karusiek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2005

bunk klasa na drugim pokladzie, sale 20 na 30 metrow, pietrowe lozka, w kazdej sali okolo 60 osob, ale nie ma pelnego oblozenia, scianki dzialowe oslaniaja korytarz, na ktorym kibelki, prysznice i kosze na smieci, mam lozko numer 865, obok poslania sa wolne wiec moge walnac swoje rzeczy nie tracac powierzchni do spania, na poczatku jako tako, jem kolacje i ide spac, biale jarzeniowki swieca przez cala noc, mala dziewczynka wyje nieustannie, kiedy ona przestaje, zaczyna krzyczec stary koles o glosie himilsbacha, ktory gra w karty dwa lozka dalej popalajac dziesiate bidi, mimo ze na calym statku zakaz palenia i hazardu, gdy w koncu kolo 12 robi sie ciszej i usypiam zaczyna sie rzyganie na korytarzu, kobiety stoja nad kublami na smieci i leja gdzie popadnie rozsylajac charakterystyczna won po pokladzie, nad ranem mezczyzni zaczynaja czyscic swe pluca i przelyki charczac, krztuszac sie i spluwajac na korytarzu, o 8 rano pierwszy komunikat z glosnikow o sniadaniu, potem indyjska muzyka na caly regulator by umilic posilek, kolo 11 robi sie ciszej wiec zasypiam, ale znow dziewczynka daje glos, o 12 komunikat – lunch, znowu muzyka, po poludniu komunikat – film i kurs tanca, o 18 komunikat – kolacja, muzyka konczy grac kolo 20 i w kolko od nowa, leze wpatrujac sie w sufit, po jednym dniu znam kazdy centymetr metalowej plytki nade mna, czytam wpisy tych co przetrwali, dopisuje swoje imie i date, drzemie, slucham muzyki, mysle, marze, godziny plyna powoli, jeden dzien, jedna noc, drugi dzien, kolejna noc, przestaje slyszec indyjskie odglosy paszczowe i w koncu zasypiam jak dziecko, trzeci dzien, swieci slonce, widze lad i czuje sie zdecydowanie lepiej…

65 godzin na statku, trzy noce i trzy dni, choroba morska na tyle mocna, ze nie bylam w stanie robic zdjec i zwiedzac pokladow, w krotkich chwilach gdy czulam sie lepiej szlam do toalety badz do restauracji by napelnic swe trzewia nowa zawartoscia do szybkiego wydalenia, na szczescie poznalam szweda jonasa i kilku anglikow i jakos sie razem ratowalismy, jestem w port blair i jutro mamy zamiar ruszyc na havelock, ale prognoza pogody nie jest za dobra, wiec zobaczymy, dzis wieczor porzadne piwo by uczcic szczesliwe zakonczene rejsu stracencow…

