tubylczego zaplecza, pil bez wzgledu na to czy to czas wyborow czy nie, inni biali travelersi chodzili o suchym pysku czekajac z utesknieniem az ten wyborczy koszmar sie skonczy.kiedy lokalesi zdecydowali juz kto bedzie nimi przewodzil podczas najblizszej kadencji, wylegli tlumnie na ulice, drac paszcze, jezdzac w ta i z powrotem bez celu, trabiac i tworzac korki na jedynej ulicy we wsi, oraz co i raz rzucali gazety na ziemie, w ktore zawiniete byly kapiszony, strzalaly tak glosno i robily tyle siwego dymu, ze mozna by pomyslec ze to jakies militarne szkolenie.
czas w palolem plynie powoli, to dopiero poczatek sezonu, ale z kazdym dniem przybywa stoisk z bazarowymi ciuchami, knajpek z zarciem oraz izraelitow,ktorzy stanowia 95% wszystkich bialych w miescie, niedlugo trzeba bedzie stad uciekac i przemiescic sie w mniej oblegane miejsca.

mieszkam w malym family house zaraz przy glownej drodze, ale okna mam na malownicze podworze, dom wyglada jak wyjety z poludniowoamerykanskiego filmu niebieskie sciany, biale balustrady, palmy, kwiaty, biale piasej u wejscia, a na dodatek jeden z moich sasiadow puszcza salse caly dzien. w domu sa cztery pokoje przeznaczone na wynajem.

pokoj numer jeden, z ktorego drzwi wychadza bezposrednio na maly tarasik, to krolestwo herberta. herbert jest szwajcarem, ma 50 lat, jest tu od 2 miesiecy i zamierza zostac jeszcze 4, herbert godzinami opowiada o swoim zyciu i o niesamowitych historiach, ktore mu sie przydarzaly. urodzil sie w szwajcarii, ale nigdy nie byl przywiazany do tego kraju, olewal system, wiec zaczal podrozowac i robic rozne ciemne i mniej ciemne interesy,m.in. sprzedawal obrazy pewnego polskiego malarza w poludniowej afryce, lecz glownie jego dzialania byly zwiazane z narkotykami, przez wiele lat byl uzalezniony, teraz przeszedl na emeryture, los rzucil go swego czasu do meksyku, gdzie poznal swoja zona, gwatemalke, ktora rowniez aniolkiem nie byla (po zastrzeleniu policjanta w gwatemali, odsiedziala 6 miesiecy w wiezieniu, a gdy wyszla na przepustke uciekla z kraju) byla bardzo piekna kobieta i kiedy zasiedzieli sie w meksyku, zrobila kariere jako wokalistka, koncertowala wiec duzo po kraju, ciagle w drodze i ciagle na haju, w miedzyczasie rodzily im sie corki, ktorych obecnie maja 4, najstarsza ma 20 lat, rowniez sa pieknymi i bardzo odwaznymi kobietami jak ich matka, obecnie helbert zrobil sobie przerwe od roli ojca i odpoczywa tutaj, w szwajcarii nigdy nie pracowal legalnie, interesy z narkotykami, kradzieze w sklepach, hodowla marihuany we wlasnym domu, nadal olewa system, nie placi zadnych podatkow, nie otwiera rachunkow, dopiero jak policja wkracza do akcji, ale helbert i jego zona, nie boja sie niczego, nawet smierci.

pokoj numer dwa, to ja, ale o sobie nie wypada pisac, wiec przechodzimy do

pokoju numer trzy, gdzie mieszka mark, mark jest francuzem, ma 24 lata i ogrom poskrecanych jak male sprezynki wlosow na glowie, ktore wygladaja bardzo smiesznie, mark rowniez nie splamil sie nigdy etatowa praca, robil w zyciu wiele rzeczy, poczawaszy od opiekuna na obozie dla dzieci w usa a skonczywszy na jezdzeniu po calej europie z kapelami i pracowaniu w ekipie technicznej sceny na najwiekszych festiwalach rockowych. mark dopiero zaczal swoja przygode z indiami i ma zamiar podrozowac przez 6 m-cy. jest bardzo zabawnym gosciem, spiewa, gra na pianinie i komponuje, wiec siedzimy na tarasie i godzinami gadamy o muzyce, mark wyznaje zasade „no plans” wiec nie wiadomo dokad zmierza i co zamierza. mark czasami krzyczy w nocy bardzo glosno, budzac wszystkich dookola, ale zawsze rano za to przeprasza, jest lunatykiem i nie kontroluje swoich zachowan, opowiadal mi ze wiele razy zrobil sobie krzywde lunatykujac, nie czul gdy lamal sobie nos wchodzac w drzwi, gdy stanal na lozku i skrzydlo wiatraka walnelo go w twarz, gdy spiac w namiocie przeszedl razem z nim 100 metrow i obudzil sie rano zagrzebany w krzaki, rurki i skrawki materialu. ojciec marka byl pastorem, wiec od dziecinstwa wychowywac sie musial w czyms w rodzaju wspolnoty religijne, bardzo konserwatywnej, wiec juz w wieku 16 lat nie wytrzymal cisnienia i rozpoczal wlasna droge przez zycie, jego rodzice w miedzyczasie sie rozwiedli i ojciec nie jest juz pastorem, zostal gejem, obecnie mieszka w paryzu, jest dla marka wielkim przyjacielem.

