karusiek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2005

wyobraz sobie miejsce, gdzie tymczasowosc i ulotnosc materii jest tak bolesnie namacalna, ze zimny dreszcz przechodzi ci po plecach; miejsce, gdzie masz wrazenie, ze kazdy dzien moze byc ostatecznym, kazda godzina sadna a kazde tchnienie ostatnim; miejsce gdzie ludzie zyja zawieszeni miedzy zyciem a smiercia oczekujac tego, co przyniesie jutro; miejsce to istnieje naprawde, zwa je dhanskodi.
40 lat temu bylo to tetniace zyciem miasto z dworcem kolejowym, szkola, domami, ulicami, usytuowane na cyplu wciesnietym w wody oceanu, skad widac wybrzeza sri lanki, az nastal ten dzien pamietny, gdy przyszedl potezny cyklon i w jednej chwili zabral wszystko co zywe, wszystko co kolorowe, wszystko co mogl zabrac, zmieniajac to miejsce w zywy cmentarz.
dzis na skrawku piasku o szerokosci 100 metrow nadal zyja ludzie, ale w ich sercach gosci dziwny niepokoj i tragedia, gdyz wszystko dookola przypomina im o tym, co moze nadejsc, dzis nie ma tu kolorow, bialo-szary piasek wdziera sie do domow, zasypuje drogi i wciska sie w lzawiace oczy, wyblakle bure chaty z lisci palmowych targane przez morskie wiatry, sprawiaja wrazenie jakby mialy sie rozleciec w kazdej chwili, nie ma drzew,nie ma kwiatow, jedyne kolory w palacym sloncu to blekit nieba i zielen morza, ludzie i zwierzeta w dziwnym oczekiwaniu, zawieszeni na moment w tym miejscu i czasie, za chwile rownie dobrze moze ich tu nie byc, krazysz godzinami jak po czyscu, gdzie droga prowadzi tylko w jedna badz w druga strone, jedynie zielony autobus, niebieskie ciezarowki i sklep z herbata przypominaja ci o rzeczywistosci.

ram_DSC_3250.jpgram_DSC_3228.jpgram_DSC_3229.jpgram_IMG_2631.jpgram_DSC_3249.jpgram_DSC_3222.jpgram_DSC_3246.jpg
by IkaruS

ps. w rameswaram znowu spotkalam swych stalych znajomych francuzow, po raz szosty!!! spedzilismy wiec caly dzien razem a po poludniu wsiedlismy razem w pociag do maduraiu, gdzie wyladowalismy poznym wieczorem, dzis odwiedzamy niesamowita swiatynie, ktora, mimo ze nie lubie budynkow, zrobila na mnie ogromne wrazenie, zdjecia zgralam do swej skrzynki mailowej, lecz nie moge ich zgrac na serwer, gdy znajde inna kafejke sprobuje ponownie, jutro ruszam do madrasu (chennai) by zalatwic troche formalnosci zwiazanych z dostaniem sie na wyspy andamanskie, gdy uda mi sie to zrobic, wroce do pondichery i aurovile
po kilku godzinach w koncu udalo mi sie wrzucic fotki rowniez do poprzedniej notki

nad kanyakumari czuwa widoczny ze wszystkich stron miasta posag vivekanandy znajdujacy sie na wyspie upamietniajacy jego medytacje w 1892 roku zanim zostal jednym z najwazniejszych indyjskich filozofow-myslicieli
ciekawe, ze lee sprezentowal mi ksiazke z jego naukami po angielsku, takze vivekananda i jego slowa beda mi towarzyszyc w dalszej podrozy

„man thinks foolishly that he can make himself happy, and after years of struggle finds out at last that true happiness consists in killing selfishness and that no one can make him happy except himself”

(tu mialy byc fotki, ale na razie polaczenia internetowe nie pozwalaja mi ich zamiescic)
w koncu zalegle fotki

kan_DSC_3151.jpgkan_DSC_3152.jpgkan_DSC_3154.jpgkan_DSC_3176.jpgkan_DSC_3153.jpg
by IkaruS

autobus do rameswaram mial wyruszyc o 7.30, wstalam wiec o 6.30, spakowalam swoj dobytek i o 7 stawilam sie u bram lokalnego zakladu transportowego. czekalo tam juz kilku podroznych zmierzajacych w tym samym kierunku, m.in. wloch frederico, okolo 50-ki, ktory podrozuje ze swym indyjskim przyjacielem z agry. wypilismy czaj i czekalismy. o 8.30 nadal zadnego znaku, ze autobus przyjedzie. ludzie zaczeli pytac pracownikow przez brame, co sie dzieje, oni tlumaczyli, ze kierowca mieszka 20 km od dworca ze nie moze dojechac, ale tak naprawde nikt nie wie dlaczego.
po kolejnej godzinie akcja zaczela przypominac scenariusz zywcem wziety z jednego z filmow bareji. wydelegowano bowiem ekipe reprezentujaca niedoszlych pasezerow, aby poszla na posterunek policji na skarge i sprowadzila umundurowane posilki. funkcjonariusz z powaznym czarnym wasem w piaskowym mundurze probowal wyciagnac przez brame jakies informacje, ale duzo wiecej sie nie dowiedzial, ponad to, ze trzeba czekac kolejna godzien, moze dwie, moze trzy. najgorsze jest to, ze jak masz kupiony bilet w kieszeni na konretny autobus, nie za bardzo mozesz sie ruszyc lub zmienic go na inny, takze tkwisz liczac na komunikacyjny cud.
ludzie grupkami szli na sniadanie, czesc z nich jadla, czesc pilnowala bagazu, sprzedawcy z kiosku z herbata szczerz wspolczuli oczekiwania i dodawali otuchy kolejnymi szklaneczkami z goracym czajem badz kawa.
o godzinie 11 pojawil sie zagubiony nieszczesnik witany przez pracownikow zakladu gromkimi brawami, ja tez klaskalam, takie wlasnie sa indie, koles spoznia sie do pracy 3,5 godziny a ty jestes szczesliwy, ze w ogole do niej dotarl. wsiedlismy wiec do autobusu. czasem wole wytrzasc swoj tylek w lokalnym srodku komunikacji niz jechac pociagiem, gdyz autobus zawsze jedzie glowna droga przez centra miast, miasteczek, wsi, wioseczek, mozna zobaczyc jak przy tej drodze ludzie zyja, mieszkaja, jedza, kloca sie, pracuja, wypoczywaja, cudowne filmy.
„droga” (kawalek asfaltu o szerokosci 2,5 metra podziurawiony jak szwjcarski ser, czasem tylko utwardzony piach z widocznymi sladami po ostatnich ulewach) wiodla przez takie wlasnie wioseczki. gdy opuscilismy kerala krajobraz zaczal sie zmieniac. rozlozyste palmy z ogromnymi dlugimi lismi ustapily miejsca smuklym siostrom z kilkoma krotkimi liscmi na czubku, trawa zostala wyparta przez miedziane piaski, zielone miesiesta krzewy zamienily sie w klujace buszowe krzaki, kolorowe murowane domy zmienily sie w lepianki z gliny i szalasy z palmowych lisci, riksze z silnikami ustalily miejsca swym rowerowym braciom, pasterze z kozami i owcami wylegli na stepowe pastwiska i bardziej czulam sie jak w afryce, gdy zar lal sie z nieba na te kraine.