…Aunti, aunti!!! radiohead, aunti…radiohead…maly raja uprasza sie o mp3, rozdzielam wiec po jednej sluchawce, lewa dla niego, prawa dla flory, siedza jak zahipnotyzowani na swych plastikowych krzeselkach, meena podchodzi i obejmuje mnie za szyje, biore swije na kolana i bawimy sie w koci lapci, po chwili wyrywam kilka kartek z zeszytu i robimy przez godzine papierowe tulipany, ktorymi ozdabiamy wlosy, drzwi i okna, po poludniu w koncu wychodzi slonce, wiec idziemy z nowo zakupiona pilka na plaze, by pograc w zbijaka. droga kamienista zmienia sie w piaszczysta najezona ostrymi ostami, czuje sie jak kretynka paradujac w swych butach, gdy one co i raz wyciagaja kolce ze swych nagich stop, biore wiec dwoje najmlodszych pod pache i donosze na czysty piasek.
starsi chlopcy wyznaczaja boisko a my z peterem wybieramy sklady, dzieciaki traktuja to bardzo powaznie, kloca sie, sprzeczaja, gestykuluja, w koncu po szescioro w kazdej druzynie, najstarsze dziewczeta wola romantyczne spacery po plazy z muzyka w tle (w uszach). dzieciaki walcza o kazda pilke i za cel wyznaczaja sobie zbicie doroslych, gramy 2 godziny, jestem mokra i oblepiona piaskiem, miesnie twarzy przyjemnie bola od usmiechu, mruze oczy i cieple lzy splywaja po policzkach…
zaczyna kropic, wiec szybko zwijamy ubrania, by zdazyc wrocic do domu przed deszczem, niestety jak to przy monsunie, szybko zaczyna lac, biegniemy wiec ile sil w nogach do opuszczonej budki z dachem, w srodku odor toalety, ale smiejemy sie spiewajac …i’m singing in the rain…
po 15 minutach ruszamy dalej, kto szybszy chwyta mnie za reke, kto nie zdazyl wiesza sie na pozostalych, wiec jestem oblepiona z kazdej strony. w domu dzieci, ktore zostaly ugotowaly obiad, wiec wszyscy sie myja i nakrywaja do stolu, siadamy na ganku delektujac sie ostatnimi dzisiaj promieniami slonca, 16 misek dla dzieci, 3 dla mnie, petera i henrego, 2 dla dozorcy i menadzera, 1 dla psa, 22 metalowe szklanki na wode, ryz, warzywa, poori, wyciagamy rece nad talerze i najmlodsza swiya intonuje modlitwe po tamilsku w podziekowaniu za strawe, gdy konczy zaczynamy szamac, miski wylizane do czysta, na deser herbatniki, gorace mleko z imbirem i miodem oraz banan, taki luksus tylko w niedziele.
gdy wszystko pozmywane i posprzatane dzieciaki rozsiadaja sie wygodnie na matach, a ja biore gitare i gram, spiewam, zabawiam, tak niewiele znaczy dla nich tak wiele…
czas spac, zegnamy sie dlugo, kazdy sie przytula, dotyka, caluje, male istotki spragnione czulosci, spragnione milosci, spragnione odrobiny uwagi, spragnione…

spedzilam z nimi tylko 3 dni a czuje sie jakbym znala je od dawna, 16-ro dzieci w wieku od 5 do 17 lat, czesc z nich to sieroty, czesc pol, czesc z rodzin patologicznych z obszaru calego tamil nadu, mieszkaja w domu prowadzonym od 3 lat przez dunczyka henrego, ktorego przyjacel peter zaprosil mnie do pomocy. takie 3 dni pozostaja w tobie na zawsze, takie 3 dni ucza cie co to znaczy cieszyc sie zyciem, przez 3 dni doceniasz to, ze masz dach nad glowa, ciepla strawe i buty na nogach, 3 dni pokazuja, ze zwykly dotyk i usmiech warte sa wiecej niz najcenniejsze zloto, tylko 3 dni…

mam_DSC_3421.jpgmam_DSC_3425.jpgmam_DSC_3427.jpgmam_DSC_3445.jpgmam_DSC_3452.jpgmam_IMG_0056.jpgmam_DSC_3438.jpg
by IkaruS

ps. dzis zaczyna sie ma morska przygoda, bilet na statek kupilam wczoraj, dzis punktualnie o 17 (jesli nic sie nie wydarzy) ruszam w rejs na wyspy andamanskie, 4 dni w bank klasie, mam nadzieje ze nie dopadnie mnie silna choroba morska, lekka moze byc, trzymajcie kciuki, odezwe sie jak doplyne

mammalampuram /stop/ swieze kwiaty w drzwiach co rano /stop/ pada dwa dni /stop/ dzis juz lepiej /stop/ czasem slonce czasem deszcz /stop/ pomagam w sierocincu /stop/ cudowne dzieci /stop/ znow spotkalam francuzow /stop/ statek 13 grudnia /stop/ jutro po bilet /stop/ wiecej wkrotce /stop/ pozdrawiam /stop/

„musi byc takie miejsce na ziemi, ktorego zaden narod nie nazwie swoja wlasnoscia; gdzie kazdy czlowiek dobrej woli, szczery w swych dazeniach, bedzie wolnym obywatelem globu, sluzacym tylko najwyzszej prawdzie”