pokoj numer cztrery to parka, on wloch z neapolu, ona niemka z berlina, poznali sie w austrii, siedza glownie w swoim pokoju, badz na plazy, wiec nie udalo mi sie zgromadzic jakis szczegolow dotyczacych ich zycia

naszym domem dowodzi starsza lady, ktora jest bardzo mila osoba, troszczy sie o nas jak o wlasne dzieci.

doznalam pierwszych obrazen i przelalam pierwsze krople krwi, wracajac z zachodu slonca zeslizgnelam sie z kamienia na ostre skalki, no i chroniac aparat nie ochronilam rak i nog, takze troche jestem ponacinana i pozdzierana tu i tam, ale bedzie dobrze:)

pal_IMG_2450.jpgpal_DSC_2874.jpgpal_DSC_2868.jpg
by IkaruS

budzi mnie pianie koguta, przez sciene saczy sie cichutko poludniowaamerykanska salsa, za oknem ktos glosno spluwa flegme, a w powietrzu czuc zapach rozpalanego ogniska, otwieram powoli oczy…pastelowo niebieskie sciany, czerwono ceglaste dachowki, ciemnozielone metalowe porecze lozek, biale przescieradla, drewniane drzwi i okiennice pomalowane na brazowo, w oknie wzorzysta zaslonka… tak nadal jestem w tym pokoju, to nie byl sen, nadal jestem na goa…

wiatrak pracuje leniwie a ja wracam myslami do wczorajszego dnia. chlopiec z recepcji, ktory przyniosl mi owoce, zaproponowal, ze w niedziele jadac w odwiedziny do rodziny, zabierze mnie swoim skuterem do margao skad zlapie autobus do palolem, musze tylko zatankowac, oczywiscie glupio bylo odmowic, choc troche mialam stracha, wiec zgodzilam sie. w niedziele z samego rana zapakowalismy moj caly dobytek na jego honde active i ruszylismy w droge, ktora jak sie pozniej okazalo byla warta kazdych pieniedzy (autobusy kosztowaly by mnie ok. 3pln a wlalam mu wachy za prawie 9) w zwiazku z tym ze byla niedziele, ruch na drodze niewielki, mlody dobrze znal trase, ktora pokonuje pewnie kilka razy w tygodniu, stad zwalnial przed kazda wieksza dziura chcac oszczedzic moj bialy tyleczek, pedzilismy w promieniach porannego slonca, mijajac miasteczka budzace sie ze snu, ludzi szykujacych posilki, rodziny spieszace do kosciola, dzieci grajace w krykieta, droga do margao mijala bardzo szybko, zlapala nas po drodze policja i wlepila mlodemu mandat za jazde bez kasku, kiedy dotarlismy na miejsce moj kierowca zaproponowal jazde do samego palolem (czyli w sumie 70km), dla mnie jeszcze lepiej, no wiec opuscilismy smierdzace spalinami, zatloczone margao i ruszylismy w podroz, ktora sie powinno odbywac z ukochanym, sorka za ten romantyzm, ale na prawde to bylo niesamowite, waska drozka wijaca sie to w gore, to w dol,wsrod porosnietych zielonym gaszczem wzgorz, morze na horyzoncia pojawialo sie i znikalo kiedy pokonywalismy kolejne zakrety, ptaki wrzeszczaly nad glowami, ospale krowy i psy wchodzily nam pod kola, ludzie w malych wioskach pozdrawiali z usmiechem i czulam sie tak wolna i szczesliwa, jakbym to ja sama prowadzila ten skuter, czasami warto zaryzykowac…
w palolem od razu znalazlam pokoj i udalam sie na rajska plaze, przepiekna, turystow nie duzo, choc spotkana izraelka twierdzi ze nigdy tylu w indiach naraz nie widziala (niech wpadnie do sopotu w srodku sezonu to wtedy pogadamy) sprzedala mi pare cennych informacji, gdzie tanio przezyc i razem sie byczylysmy przez caly dzien. gdy slonce zaczyna zachodzic w palolem morze cofa sie z ladu odslaniajac przesmyk, ktorym turysci i nieliczni miejscowi podazaja w strone skal, aby obejrzec mistyczny zachod slonca, wszyscy siedza jak zahipnotyzowani na ogromnych zielonych kamieniach w oczekiwaniu na to cudowne przedstawienie wyrezyserowane przez matke nature, i choc trwa tylko 15 minut, to pozostawia cie w takim dziwnym stanie zawieszenia na caly wieczor.