ps. jestem juz w rameswaram, pada, pociagi do chenai nie chodza, wiec chyba bede musiala autobusem dotrzec do maduraiu i stamtad pociagiem dalej, zobaczymy, na pewno zostaje do jutra i dalej zdecyduje

gdy dotarlam na dworzec kolejowy w varkala okazalo sie, ze nie ma pociagu do kanyakumari, wiec kupilam bilet do trivandrum liczac na przesiadke. pociag spoznial sie godzine, dwie, trzy, tlum na peronie gestnial, ludzie zbijajac czas ogladali indyjskie filmy w zawieszonym pod dachem malym telewizorze. nagle na srodku platformy pekla guba metalowa srebrzysta rura doprowadzajaca wode, chlusnelo jak z wielkiej fontanny oblewajac najblizej znajdujacych sie podroznych, caly dworzec zaczal sie smiac, naprawde smiac, trzeslismy sie ze smiechu, pokazujac sobie palcami mokrych nieszczesnikow i po raz pierwszy poczulam, ze kolor mojej skory nie ma znaczenia, polaczylam sie z lokalesami w smiechu, bylo to bardzo przyjemne uczucie.
w koncu pociag nadjechal, podroz trwala ponad godzine ale z powodu opoznienia zamiast byc w trivandrum okolo 3-4 po poludniu, gdzie chcialam zlapac pociag dalej, wyladowalam tam okolo 7, wiec bylo juz ciemno, stwierdzialm wiec, ze musze tu przenocowac. z pomoca przyszla mloda dziewczyna, ktora poznalam w pociagu. wracala z rodzina z urodzin kuzyna i sama zaproponowala mi nocleg twierdzac, ze bedzie to dla niej wyroznienie i przyjemnosc goscic mnie pod swym dachem.
takze wzielysmy riksze, pozniej kilometr na piechote przez ciemne zaulki. ostatnio miewam problemy z koordynacja ruchowa, gdyz gdy chcialam kupic woda i troche owocow zaczepilam o wystajacy kraweznik, duzy plecak przycisnal mnie do ziemi przelatujac nad ma glowa i wywalilam sie jak dluga prosto w kaluze z blotem po swiezym deszczu, okolo 10 ludzi sybko podbieglo by mnie pozbierac do kupy, nic sobie nie uszkodzilam, ale bylam cala wypackana w blocie. coz bylo robic, otrzepalam sie i poszlysmy dalej. gini zaznaczyla, ze jej dom bedzie bardzo maly, tylko dwa pokoje, no problem.
nasze jako takie wyobrazenie o domu i pokojach po przyjezdzie tu, musi sie zmienic, gdyz przybudowke dlugosci 10 metrow i szerokosci 2,5 podzielona malymi sciankami skleconymi ze starych pustakow pokrytych bura chropowata zaprawa, przykryta dachem z lisci palmowych, bez podlogi, toalety i mebli, z karaluchami i insektami i 4 osobami tam mieszkajacymi, nikt nie nazwalby domem, moze trzymalby tam zwierzeta, moze…ale nie przeszkadzalo mi to wcale, ich goscinnosci moglyby pozazdroscic rodziny z wielkimi pieknymi domami, dostalam porcje ryzu z warzywami i swoje miejsce na podlodze wiec skulilam sie i szybko zasnelam.
gini ma 19 lat, pracuje w sklepie z bizuteria 6 dni w tygodniu za 1500 rupii miesiecznie (100pln). gini wybrala malzenstwo z milosci, poniewaz jest biedna, jej rodzina nie placila posagu, ale zaaranzowala slub z ich wlasnym kandydatem, gini sie zbuntowala, gdyz kochala innego chlopca. 3 miesiace temu pobrali sie, ale musiala opuscic dom rodzinny i zamieszkac u swej ciotki (siostry matki) takze w tym domu mieszka ciotka (bez meza, gdyz za duzo sie bili) jej najstarszy syn, ktory spi w sionce, gini i jej maz, dwoch pozostalych synow mieszka z dziadkami. najstarszy syn jest kierowca rikszy, za ktora placi wlascicielowi 100 rupi dziennie, sam oplaca benzyne, ktora kosztuje okolo 45 rupii za litr (3pln) takze sa dni, gdy ledwo wychodzi na czysto, czasem zarobi 50 czasem 100 rupii. za wynajem tej przybudowki placa 450 rupii miesiecznie (30 pln) plus elektrycznosc i jedzenie, tak sobie funkcjonuja i nie narzekaja, sa szczesliwi z tego, co maja.