koncepcja auroville idealnego miejsca, ktore poswiecono eksperymentowi we wspolnym mieszkaniu wielu narodowosci, gdzie ludzie moga zyc w pokoju, rozwijac sie w harmoni poza wiara, religiami, polityka i narodowosciami, pomysl pojawil sie w latach 30-tych i wyszedl od Matki – francuski, ktora zafascynowana osoba aurobindo zamieszkala z nim w latach 20-tych w pondicherry, projekt zyskal poparcie rzadu indii oraz unesco, w 1968 roku przedstawiciele 124 narodowosci byli swiadkami zlozenia kamienia wegielnego, rozpoczal sie eksperyment.
ziemia wypalona sloncem, miejscami bagnista stanowila nie lada wyzwanie dla zapalencow, miasto zaprojektowano na wzor komety, w srodku znajduje sie zlota ogromna pilka jak z filmow since-fiction zwana swiatynia prawdy lub palacem matki, miasto podzielone jest na cztery strefy, ktore polkoliscie ulicami odchodza od centralnego punktu: przemyslowa, miedzynarodowa, kulturowa, mieszkalna, dzis mozna zobaczyc zdjecia pierwszych mieszkancow auroville, ktorzy przeszlo 40 lat temu, karczowali tereny, sadzili drzewa, budowali domy, organizowali produkcje zywnosci, wody pitnej i wszystkiego co niezbedne do zycia, dzis mieszka juz tu trzecie pokolenie „orowian”, i nadal wierzy w slusznosc tej koncepcji i wyzszosci jej nad wszystkimi innymi krajami, choc ostatnio z tego co sie dowiedzialam, nastapil rozlam w srodku wspolnoty, czesc uwaza, ze potrzebuja przywodcy, ktory bedzie glowa calego orowilskiego organizmu, czesc mie chce na to pozwolic, duzo rozmow, duzo klotni, czas pokaze, w ktora strone zmierza sen o auroville…

dlugo zwlekalam z napisaniem tej notki, gdyz chcialam poczuc chod troche sens istnienia tego wszystkiego i czy rzeczywiscie jest to cos wyjatkowego, co nalezaloby wprowadzac w nasze zycie, w tym celu odwiedzialam swiatynie matki, odwiedzilam ashram aurobindo w pondicherry, gdzie nie wolno chodzic w butach, nie wolno robic zdjec, nie wolno skladac kwiatow, nie wolno medytowac za blisko grobowca, nie wolno rozmawiac, nie wolno siadac, nic nie wolno, przypomina to jakies muzeum, moze jak sie mieszka w ashramie jest inaczej; odwiedzilam fabryke papieru aurobindo, gdzie mozna tylko wejsc do sklepu z recznie robionym papierem a nie wolno do fabryki; rozmawialam z rdzennymi orowianami by poznac ich punt widzenia na obecny wyglad i funkcjonowanie projektu i stwierdzam, ze jak dla mnie osobiscie nie jest to nic szczegolnego, dlaczego? dla mnie koncepcja powinna byc czysta do konca, to znaczy ludzie powinni sie wyzbyc rowniez podzialu na klase zarzadzajaca i pracujaca, a tu na kazdym kroku jak wszedzie indziej na swiecie, biali owszem pracuja, prowadza restauracje, guest hausy, rozne interesy, ale kazda czarna i nieprzyjemna robote wykonuja hindusi, oni sprzataja, gotuja, dozoruja, pracuja w fabrykach, na plantacjach, owszem biali w zamian daja im szkoly, opieke medyczna, zywnosc i prace, ale jakos osobiscie to do mnie nie przemawia, co nie znaczy, ze koncepcja jest zla…

jakby ktos chcial doczytac wiecej tu link do oficjalnej strony AUROVILLE

aur.jpg
by IkaruS

ps. zapowiadany od kilku dni kolejny cyklon ma uderzyc w tamil nadu dzis lub jutro, dlatego zwijam sie ze swojej plazy nie chcac spedzic nawalnicy w domku z lisci palmowych, ruszam dzis do mamallapuram, by przeczekac najgorsze

leniem stalam sie, snuje sie bez celu, jem, spie, plaza, spie, jem, w kolko to samo, potrzebuje kilku chwil na regeneracje ciala i ducha po przejsciach w chennai, ale jutro zmobilizuje sie, wsiade w autobus za 2 rupie i rusze swa szanowna d… do pondicherry, by opowiedziec wam historie matki, aurobindo i auroville…

ps. kogo spotkalam wczoraj idac do miejscowego szpitala? oczywiscie znajomych francuzow jadacych riksza. gil i michel. niesamowite, ale to chyba ostatni raz, gdyz za tydzien odlatuja do francji, a ja uzyskalam porade co do malarii, wzielam dawke mocnego leku i pan doktor twierdzi, ze powinno wystarczyc na andamanskie moskity