krotka wstawka o finansach, dla tych co nie znaja indyjskich realiow cenowych
1 pln to okolo 15 rupii
za pokoj w palolem place 100 rupii (w bombaju 500, w panaji 200), ryz z warzywami 35, za papier toaletowy w panaji placilalam urzedowa cene 27, woda 12, piwo w knajpie 35 (w bombaju 80) internet 30/h

o niesamowitych ludziach, ktorych poznalam pierwszego dnia, nastepnym razem, poniewaz nie lubie zdjec pocztowkowo krajobrazowych, na razie takich nie robilam, moze jutro cos wrzuce, aby pokazac w jakim cudownym miejscu jestem, postanowilam zostac tu troche dluzej moze tydzien, moze dwa, na zasluzone wakacje, tym bardziej ze nigdzie mi sie nie spieszy

pan_DSC_2846.jpg
by IkaruS

na dzis wyznaczylam sobie wizyte na tutejszym targu rybnym, wyruszylam wiec dosc wczesnie, niedaleko targowiska zjadlam sniadanie w mocno tubylczym miejscu, gdzie srednio dogadujac sie po angielsku, podali mi cos co wypalilo mi gardlo, wiec wypilam tyle wody ze juz nie bylam glodna do wieczora, wracajac do targu, niezle miejsce na zdjecia, gdybym nie byla biala turystka, a tak nie dosc ze rzucam sie w oczy, to jeszcze robiac zdjecia dzieciaki pchaja mi sie przed obiektyw, wpychaja paluszki i nie pozwalaja pracowac, dodajac do tego fakt, ze caly czas zapominam ze u nich sie chodzi lewa strona, efektem czego ciagle na kogos wpadam, mozna by rzec ze lekko nie jest.

targ to wielka hala wielka prawie jak torwar, gdzie na wybetonowanej posadzce poukladane w rownych rzedach setki stoisk z rybami, ich lbami, ich wnetrznasciami, ryby w kawalkach, w paskach, w krazkach, do wyboru do koloru, do tego krewetki i inne skorupiaki, stoiska oczywiscie bezposrednio na ziemi, miedzy nimi koty, psy i szczenieta szukajace skrawka jedzenia dla siebie, zapach powala juz u wejscia i nie opuszcza az do konca, skwasnialy odor zepsutych rybich wnetrznosci (po powrocie do hotelu musialam szorowac nogi szczegolnie) i w tym rybnym piekle wcisniete miedzy swe malusienkie stoiska siedza cudowne, kolorowo ubrane kobiety, targuja sie, krzycza, zloszcza, dopuszczaja rekoczynow, jatka na calego, wiadomo kazdy chce sprzedac jak najdrozej a kupic jak najtaniej, wiele stoisk udekorowanych jest kwiatami, czesc ryb jest zanuzona w lodzie a czesc lezy bezposrednio na koszach, pakowane sa w niepotrzebne gazety, (ciekawe czy te owoce morza za ktore amerykancy i rosjanie placa krocie w tutejszych restauracjach pochodza z tego targu, jesli tak, to widzac to wszystko na pewno by ich nie tkneli)