rano ciotka usmazyla pyszne nalesniki na sniadanie i zaparzyla swieza kawe, ktora przyjemnie pachniala dymem z paleniska. pozegnalam sie ze wszystkimi i razem z gini ruszylysmy riksza do miasta, ona do pracy a ja na dworzec. pociag mialam o 10, byl to ten jeden z tych dlugodystansowcow, ktory jechal przez dwa dni i dwie noce z bombaju, 2225km, wiec gdy wsiadlam smrod z toalet byl nie do wytrzymania, ale gdy ruszylismy dalo rade wytrzymac. w pociagu niewiele ludzi wiec co i raz przysiadali sie indyjscy chlopcy chcacy spedzic choc chwilke z bialaska. pojawil sie tez lee, amerykanin, 22 latek z kaliforni, ktory wyruszyl z bombaju na poludnie. opowiadal mi jak to jest spedzic 48 godzin w pociagu, ktory staje sie swego rodzaju twoim domem. trzeba zmienic i przestawic na chwile normalne postrzeganie i poczucie czasu, jakie mamy, gdyz inaczej mozna zwariowac. godziny staja sie minutami, a dni godzinami, a ty jedziesz i jedziesz…
wysiedlismy wiec razem w kanyakumari i znalezlismy dwa super pokoje na piatym pietrze z widokiem na morze po 100 rupii. kanyakumari to najbardziej wysuniety na poludnie punkt indii, gdzie spotykaja sie wody zatoki bengalskiej, morza arabskiego i oceanu indyjskiego, to „koniec indii” miejsce poswiecone jest bogini devi kanya, inkarnacji parvati-zony shivy, dla wielu hindusow ma ono duchowy wymiar, takze zwlaszcza w weekendy przybywaja tu pielgrzymi, by sie wykapac i wypelnic swe religijne powinnosci.
w miescie kilku bialych turystow, lazilismy wiec caly dzien rozprostowujac kosci lee po jego dluuugiej podrozy. wieczorem z zimnym piwem w dloniach siedlismy na dachu naszego hotelu, majac cale miasto i cale indie u swych stop, bylo jakos tak magicznie…

PS chcialam ruszac dalej nastepnego dnia czyli dzisiaj, ale pociagi do madurai odwolane z powodu silnych opadow deszczu, dzis pogoda jest ladna, swieci slonce i jest naprawde goraco, kupilam bilet na jutro rano na autobus bezposrednio do ramaswaram, takze omijam madurai. 10 godzin trzesawki, ale to jest to, co kocham, czuje ze zyje…
tamilowie sa jacys tacy przerazajacy, inni od ludzi z kerala, sa bardziej agresywni, takze czasem mam wrazenie ze gdy odmawiam kupienia swiecidelek na ulicy, maja ochote mnie uderzyc, internet bardzo wolny przez modem, takze na razie nie moge wrzucac zdjec, ktorych wiele nie robie, odpoczywalam od aparatu przez kilka dni, moze w ramaswaram bedzie lepiej

gdy szlismy wczoraj na kolacje wzdluz klifu, na horyzoncie zaczynaly sie zbierac czarne, ciezkie, burzowe chmury, gdy skladalismy zamowienie, zaczynalo kropic, gdy konczylismy jesc nasza rybe, burza rozszala sie na dobre, blyskawice przeszywaly co i raz czarne niebo, grzmoty trzesly ziemskim padolem, wiatr wykrecal drzewa, porywal liscie, smieci i elementy zabudowy, morze laczylo sie z zywiolem wyjac wielkimi falami, sciezki zamienily sie w rzeczki, drogi w rwace potoki, ktore jak brunatne wodospoady laly sie z klifu na plaze, niosac tony piasku i kamieni, kto zyw szukal schronienia pod jakimkolwiek kawalkiem dachu.
w naszej restauracji bylo nas okolo 20 osob, dach szybko zaczal przeciekac i w calej wiosce zgaslo swiatlo, siedzielismy z mikiem i rayem przy swieczkach i dobry humor nas nie opuszczal, mike puszczal nam piosenki ze swego ipoda, a my z rayem majac po jednej sluchawce w uchu, musielismy zgadnac, co to za zespol, zabawy bylo co nie miara. jednak deszcz nie przestawal padac, burza oddalala sie i powracala by uderzyc ze zdwojona sila, kelnerzy zdziwieni mowili, ze dawno nie widzieli czegos podobnego.
po czterech godzinach deszcz zelzal na tyle, ze zdecydowalismy sie podjac probe przedostania sie do naszych domow, uzywajac jedynej latarki, ktora posiadalismy. poniewaz mialam ze soba laptopa, ktory byl w reperacji, musialam jakos go zabezpieczyc przed deszczem, zalozylam wiec plecak na brzuch i przykrylam go sterta starych gazet, ktore dostalam od jednego z kelnerow, chlopcy zartowali, ze wygladam jakbym miala gigantyczny obwisly biust, smialismy sie, ze zrobilam sobie operacje specjalnie, aby zostac gwiazda filmowa w bollywood. nagle, gdy mijalismy jedne z rwacych potokow, noga mi sie obsliznela i gdy juz myslalam, ze to koniec, gdyz po prawej stronie zobaczylam czarna przepasc w dol z klifu na plaze, ray zlapal mnie w ostatniej chwili i sciagnal z powrotem na chodnik. w pierwszej chwili nie myslalam, ze bylo az tak blisko, ale po minucie dotarlo do mnie, ze naprawde moglam zginac.
- ray do you know, that you’ve just saved my life? man unbelievable, it was so close!!
- yes, i know, i know, no problem karolina, anytime…
- wow, thank you, i really do…so close…so close…

PS. od kilku dni mam wirusa VVV, nazywa sie vacation varkala virus, nie chce mi sie stad wyjezdzac, gdyz czuje sie bardzo zadomowiona, ale dzis rano spakowalam swoj dobytek i powiedzialam sobie, walcz dziewczyno, walcz, wiec ruszam dalej pociagiem, prognozy meteorologiczne nie za dobre, cale tamil nadu w deszczu, ale coz, takie zycie podroznika