che_IMG_2652.jpg
by IkaruS

z madrasu wysruszylam o 12.25 pociagiem do villupuram, w zwiazku z ostatnimi zamachami terrorystycznymi musialam poddac sie kontroli bagazu na dworcu celem ustalenia czy nie jestem groznym terrorysta zamachowcem, dostalam specjalna nalepke na plecak i ruszylam, toczylismy sie powoli przez zalane rejony, przypominalo to powodz w polsce w 97 roku, ogromne tereny pod woda, zalane wioski, pola, uprawy, ale ludzie szybko sie organizuja z pomoca, lodki dowoza zywnosc, ubrania i wode, pomoc plynie z calych indii do tamil nadu, mam nadzieje ze deszcze ustana.

dalej wsiadlam w autobus do pondicherry, byl to lokalny transport ale o podwyzszonym standardzie (jak dla kogo) przez godzine w telewizorze zawieszonym za plecami kierowcy puszczali indyjskie teledyski na caly regulator, glowa mnie rozbolala tylko, wszystkie sa takie same, spiewa wasacz i kobieta, tancza uklad przygotowany przez rezysera, on ja obejmuje, ona sie czerwieni, takie historie milosne…
pondicherry wydalo mi sie zatloczone wiec od razu ruszylam dalej do auroville (o idei tego panstwa w panstwie napisze nastepnym razem, gdyz chce najpierw odwiedzic centrum sri aurobindo w pondicherry by zgromadzic wiecej informacji) bylo juz ciemno i rikszasz nie wiedzial dokladnie gdzie znajduje sie gest house, do ktorego zmierzam, wiec wywiozl mnie do jakis zabudowan blizej nieokreslonych, tam jeden amerykaniec podwiozl mnie motorem do jednego z najdrozszych gest hausow w okolicy, chcieli ode mnie 800 rupii za jedna noc (moj budzet to gora 150) takze bylam troche zalamana, nie moglam wrocic ani nic, poniewaz bylam 10km od glownej drogi, no i gdy tak siedzialam bez planu w koncu pojawil sie wlascicel i spuscil polowe ceny, i mialam kolacje i sniadanie rano, pokoj rzeczywiscie przepiekny i zarcie europejskie, takze przelknelam to 400 rupii.

rano na piechote doszlam do glownej drogi w auroville, gdzie zlapalam okazje do drogi do pondicherry, tu zatrzymalam sie w domku na plazy, gdzie spedze tydzien krecac sie po pondicherry i okolicach w oczekiwaniu na moj statek na wyspy andamanskie, u przewoznika morskieo nie maja ustalonego rozkladu statkow, rejsy sa ustalane na biezaco w zaleznosci od pogody, takze trzeba dzwonic i sie dowiadywac, chce wyruszyc okolo 15 grudnia, podroz zajmuje od 2 do 4 dni zaleznie od pogody na morzu, wiec dotre tam na okolo tydzien przed swietami, ktore spedze na wyspach.

che_IMG_2653.jpg
by IkaruS

w indiach nieszczescia, bieda, choroby, gnijace ciala, smierc sa na wyciagniecie reki, sa tak normalnym elementem krajobrazu, ze czasami przestajesz je zauwazac, z reszta gdy nalezysz do osob bardziej wrazliwych, musisz wytworzyc w sobie niestety cos w rodzaju znieczulajacego pancerza, gdyz inaczej mozesz zwariowac, ci co nie wytrzymuja, wyjezdzaja lub zaczynaja pracowac w organizacjach humanitarnych, zeby zrobic choc troche i uciszyc swe sumienie, sa i tacy, ktorym to w ogole nie przeszkadza, a takze tacy, ktorzy uciekaja do miejsc turystycznych, aby nie widziec i tym samym nie myslec o tym, co moze sie przydarzyc kazdemu

naleze do osob wrazliwych i ciezko mi bylo sie przestawic na to, ze tak niewiele moge zrobic dla tych ludzi, z reszta nikt wiele dla nich zrobic nie moze, sa zdani wylacznie na siebie, na to co skapnie do ich rak, pojemniczkow, szmat, kazda rupia to kolejny dzien na tym lez padole, lecz mam takie dni jak dzis, gdy mnie to dopada i strasznie sie mecze i strasznie bym chciala i strasznie jestem zla na niesprawiedliwosc tego swiata, i straszna bezsilnosc i beznadzieja…