po godzinie moje nozdrza odmowily jednak wspolpracy i przemiescilam sie do kafejki internetowej,tam wydawalo mi sie, ze z knajpy na przeciwko slysze sigur ros no i pierwsza lezka za polska w kaciku, bo przypomnialo mi sie jak dwa tygodnie temu na Wff widzialam mistrzow wrzasku i fragmenty z koncertu sigura i tak zapragnelam ich posluchac, ze polecialam do hotelu po mp3, zapodalam sobie na uszy i od razu zrobilo mi sie lepiej, przechadzalam sie wiec jak wariatka po tych kolorowych uliczkach, jakos nie bylo tam ludzi, wiec cos tam nawet pospiewalam, usmiechajac sie od ucha do ucha. taki dobry nastroj byl pretekstem do wypicia pierwszego lassi bananowego i kiedy tak siedzialam saczac je przez rurke i myslac ze zycie jednak jest cudowne, wlos zjezyl mi sie na glowie, bo kompletnie zapomnialam, ze wychodzac z hotelu zostawilam odkrecone kurki, aby zlapac w wiadro troche wody, ktorej w dzien nie bylo. miejscowi musieli sie mocno zdziwic, widzac bialaske z szalem w oczach, zrywajaca sie z krzesla, rzucajaca jakies rupie na stol i wypadajaca na ulice w te pedy, ale co tam, wizja zalanego hotelu a przede wszystkim calego mojego dobytku byla na tyle przerazajaca, ze wylaczyla zdrowe myslenie, lecialam wiec jak glupia, lassi wylewalo mi sie uszami i nosem, a ja bieglam, dopadlam do hotelu 10 minut pozniej, na drugie pietro, otworzylam drzwi i…oczywiscie wody jeszcze nie wlaczyli, dobrze ze nadal jestesmy w indiach

dotarlam juz do palolem, skad wciskam te notke, o podrozy do tego przepieknego miesca nastepnym razem, ide na plaze na zasluzony odpoczynek

pan_DSC_2841.jpgpan_DSC_2842.jpgpan_DSC_2821.jpgpan_DSC_2833.jpg
by IkaruS

od godziny miotam sie po lozku nie mogac zasnac, wszystko przez to, ze odsypialam w dzien sleeper bus, ktory tylko z nazwy daje ci mozliwosc wyspania sie, w rzeczywistosci nie dal mi szans na zmrozenie oka (tu krotka kontynuacja wczorajszej opowiesci: po trzech godzinach jazdy wyjechalismy z bombaju, najpierw byl kawalek autostrady a pozniej jechalismy droga jak z filmow grozy, bardzo, bardzo ciemno, waska nitka dziurawego asfaltu,krzaki po obu stronach a to wszystko spowite czyms w rodzaju pylu czy mgly gestniejacego w reflektorach samochodow mijajacych nas z przeciwka, gdzies kolo 1 zatrzymalismy sie na tzw.sikpauze, wsrod tego zaginionego swiata oswietlona knajpka pelna ludzi, gdzie jako jedyna biala od razu wywolalam poruszenie, wiec zalatwiwszy co trzeba skrylam sie w autobusie, ostatni powrocil sasiad grubas, no i zaczelo sie, musialo mu cos zginac z siedzenia gdyz krzyczal, podnosil materace, trzy razy przeszukal swoja marynarke, wolal do kierowcy, modlilam sie tylko ze jako jego najblizsza sasiadka nie bede uznana za glownego podejrzanego w calej sprawie, wiec zawinelam sie jeszcze glebiej w swoj worek z przescieradla i udawalam ze w ogole mnie nie interesuje co sie dzieje za zaslonka, na szczescie przyszedl kierowca i jakos udobruchal krzykacza i pojechalismy dalej, jak zaczelo switac pojawily sie pierwsze lasy goa, niesamowicie soczyscie zielone, palmy, grube miesiste liscie jakis dziwnych roslin, kolorowe kwiaty i brunatnoczerwona ziemia, krzyk tropikalnych ptakow i w koncu pierwsze krowy, posrod tej zielonej gestwiny zatopione miasteczka, chatynki i oczywiscie lokalni mieszkancy, no i ten zapach…nie do opisania)

wiatrak halasuje a w pokoju obok, tubylcy ogladaja filmy akcji chyba z dubingiem indyjskim, wiec wyswiatlam wlasne projekcje w glowie sluchajac strzalow, krzykow, wybuchow i milosnych westchnien, a hindusi potrafia wzdychac…
dzisiejszy dzien troche byl rozbity, wloczylam sie po panaji bez celu, to bardzo przyjemne miasteczko usytuwane nad rzeka dwa razy szersza niz nasza wisla (ale co do czystosci wody to podobnie), ktore bylo pierwszym na drodze kolonizacyjnej portugalczykow, stad waskie uliczki, kolorowe kamieniczki z malutkimi balkonikami idealnymi na kolacje we dwoje, kwiaty, okiennice, taka miniaturka portugalii tylko z wymienionymi mieszkancami
w miescie nie ma wielu bialych turystow wiec nie za bardzo mam z kim zagadac, dzis szukajac miejsca na posilek spotkalam johna, wlocha, ktory pracuje jako kucharz 4 miesiace latem i 4 miesiace zima, a reszte roku podrozuje, poszlismy razem cos zjesc i pogadac, john duzo podrozuje, zaliczyl juz cala ameryke poludniowa, wieksza czesc azji, kolejny jego przystanek to poludniowa afryka, zawsze podrozuje sam, john z tego co wywnioskowalam z rozmowy, (duzo musialam sie domyslac gdyz jego poziom angielskiego nie odbiegal od sredniej wloskiej) zyje w oderwaniu od rzeczywistosci, mieszka tam gdzie ma prace, zadnej telewizji, zadnych gazet, zadnych przyjaciol, byl mocno zaskoczony gdy przy okazji rozmowy o religiach dowiedzial sie ode mnie ze Papiez od pol roku nie zyje…