SLONIE
do afryki wybralismy sie z bratem tak jak stalismy, ogolilismy glowy na lyso, wlozylismy stare wojskowe ciuchy i ruszylismy na czarny lad, gdzie trwaly rozruchy wojskowe, wyladowalismy w nigerii, troche pokrecilismy sie to tu, to tam, ale zmierzalismy do kamerunu, probowalismy wiec zalatwic sobie wize do tego kraju w konsulacie brytyjskim, ale koles popatrzyl na nas i powiedzial, ze nigdy w zyciu nie wbije nam wizy, gdyz nie chce nas poslac na pewna smierc, tak wiec przemieszczajac sie ciezarowkami, autobusami, na piechote dotarlismy do granicy z kamerunem, gdzie mielismy nadzieje zalatwimy niezbedne formalnosci, stacjonowalismy wiec w domku nigeryjskiego straznika granicznego, bratajac sie z nim, pijac i spedzajac cale noce na meskich rozmowach. po kilku dniach zaczal dolaczac do nas straznik z kamerunskiej strony i rowniez z nim zaczelismy byc w bardzo dobrej komitywie. gdy po naradzie z bratem doszlismy do wniosku, ze trzeba ruszac dalej, pozegnalismy nigeryjskiego straznika, scikajac sie i klepiac po plecach i przekroczylismy granice z daleka machajac juz kamerunskiemu granicznikowi, ktory stal na swym posterunku. gdy chcielismy sie z nim przywitac, zapytal bardzo oficjalnym i oschlym tonem kim jestesmy, jaki jest cel naszej wizyty, jak dlugo chcemy zostac w kamerunie, gdzie sie zatrzymamy. my do niego „stary nie wyglupiaj sie, daj nam wize na miesiac, chcemy zobaczyc kawalek waszego kraju” on na to „nie znam was, moze jestescie szpiegami, musze wszystko posprawdzac” przetrzymal nas skubaniec 3 godziny w 40-sto stopniowym upale i w koncu wbil wize na 10 dni „ty sukinsynie, co my zobaczymy w tak krotkim czasie?” „nie dyskutowac, isc dalej!” no i poszlismy.
do najblizszej wioski bylo 15 kilometrow, z resztkami wody i bagazem szlo sie bardzo ciezko, byl z nami koles, ktory sluzyl za swego rodzaju przewodnika i maly chlopiec. po obu stronach wawozu, co kilkadziesiat metrow, byly wydrazone, cos jakby tunele na przestrzal, spytalem przewodnika w jakim celu, a on mi na to, ze to dla dzikich sloni, ktore czesto przebiegaja tedy jak oszalale.
upal byl nie do zniesienia, woda sie skonczyla a wioski nigdzie nie bylo widac, zemdlalem po raz pierwszy, ocknalem sie po chwili i szlismy dalej, mdlelismy z bratem na zmiane, po trzecim razie, nie moglem sie podniesc, lezalem, mialem halucynacje, wszystko wirowalo wokolo, podszedl chlopiec z walizka na glowie i pomyslalem dlaczego on stoi na walizce na glowie!? nagle glos zza swiatow
-sir, musiec isc, musiec isc sir! slonie nadchodzic slonie
-…jakie slonie, rozowe slonie, nigdzie nie ide…
- but sir, musiec szybko isc do wioska, mozec zginac, isc szybko!
zaczal mnie szarpac i bic po twarzy, abym oprzytomnial, jakos udalo mu sie mnie podniesc i resztkami sil, podpierajac sie nawzajem zaczelismy biec, balem sie spojrzec za siebie, za plecami slychac bylo cos jakby trzesienie ziemi, otaczaly nas tumany kurzu, ziemia drzala pod stopami i slychac bylo niesamowite wycie sloniowych trab, z takim przyspieszeniem na trzecim biegu dotarlismy szybko do wioski, gdzie ludzie uratowali nas nie tylko przed smiercia przed sloniami, ale rowniez przed niechybna smiercia przez odwodnienie.

ps. chyba podrozuje z deszczem, od trzech dni pada, znowu spotkalam pare francuzow, takze to juz piaty raz, smiejemy sie ze to jakies przeznaczenie, dzis jezdzilismy rowerami po deszczu, a w swiatyni w varkala mozna znalezc takie rzeczy

var_IMG_2584.jpg
by IkaruS

kilka slow wstepu, w latach siedemdziesiatych wielu artystow, muzykow i hipisow (m.in. ray) odwiedzilo indie w poszukiwaniu inspiracji, duchowego oswiecenia, milosci i pokoju, nie bylo przewodnikow,informacji, internetu, wiec podroze te byly robione po omacku bez znajomosci mentalnosci lokalnej spolecznosci, zwyczajow, religii, miejsc, czegokolwiek, zadnego punktu zaczepienia, dlatego byly tak fascynujace i niepowtarzalne, teraz jest o wiele latwiej, tak czy inaczej przytocze tu kilka opowiesci raya, w narracji bede uzywac pierwszej osoby rodzaju meskiego, gdyz tak to spisalam i brzmi to ciekawiej, szkoda ze nie mozecie zobaczyc jego mimiki gdy to opowiadal, musicie uzyc swej wlasnej wyobrazni.