przez dwa przystanki pociagu miejskiego:
slamsy zostaly zalane przez deszcze cyklonu, cale chaty pod brunatna syfiasta woda, ktora niesie smierc, ludzie siedza na dachach w oczekiwaniu na pomoc, jedzenie i odziez, siedza, moze ich ktos zauwazy z pociagu i sie zlituje; do wagonu wsiada trzech niewidomych po haine, spiewaja indyjskie piesni poruszajac sie w rzadku miedzy siedzeniami z wyciagnietymi zdeformowanymi rekami; na schodach dworca za lawkami z tredowatymi siedzi mloda przepiekna kobieta z malym dzieckiem ubrana w kolorowe sari, na poczatku nie widac co jej dolega, ale gdy podejsc blizej widac jedna noge ze sloniowatymi naroslami, noga jest ogromna, jak dwie zlaczone z faldami pomarszczonej zrogowacialej skory, widok jest przerazajacy,
na dole na torach dwoch bezdomnych niesie nosze, po chwili widac co niosa, to zmarla staruszka w bialym sari, ktora nie przetrwala kolejnej nocy, jej twarz jest spokojna i usmiecha sie, jedna z rak zastygla podniesiona jakby czegos chciala dotknac w ostatniej chwili…cos zlapac…

mad_DSC_3365.jpgmad_DSC_3366.jpg
by IkaruS

stwierdzam, ze chyba w poprzednim wcieleniu bylam zawodowa bazarowa handlara, co to wrzeszczy, targuje sie, sprzecza, wciska ludziom bazarowa tandete, tak bazar mnie kreci maksymalnie…

rano z gilem i michel odwiedzilismy mala uliczke, gdzie zgarbieni przy swych maszynach do szycia napedzanych jedynie sila chudych nozek, krawcy szyja wszystko, co im zlecisz, kazdy model spodni, kazda koszule jaka sobie wymarzysz, szyja sari, suknie, gartnitury, kotyliony, wszystko, wszystko, stukot maszyn, nakrecanych nitek, szczekajacych nozyczek tworzy te niepowtarzalna krawiecka muzyke…

potem zaczepil nas rowerowy rikszarz, ktory za drobna oplata chcial pokazac nam miejsca, gdzie zaopatruja sie lokalesi w produkty pierwszej potrzeby, czyli w jedzenie, mialam opory co do jechania riksza rowerowa, tym bardziej ze byly nas trzy osoby a gil do krasnoludkow nie nalezy, ale on tak prosil i tak byl szczesliwy gdy w koncu sie zgodzilismy, ze dalam sie przekonac, choc po skonczonej jezdzie stwierdzilam, ze nigdy wiecej, wyobrazcie sobie male cialko (polowa mnie) moze 40kg wagi, wyzylowane na maksa, chude nozki napiete do granic mozliwosci przy kazdym nacisnieciu pedala i ten usmiech szczesciarza na jego twarzy gdyz bedzie mogl dzis nakarmic swoja szescioosobowa rodzine, z duma pokazuje nam jedno zbite lusterko w ksztalcie ryby i tlumaczy, ze wybil je wlasna glowa, gdy zasnal zmeczony na rowerze, stracil przy okazji trzy zeby na gorze i trzy na dole, a smieje sie przy tym…

dojechalismy najpierw na targ warzywny i kwiatowy, ludzie jak w amoku, we wszystkie strony, z siatami, workami, pudelkami na swych glowach, obled w oczach i pedza, pedza, jakby te kwiatki i ziemniaki mialy im uciec, wrzeszcza przy tym, kloca sie, niesamowite, jak wchodzilismy po schodach jeden z takich worow spadl kobiecie z glowy wprost na moje plecy i przygwozdzil mnie na blotnistych stopniach, na szczescie byl lekki i nic mi sie nie stalo, ale sie mocno przestraszylam. przed targiem wozy zaprzezone w bawoly, krowy szczajace gdzie popadnie, ciezarowki, motory, budy z zarciem, kobiety z owocami, dziewczyny wynaszace zgnile liscie na swych glowach, wszystko wymieszane, ale nikt sie nie gubi, wszyscy znaja swe zadania, wszystko gra jak w zegareczku