a poza tym wszystkim to chyba czas troszeczke sie zbuntowac i w swojej wrodzonej ufnosci do ludzi i naiwnosci, wziasc poprawke na to, ze oni wszyscy na okolo sa mili, bo chca zarobic, no niby to wszystko wiem, ale ciezko sie z tym pogodzic, jak mam sie dobrze czuc kiedy chlopiec z recepcji przynosi mi owoce na sniadanie, nie chce pieniedzy i w kazdej innej sytuacji ujal by mnie tym, a przez to ze jestesmy w indiach juz mysle o tym, czego bedzie chcial w zamian…
to takie nocne dylematy…zaprzyjazniona jaszczurka tez nie moze sie zdecydowac czy muszki smakuja lepiej na dole czy na gorze okna…

jaszczurki.jpg
by IkaruS

ja rozumiem, ze za frycowe trzeba placic, rozumiem tez ze kazdy musi zarobic, ale zeby az tak?

dokladnie o 16.30 pojawiam sie w umówionym miejscu, skad taksówka ma mnie zabrac na autobus na goa,taxi jest, place z góry, kiedy docieramy na miejsce, zostaje przechwycona przez kolesia który pokaze mi mój autobus i zaladuje bagaz, grzecznie czekam o 17 podjezdza paulo travels i zostaje zaladowana za kolejne rupie na miejsce 28b oczywiscie razem z moim plecakiem, co w praktyce oznacza, ze z powierzchni sypialnej przeznaczonej dla dwóch osób o wymiarach 1,5 na 1,80 z mojej polówki zostaje mi juz tylko 1/2, tj. 75×90 na najblizsze 15 godzin, ale ok nie poddaje sie organizujac sobie jakos miejsce, zanim zdazylam sie ogarnac pojawia sie koles i laduje sie na miejsce obok, ok, mysle sobie, nawet do przelkniecia, ale moje oczy musza wyrazac cos innego w tym momencie, koles jakby to widzial i proponuje, ze w zwiazku z brakiem calkowitego oblozenia autobusu jest w stanie odstapic mi druga polówke, w pierwszej chwili mysle super,ale zaraz zapala mi sie czerwona lampka, hindus nie odda ci nic za darmo, no wiec targuje z nim jakas rozsadna cene, w koncu moge sie polozyc,
oczywiscie okazalo sie pózniej, ze miejsce i tak by bylo wolne i nabrali mnie po raz kolejny, ale co tam, zasypiajac popatrzylam na spoconego grubasa na przeciwko i pomyslalam a gdyby wszystkie miejsca byly zajete i on by lezal obok mnie i wciskal mnie cala noc w kratke przy oknie, to rano w panaji, gdyby ktos tylko chcial, to malujac co druga kratke na czarno, móglby uzyc mojej twarzy zamiast szachownicy.

sama podróz sleeperem przez dzielnice bombaju, byla niepowtarzalna, powinni nakrecic taki film 3d i puszczac go w imaxsie jeszcze z dodatkowymi efektami w stylu trzesacych sie siedzen, wycia klaksonów przeplatanych muza indyjska i dymami o zapachu jasminu na przemian z gównianym odorem, autobus mijal ulice, w które nigdy nie mialabym okazji sie zapuscic, dzielnice biedoty, gdzie rodziny na kawalku chodnika spia, kochaja sie, rodza i wychowuja dzieci, po prostu zyja, mijalismy lokalne targowiska, ulice specjalizujace sie w róznego rodzaju uslugach i patrzac na te tysiace ludzi, dopiero zrozumialam co to znaczy duuuzo, tu w bombaju gdzie mieszka wiecej ludzi niz w calej Polsce

dotarlam bezpiecznie do panaji, skad nadaje te wiadomosc, tu kilka dni i dalej na poludnie do palolem i patnem.

bom_DSC_2761.jpgbom_DSC_2763.jpgbom_DSC_2772.jpgbom_DSC_2775.jpgbom_DSC_2779.jpg
by IkaruS


  • RSS