CUD
- hej ray!! wiesz co!! te indie sa naprawde niesamowite, nie uwierzysz mi, wlasnie widzialem cud!!?!
- cud? jaki cud? co? gdzie?
- prawdziwy cud stary, wlasnie widzialem jak czlowiek guru stal tuz przede mna i nagle zniknal!!! to naprawde fantastyczne, kocham ten kraj, kocham indie, kocham ludzi, stary zycie jest piekne!!!

po kilku dniach spotkalem znowu tego kolesia, siedzi na lawce, posepna mina, jakis taki nieswoj, wiec podchodze by dowiedziec sie co sie stalo
- hej stary, jak leci?
- w porzadku, nic szczegolnego
- hej, gdy ostatni raz cie widzialem byles jak na haju, caly podekscytowany, czy cos sie wydarzylo przez te kilka dni, ze tak siedzisz tu ze skwaszona mina?
- eee…nie…tylko chodzilem ostatnio troche i gdzie sie nie pojawilem to tu koles zniknal, tam koles zniknal, tu sie pojawil, eee…mowie ci stary nuuuda…

PRYSZNIC
gdy przybylem do bombaju na trzy tygodnie, wybralismy z bratem najtansza opcje na nocleg, w muzulmanskiej dzielnicy za 1 rupie dziennie dostawales swoj kawalek dachu, na ktorym oprocz ciebie rezydowalo 40 muzulmanow i stado kurczakow, ktore sraly gdzie popadlo i dziobaly nasze tylki w nocy, byl tam tylko jeden prysznic w specjalnym zadaszonym pomieszczeniu, wiec pierwszego dnia, chcac zachowac swoj angielski higieniczny tryb zycia, poszedlem sie wykapac jak to zwyklem robic codzien, stanalem grzecznie w kolejce, mezczyzni wchodza po czterech, wychadza po pieciu, nikt nie zwraca na mnie wiekszej uwagi, wiec po godzinie lekko zirytowany cala ta sytuacja, wszedlem bez pukania do pomieszczenia z prysznicem i nie zwazajac na wspolkapiacych, sciagnalem wszystkie ciuchy i stojac tak jak mnie pan bog stworzyl, zaczalem sie mydlic, glowa, tlow, rece, nogi, tylek; gwizdalem przy tym wesolo i podspiewywalem pod nosem. nagle zaniepokoila mnie dziwna cisza wokolo, mialem mydlo na twarzy, wiec powoli przetarlem oczy i co ujrzalem? 20 muzulmanskich chlopa otoczylo mnie szczelnie, patrza ze zloscia, wsciekly dym pomieszany z para wodna bucha im z nozdrzy jak bykom, gotowym uderzyc w kazdej chwili, bialka naplynely krwia, krwia oznaczajaca jedno…smierc, skulilem sie wiec ze strachu, wlosy na calym ciele stanely do pionu, i szeptem zapytalem jednego na ucho, co sie dzieje? co takiego zrobilem, jesli moge wiedziec, a on mi na to, ze nie wolno sie obnazac w muzulmanskim domu, a ja mu na to bardzo grzecznie, ze chcialem tylko sie umyc i nie mialem zamiaru nikogo urazic, a on mi na to, ze nie ma to znaczenia, nie wolno i juz! zaslonilem wiec dyskretnie recznikiem swoje przyrodzenie i nagie posladki, przeprosilem tez wszystkich wokolo udajac bialego angielskiego osla. zapytalem tez tego kolesia na ucho, to jak w takim razie do cholery, wy to robicie? a on mi na to, ze pod gaciami, chcialem mu wytlumaczyc, ze duzo prosciej bylo by je sciagnac, umyc to co trzeba i zalozyc z powrotem, ale chyba by nie zrozumial, o czym mowie.
wrociwszy na swoj kawalek dachu, uspokoiwszy swe nerwy, rzeklem do mego brata „stary, jesli nie chcesz zginac, trzymaj pod prysznicem swego ptaka w zaslonietej klatce”

PEACE AND LOVE
w indiach wielu hipisow szukalo spelnienia swych marzen o zyciu w swiecie, gdzie panuja jedynie milosc i pokoj, pewnego dnia spotkalem trzech kolesi, ktorzy wlasnie przybyli i rozpoczeli swoja przygode z indiami, mowia mi „stary idziemy w miasta i wioski, aby poprzez nasza muzyke glosic prawdy o zyciu i spiewac dla ludzi, wiesz, chcemy milosci, chcemy pokoju, w zamian oni dadza nam zarcie i miejsce do spania, chcesz isc z nami? mowie im, ze raczej nie, ze dziekuje, byli tak napaleni, ze nawet nie chcialem ich uswiadamiac w indyjskich realiach, z reszta i tak nie uwierzyliby w to co mowie. tak wiec poszli. po trzech dniach o swicie zauwazylem zmierzajace do wioski trzy blade niegdys twarze , teraz szare, z cieknaca slina z kacikow ust, spierzchnietymi wargami, podrapane rece, wlosy poczochrane, ubrania podarte, gitary polamane, stopy bez butow pozdzierane do krwi, rozpoznalem tych trzech kolesi entuzjastow, podszedlem wiec i pytam
- hej, co sie stalo?
- stary, my chcielismy jedynie dla nich grac, a oni rzucali kamieniami, odganiali od wody, obdarli ze wszystkiego, przepedzali z wioski do wioski, ledwo uszlismy z zyciem, umieramy z glodu i pragnienia, i wiesz co ci powiem, ten pokoj i milosc, to jedno wielkie hipiskie gowno!

kazdy backpacker na poczatku swej podrozy zaczyna snuc swa wlasna, indywidualna i niepowtarzalna niteczke, nitka ta, w miare uplywu czasu, laczy sie i splata z nitkami innych podroznikow, ktorych spotykasz raz lub wielokrotnie na swej drodze, co i raz dolaczaja kolejni ludzie, kolejne opowiesci; twoja nitka robi sie grubsza i grubsza kazdego dnia, czasem jakies male petelki, czasem jakies supelki, czasem zerwane nitki, ale przedziesz i przedziesz dzien za dniem i kiedy po zakonczeniu swej drogi, spojrzysz na nia ponownie i zobaczysz ten gruby wielokolorowy warkocz utkany z setek malych niteczek i przypomnisz sobie te wszystkie sytuacje, miejsca, ludzi, rozmowy, wieczory, poranki, sniadania, kolacje, historie, szczescia, dramaty, to jedna, jedyna mysl bedzie krazyc po twej glowie – zrobic wszystko by jak najszybciej rozpoczac snuc nowa nitke i znowu ruszyc w droge.