mad_DSC_3329.jpgmad_DSC_3334.jpgmad_DSC_3339.jpgmad_DSC_3343.jpgmad_DSC_3345.jpgmad_DSC_3351.jpgmad_DSC_3358.jpgmad_DSC_3355.jpg

potem jedziemy na targ bananowy, gdzie cale miasto zaopatruje sie w te pyszne owoce, u nas znam tylko jeden smak banana, tutaj jestem w stanie juz rozroznic conaj mniej szesc, sa duze z lekko kwadratowa skorka w kolorach zoltym, zielonym i lekko rozowym o smaku jak dla mnie pastewnym, dalej normalne jak nasze zolte i zielone, wole zielone sa smaczniejsze, dalej male, jak miniaturki swych wiekszych braci, zolte i zielone, te sa najslodsze, sa jeszcze zielone o aksamitnym, delikatesowym smaku, pycha de lux, banany zwozone sa tu zielone z plantacji, kazdy sprzedawca ma mala kanciapke, gdzie uklada je warstwami, pozniej pali krowimi wysuszonymi plackami w malej kuchence, aby dym przyspieszyl dojrzewanie, pozniej na targ i do naszych gardel

mad_DSC_3371.jpg

dalej pojechalismy na targ ryzowy, gdzie w wielkich worach tony ryzu przewozone sa na drewnianych wozach zaprzezonych w biale bawoly, robotnicy na glowach nosza te ciezary, by madurai mogl zapelnic brzuchy placzacych dzieci najcenniejszym „bialym zlotem”

mad_DSC_3384.jpg

dalej szwalnia produkujaca reczniki i inne wyroby frote, gdzie siedem dni w tygodniu w rytm klikajacych zapadek, mezczyzni, kobiety i dzieci tkaja swe przeznaczenie, male okienka pod dachem, 40-sto stopniowy upal, klebki wloczki zatykajace pluca, to wszystko za 2.500 rupi miesiecznie (170 pln) ale oni wszyscy sie usmiechaja, szczesliwi, ze wsrod milionow sa wybrancami, ktorzy maja prace i maja co jesc

mad_DSC_3410.jpg
by IkaruS

wieczorem wypilismy z francuzami pozegnalne piwo i rano nastepnego dnia wsiadla do pociagu do madrasu, 10 godzin, gdy dotarlam zaczynalo lac, znalazalam hotel blisko dworca brnac po kostki w brunatnej smierdzacej wodzie, poszlam na kolacje i gdy przelykalam ostatni kes ciapaty uslyszalam ich, przy sasiednim stoliku siedzialo starsze malzenstwo i rozmawiali po polsku! okazalo sie ze sa na emeryturze i gdy zima nawiedza nasz kraj uciekaja do tego cieplego kraju, gdzie mieszkaja na plazy w bungalowie, taniej, cieplo, morze, piekna pogoda, okazalo sie tez, co najbardziej nieprawdopodobne, ze znaja bardzo dobrze ojca mojej najlepszej kolezanki z podstawowki, z ktora mam sie spotkac w indiach po 20 latach, czyz te indie nie sa niesamowite?!?
w nocy do madrasu dotarl cyklon, ktory od kilku dni szalal na oceanie, sila jednak mocno oslabla, ale lalo calo noc, wiatr, grzmoty, blyskawice, troszke sie balam, przyznaje, ale dzis znow swieci slonce

co noc walcze z inteligentami, czasem z jednym, czasem z kilkoma naraz, mam cos cennego, co niezbedne im do zycia, ale nie lubie dawac im tego od tak, po prostu, o nie! toczymy wiec dlugie boje, obieramy rozne strategie, przygotowujemy plany bitwy, przeprowadzamy atak, wycofujemy sie na bezpieczne pozycje, przyczajamy sie, znowu atakujemy, skutecznie sie bronimy. sa dni gdy oni sa gora, a ja spie po walce nieswiadoma tego, iz wysysaja jednak to, co chca, znaczac zdobyte pozycje wojenne na mapie mego ciala czerwonymi charakterystycznymi bablami, sa dni, gdy ja rozplaszczam ich male cialka na scianach, podlodze, meblach, ktore gdy wyschna tworza me trofea wojenne swiadczace o ilosci stoczonych bitew. szanujemy sie nawzajem i wiemy, ze latwo i darmo sie krwi nie przelewa, lecz jak to w zyciu bywa – czasem trzeba. szacuneczek moskity!