wczoraj cudowny dzien i cudowna kolejna nitka, przy sniadaniu poznalam dwoch sympatycznych anglikow po 50-ce, jeden to mike, drugi ray, szczegolnie ten drugi zafascynowal mnie niesamowitymi opowiesciami ze swojego zycia, dlatego od jutra, zamiast pisac o nudnym plazowym zyciu, bede raczyc Was historiami, ktore az nieprawdopodobne, ze zdarzyly sie naprawde. mam nadzieje ze ray nie bedzie mial nic przeciwko temu, celem wprowadzenia krotka historia jego zycia, urodzil sie w londynie na poczatku lat piecdziesiatych, jednak szybko zrozumial, ze podrozowanie to cos, co naprawde kocha, na poczatku lat siedemdziesiatych wraz ze swym bratem ruszyli w droge, najpierw afryka, pozniej azja (tu zatrzymam sie na chwilke, gdy odwiedzil indie i riszikesz, miejsce w ktorym siedzieli beatelsi 4 lata wczesniej, zalatwil sie kompletnie lsd, chodzil jak w transie ulicami podziwiajac kolory, ludzi i swe narkotyczne wizje, nagle stanal przed nim stary sadhu, swiety czlowiek, w pomaranczowej szacie i sciagnal jego wzrok na swe oczy, stali tak przez chwile i ray poczul, ze starzec probuje wejsc w jego umysl, na poczatku sie burzyl, co do cholery, ale w kocu ulegl i poczul jak medrzec wszedl w jego cialo, dusze, i wszystko inne, po prostu byl w nim, czul, ze na koniec uzyskal cos w rodzaju blogoslawienstwa od niego, po skonczonym seansie, rozeszli sie bez slowa, nie wiedzial o tym wtedy, ale mialo to wplyw na cale jego pozniejsze zycie) po azji przyszedl czas na australie i nowa zelandie, po 4 latach wrocil do anglii na chwile, by wyjechac do kanady, ozenil sie tam z mlodziutka kanadyjka dla paszportu, ktora faktycznie kochala sie w jego bracie, wiec po ceremoni zaslubin, goscie byli bardzo zdziwieni i wspoczuli mu szczerze, widzac jak swieza malzonka na noc poslubna oddalila sie z bratem, a nie z panem mlodym, w wieku 26 lat znow wrocil do anglii i rozpoczal biznes ze swym ojcem, duze kontrakty na ocieplanie budynkow i bardzo duze pieniadze, pewnego dnia, gdy poczul sie troche zagubiony w swym zyciu, poszedl do wrozki-medium, ktora powiedziala mu ze widzi pewnego starca w pomaranczowej szacie, ktory go pozdrawia i opiekuje sie nim, niedlugo potem ray odkryl, ze ma dar leczenia ludzi wykorzystujac swa wewnetrzna energie, chcac zglebic i udoskonalic swoje umiejetnosci, aby lepiej sluzyc innym, pokonczyl kursy medyczne i medytacyjne, wyjechal do brazylii, gdzie przez 12 lat leczyl biednych ludzi za darmo, glownie z raka, gdy pieniadze z interesu budowlanego sie skonczyly zaczal pobierac drobne oplaty, by moc zyc i dalej leczyc, teraz ma przerwe, siedzi w varkala, gdzie przez kilka miesiecy bedzie pisal swoja ksiazke o leczeniu energia i tu mialam to szczescie go poznac.

ps. zdjec z plazy nie bedzie, wiec wrzucam to co mam z poprzednich miejsc

zestarzec sie po indyjsku

coc_IMG_2542.jpgcoc_DSC_3036.jpgkol_DSC_3162.jpgmun_DSC_3121.jpgcoc_DSC_3039.jpg
by IkaruS

ludzie czasem pytaja, jak to jest podrozowac samemu, czy ciezko, czy niebezpiecznie…nie wiem, nie jestem ekspertem w tej sprawie, jest to moja pierwsza taka podroz i trwa dopiero miesiac, moge tylko podzielic sie swoimi spostrzezeniami i doswiadczeniami jakie zdobylam do tej pory
przede wszystkim trzeba znac siebie, swoje mozliwosci, swoje reakcje, trzeba wierzyc w siebie i w to, ze sie da rade, podroz samemu to na pewno wieksze wyzwania i bariery do pokonania, ale zarazem podroz taka ma zupelnie inny wymiar, otwiera cie na ludzi i sytuacje a one otwieraja sie w zamian na ciebie, trzeba tez bardziej ufac ludziom, co nie znaczy ze ide z kazdym spotkanym na ulicy hindusem jak moglo by czasem wynikac z tego co pisze, zdjec tez nie robi sie latwo, gdyz bedac biala samotna kobieta bardzo rzucasz sie w oczy, wiec wszyscy staja na bacznosc i nici ze zdjec z zaskoczenia, nie ukrywam, ze czasami jest ciezko, ze sa dni kiedy lezysz w ciemnym pokoju w nieznanym miescie, w obcym hotelu, na korytarzu dra sie sasiedzi hindusi, nie ma do kogo pyska otworzyc, pogryzly cie pchly, jest ci zle i zastanawiasz sie, co ja tu robie do cholery, rano nie chce ci sie wstac, wyjsc na ulice, aby w parzacym, dusznym powietrzu znow walczyc godzinami z mezczyznami, ktorzy zadaja tysiace podobnych pytan, skad, dokad, imie, wiek, czy maz, dzieci, sama, dlaczego; mezczyznami, ktorym biala kobieta kojarzy sie z amerykanskim filmem, w ktorym caluje i seksi sie przy kazdej okazji, wiec proponuja ci to samo, bo moze jest to ich jedyna szansa na chwile sam na sam z bialaska;
tak, bywa i tak, ale chwile pozniej los wynagradza ci to po kilkakroc, kiedy spotyka cie cos zupelnie zaskakujacego,