madurai, madurai, jak dla mnie indyjski raj, naprawde mialam wielkie opory aby tu przyjechac, a tymczasem moglabym tu troche posiedziec, pogoda cudowna, jest cieplo i sucho, takze moglam w koncu wyprac wszystkie swoje ciuchy, ktore po powodzi w varkala dostaly plesniawego nalotu i blizej nieokreslonego zapachu, fuj, mm pokoj na piatym pietrze, skad moge wyjsc na dach i obserwowac zycie swiatyni, internet tani i szybki, wiec moge nadrobic braki, ech cudownie jest znowu moc…

rano po sniadaniu spotkalismy sie z gilem i michel by obejrzec swiatynie sri meenakshi, wokol ktorej kreci sie cale miasto, zbudowana w XVI wieku na powierzchni 6 hektarow z wieloma wiezami pokrytymi roznokolorywymi rzezbami, z wewnetrznym basenem, zaulkami, salami, filarami, naprawde robi ogromne wrazenie. masz ochote zagubic sie na dlugie godziny w tym zupelnie innym swiecie, przysiasc gdzies w kaciku, pomyslec, poczytac, nigdzie sie nie spieszyc, obserwowac, gdy jestes w srodku, masz wrazenie, ze swiatynie funkcjonuje jak wnetrze mrowiska, ciagle w ruchu, ciagle zmiany, indyjska mieszanka przypraw, wdowy, kaleki, matki z dziecmi, mnisi, proszacy o grosz na strawe, sprzedawcy tandetnych pamiatek, pocztowek i swiecidelek zadni twych rupii brzeczacych w kieszeni, falszywi przewodnicy liczacy na twa latwowiernosc, ale tez pielgrzymi z calego kraju i swiata, modlacy sie, odprawiajacy swa puje, skladajacy zyczenia i prosby, bramini namaszczajacy wiernych, sadhu w pomaranczowych szatach z siwymi brodami siedzacy z niewidzacym wzrokiem i turysci cykajacy fotki jak wariaci, niesamowite.

miedzy 12.30 a 16 swiatynia jest zamknieta, takze powrocilismy tam po kolacji, aby przechadzac sie po wnetrzach po zmroku, weszlismy do sali tysiaca filarow, gdzie jeden z nich po uderzeniu wygrywa muzyke, nie moglismy go znalesc, a poniewaz nie bylo w sali duzo ludzi, schowalam sie za jednym z filarow i dalam prywatny koncert dla gila i michel spiewajac swoje „libere” operowym glosem, w tych starych murach brzmialo to niesamowicie, dzwiek krazyl miedzy filarami, odbijal sie od sufitu, scian i podlogi, by powrocic jak w dwuglosie, straznicy i kilku pielgrzymow bylo zdezorientowanych, co sie dzieje, a my mielismy swietna zabawe. potem zaczela grac muzyka swiatyni, spiewacy jak w transie godzinami wyrzucali z siebie mantry przy akompaniamencie bebnow, skrzypiec, fletow, ludzie ukladali sie do snu, a my udalismy sie na dach mojego hotelu, gdzie popijajac zimne piwo, mielismy swiatynie pod nami, dochodzily nas dzwieki ulicy z tysiacem klaksonow i dzwonkow rowerowych po srodku, po prawej polityczne przemowy parti komunistycznej indii, a po lewej muzyka z wnetrza tego budowniczego giganta, wszystko wymieszane i pikantne, jak to w indiach, i wszystko tak abstrakcyjne i oderwane od rzeczywistosci, ze dlugo nie moglismy uwierzyc, ze to wszystko dzieje sie naprawde i jestesmy tam – tu i teraz…

mad_DSC_3269.jpgmad_DSC_3306.jpgmad_DSC_3272.jpgmad_DSC_3299.jpgmad_DSC_3261.jpg

ps. pociagi do madrasu zaladowane, takze bilet mam na jutro rano dopiero na 6.45 czasu lokalnego, dotre tam po 10 godzinach, choc nigdy nie wiadomo. poniewaz dzis pierwszy grudnia, racze was swoim zdjeciem,
pozdrawiam wasz wuj mat z podrozy

mad_DSC_3321.jpg
by IkaruS


  • RSS