chocby wczoraj, poszlam zobaczyc jak wyglada prawdziwe zycie nad kanalami backwaters z dala od turystycznych szlakow wodnych, ide sobie cichutko, wokolo smieci, scieki splywajace do rzeki, male drewniane chatki przyczepione na brzegach, kury, koty, psy, nagle macha do mnie mala dziewczynka i zaprasza do siebie na podworko, a tam cala jej rodzina i sasiedzi, tylko kobiety, mezczyzni w pracy, babcia wdowa, nad drzwiami fotografia zmarlego meza, przy ktorej pali sie non stop mala lampka (dziewczynka pokazuje mi na migi, ze pan domu sie powiesil) dalej jej corka i jej dwie corki, trzy sasiadki i ich matka, w sumie okolo 10 nas sie zebralo, jak zaczelysmy gadac lamana angielszyzna, pokazywac na migi, spiewac, smiac sie jak to tylko baby potrafia, to nie chcialy mnie wypuscic, oczywiscie dostaje tez jedzenie, ryz z warzywami, bardzo pikantny i deser, och nie chce mi sie wychodzic, gnam szybciutko do miasta i kupuje w zamian prezenty, banany dla babci, ciastka dla dzieciakow i dlugopisy dla wszystkich, gdy wracam i wreczam im to wszystko, nie chca wierzyc, ze to dla nich, zegnamy sie dlugo i serdecznie.

tak wlasnie bywa, gdy sie jest samemu, tak jak juz pisalam wczesniej, ludzie i sytuacje znajda cie same, nie wiem czy gdybym byla z jakims panem, zostalabym tam zaproszona, takze twierdze, ze samotnosci w drodze trzeba sprobowac:)

ps dotarlam do varkala, gdzie plaza jeszcze piekniejsza niz w palolem, lecz nie przyjechalam do indii aby wylegiwac sie na plazy, takze jak tylko zregeneruje tu swoj nadszarpniety roznymi malymi dolegliwosciami organizm, ruszam dalej, pewnie za kilka dni, ptaki z polski doniosly, ze spadl pierwszy snieg…chyba go w tym roku nie zobacze…

czarna, z cukrem, z cytryna, z mlekiem, z sokiem, z wkladka, o smaku…herbata – napoj milionow, czy zastanawialiscie sie kiedys, jak suche, zmielone listki znalazly sie w papierowej torebce z zoltym listkiem na sznureczku? oto skrocona lekcja
najpierw powstaje plantacja, stoki obsadzane sa krzewami, ktore przypominaja rozlozysty niski zywoplot, zbiera sie tylko drobne listki z samej gory galazek, zbierane sa one przez robotnikow i robotnice, ktorzy godzinami stoja na pochylych zboczach walczac z pijawkami i ze sloncem, liscie gromadzone sa w worki i ciezarowkami zwozone do fabryki, tam segreguje sie je, myje i uklada na wielkich suszarkach, by w cieplym powietrzu z kotlowni opalanej drzewem, troszke przeschly, dalej mieli sie je trzy razy na kawaleczki, dalej trafiaja do czegos w rodzaju bebna fermentacyjnego, gdzie z zielonych robia sie brunatne, dalej do kolejnej suszarni, gdzie z brunatnej mokrej masy, przeksztalcaja sie w sucha sypanke, jaka znamy z torebki, pozniej wsypuje sie to do czegos w rodzaju pojemnika z sitami, gdzie przesiewajac je przez roznej grubosci siatki, segreguje sie je na herbate roznej jakosci, od najgrubszej-najcenniejszej, do mialkiej-najgorszego gatunku, pozniej juz tylko czajniczek z goraca woda, porcelanowa filizanka, zalewamy, parzymy i delektujemy sie herbacianym smakiem…

mun_DSC_3149.jpg

wczorajszy dzien to walka z autobusami, wyruszylam z munnar do kollam, wsiadlam o 10 do pierwszego autobusu do kottayam, aby zlapac tam przesiadke, gdy po 5 godzinach szalenczej jazdy po gorskich drogach, gdzie tylek obil mi sie jak sliwka, a nos odmowil wspolpracy wdychajac zapach rzygowin malego nieszczesnika, ktory nie wytrzymal na zakretach i popuscil, dotarlam na miejsce, powiedzieli ze autobus mam za 1,5h czekalam wiec spokojnie, nagle oficer powiedzial, ze autobusu nie bedzie, gdyz jakies swieto i musze jechac autobusem do kottarakara, skad zlapie cos do oddalonego o 40km kollam, ok, wsiadlam wiec do zatloczonej rzezni, wcisneli mnie z plecakiem miedzy przednie siedzenie za kierowca, plastikowa szybe oddzielajaca szoferke od reszty autobusu i gorna polke na bagaze, wiec stalam jak przykurcz przez trzy godziny opierajac sie na licznych spoconych wspolpasazerach, gdy dotarlismy, udalo mi sie zlapac autobus do kollam, gdzie dotarlam po kolejnej godzinie, znalazlam hotel i padlam na pysk, niecale 300 km a jechalam 12 godzin, jestem juz wiec w kollam, poszwedam sie tu dzisiaj a jutro pociagiem do varkala.

zalegle zdjecia z gorskiej chatki

mun_DSC_3120.jpgmun_DSC_3137.jpgmun_DSC_3140.jpgmun_DSC_3144.jpg
by IkaruS

dzien zapowiadal sie normalnie, w koncu nad munnar zaswiecilo slonce, wiec pelna optymizmu poszlam na sniadanie, omlet wegetarianski, cztery tosty i kawa z mlekiem, nie udalo mi sie zlapac w hotelu cieplej wody, ale udalo mi sie zamienic pokoj z dwojki, na jedynke, o 10 wskoczylam do autobusu zmierzajacego do top station, jest to oddalony o 35 km punkt widokowy na granicy dwoch stanow kerala i tamil nadu, trasa wiodla wzdluz przepieknego gorskiego jeziora, wokol rozciagaly sie zielone plantacje herbaty i ogromne gory, wspinalismy sie, wspinalismy sie by po poltorej godziny osiagnac szczyt, wysiadlam jako jedyna, wokolo cisza i gesta mgla spowijajaca okoliczne szczyty i domki, weszlam wiec do jedynego sklepiku jaki byl przy drodze by napic sie herbaty i zebrac mysli co dalej, po chwili przysiadl sie do mnie koles okolo 50-ki i zaczal mi wyjasniac, ze mgla jest za duza aby cos zobaczyc, ale on moze mi pokazac zdjecia tego widoku, ktory mnie ominal. widok jak widok, pomyslalam, a on juz zaprasza do swojej gorskiej chatki, okazuje sie, ze od 23 lat jest przewodnikiem gorskim i czesto gosci u siebie w domu turystow zadnych trekingowych doznan, w tej chwili takze ma goscia i chcialby abym ja poznala, poszlismy wiec do jego chatki i rzeczywiscie wsrod kobiet gotujacych strawe siedzi blondyna w orientalnej sukni, szwedka lia, mieszka z nimi od dwoch tygodni, karmia ja, poja, zapewniaja rozrywki, sielskie zycie goskie, jak przysiadlam tam na chwile zrozumielam dlaczego jej sie tam tak podoba, cisza, mgla wdzierajac sie przez drzwi i okna, zapach drzewa palonego w kuchni, goraca herbata z przyprawami, czas zatrzymal sie tu w miejscu…zapomnialam o calym swiecie…

mano, bo tak nazywa sie przewodnik, powiedzial za moge zostac na noc jesli chce, oczywiscie chcialam, chatka prosta, bez mebli, nie liczac maszyny do szycia i lozka dla gosci, podloga to klepisko, kuchnia na drzewo, brak elektrycznosci, zona mano ma 23 lata, on 42, maja troje dzieci, corki konsylie 7 i kejtrin 5 lat, oraz synka kirima 2 lata, ktorego wychowuja jej rodzice, ubikacja na zewnatrz wiec poszlam za potrzeba, gdy wrocilam lunch gotowy, nalesniki ze startym kokosem i herbata z cytryna, pycha…co i raz do drzwi chatki podchodzily dzikie zwierzeta, lasice, los, gdy wstalam, aby go zobaczyc gruba pijawka spadla na podloge, mano powiedzial zebym obejrzala cale swe biale cialko w poszukiwaniu innych krwiopijcow i w celu znalezienia rany (tutejsze pijawki chowaja sie w trawie i wspinaja sie po twoich nogach, wgryzaja sie, wypijaja krew, a ty nic nie czujesz) znalazlam krwawiaca rane na udzie, mano zrobil mi plaster z kawalka gazety i kazal usiasc przy ogniu aby sie zasklepilo.

okolo 15 wrocily dziewczynki ze szkoly, przepiekne twarzyczki, jedna w pomaranczowej, druga w niebieskiej sukience, najpierw troche niesmiale, ale z uplywem czasu, zaczelysmy sie bawic, wydurniac i halasowac, potem poszlismy do sasiedniej chatki, gdzie miejscowa spoleczosc ma kino za darmo, jeden z gorali ma agregator i telewizor czarno-bialy gdzie wyswietlane sa tamilskie filmy, nic nie rozumialam, ale wszyscy mieli swietna zabawe, gdy zaczelo sie sciemniac, zona mano zaczela przygotowywac kolacje, co zabralo jej kolejna godzine, tu nikt sie nie spieszy, nie ma do czego, czas wyznaczany jest wschodami i zachodami slonca, dzieci korzystajac z ostatnich promieni malowaly kreda na czarnych tabliczkach ze szkoly zwierzeta, kwiatki i domki, gdy dalam im po dlugopisie, wrzeszczaly jak opetane z radosci i zaczely bazgrac w swoich podrecznikach, na kolacje ryz z warzywami, omlet, pasta czosnkowa i herbata, palce lizac…(doslownie bo tu wszyscy jedza rekami)

po kolacji bylo juz zupelnie ciemno, mano przygotowal nam poslania na lozku a oni spali na podlodze, wczesniej napalil w piecu (dziurze w scianie z wylotem na zewnatrz) abysmy nie zamarzly gdyz temperatura spada w nocy do 5 stopni, ale przykryta szczelnie grubym kocem z owczej welny, spalam jak zabita, nie czujac chlodu, cisza… krystalicznie czysta gorska cisza, przerywana jedynie gadaniem dzieci przez sen, chrapaniem mano i skrzypieniem drewnianego lozka, gdy przekrecalam sie z jednego boku na drugi…

rano obudzila mnie krzatanina jak za dawnych lat u babci, zamiatanie, rabanie drewna na opal, rozpalanie w kuchni, dym szczypiacy w oczy, przeciagnelam sie i po porannej toalecie zasiadlam do sniadania, kulki ryzowe z jogurtem i herbata, pozniej szybkie pozegnanie z cala rodzina i biegiem na punkt widokowy, ale znowu byla mgla i nic nie zobaczylam, chcialam zdazyc na autobus o 10, poniewaz w hotelu nic nie powiedzialam ze mnie nie bedzie na noc i mano twierdzil, ze beda sie martwic, ze mi sie cos stalo, gdy siedzialam juz w busie wyrwiraczce – skretokiszce, patrzylam z lezka w oku, na to co tu zostawiam, niesamowite, jak ludzie zyja, jak zupelnie inne maja problemy i radosci, ciesze sie ze moglam choc przez chwile tego skosztowac…

p.s. internet zbyt wolny i zbyt drogi na wklejanie zdjec, polaczenie przez modem wiec trzy razy wklejalam te notke, gdy zjade na wybrzeze, moze bedzie lepiej, to cos dodam


  • RSS