karusiek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2006

kal_DSC_3603.jpgkal_DSC_3604.jpgkal_DSC_3606.jpgkal_DSC_3607.jpgkal_DSC_3614.jpgkal_DSC_3615.jpgkal_DSC_3620.jpgkal_DSC_3621.jpgkal_DSC_3624.jpg
by IkaruS

czas plynie bardzo szybko, zostaly mi tylko 3 dni w kalkucie, tylko 3 dni z dziecmi, w srode wieczorem ruszam dalej, zrobilam zdjecia na filmach, nie wiem czy zdaze je wywolac tutaj czy gdzies po drodze, co poza tym? trudno bedzie wyjezdzac zostawiajac to wszystko, czego tu doswiadczylam, kogo poznalam, to wlasnie jest najbardziej nieprzyjemna czesc podrozowania, zawsze cos lub kogos trzeba zostawic…ale czekaja nowe miejsca, nowi ludzie i nowe doswiadczenia…czekam wiec z niecierpliwoscia

po dwoch tygodniach spedzonych w tym miescie, czuje sie jak u siebie, poruszam sie bez przeszkod, mam grono znajomych, ulubione miejsca na sniadanie, obiad i kolacje, wiem jak i gdzie sie nie nudzic, ech…
dwa dni temu poczulam sie jak w lato na warszawskiej starowce podczas festiwalu jazzowego, gdyz tutaj tez mial miejsce podobny, bandy z brazyli, francji, indii, jazz na najwyzszym swiatowym poziomie, pojechalam taksowka na drugi koniec miasta, kupilam bilet za niecale 3 pln, zimne piwko i zasiadlam wsrod indyjskiej „artystycznej” publicznosci, band z francji absolutnie niesamowity, szesciostrunowy bas, eketryczne skrzypce, perkusja i tabla, przypominalo to momentami muzyke z prostej historii lyncha wymieszana z nutka orientu, siedzac tam zdalam sobie sprawe, ze czasem brakuje mi bardziej ambitnych kulturalnych doznan jak dobry koncert czy film, lecz jak to mowia, nie mozna miec wszystkiego, musi mi to wystarczyc na jakis czas…
kupilam wczoraj bilet do varanasi na 1 lutego wieczorem, takze zostaje mi juz tylko tydzien do spedzenia w kalkucie, w pracy mamy nowego kolege z nepalu, ktory pozyczy mi aparat, bym mogla zrobic zdjecia na czarno-bialych filmach, dzis rozpoczynaja sie w kalkucie najwieksze w indiach targi ksiazki, 100 tysiecy ludzi, oj tloczno bedzie…

kal_DSC_3594.jpgkal_DSC_3587.jpg
by IkaruS

od progu wita mnie znajomy zapach srodka dezynfekujacego wymieszany z proszkiem do prania i moczem, cisza, wszystkie dzieci jeszcze spia, na korytarzu tylko raji bawi sie znaleziona zabawka, sciagam klapki i ide do pokoju dla wolontariuszy by zostawic bluze, na scianie wisza fartuchy, staram sie codziennie swoj dobierac tak, by pasowal do reszty ubrania, moze to smieszne, ale wtedy pracuje mi sie lepiej, dzis wybieram w pasy bordowe, brazowe i czarne z duza kieszenia z przodu na niespodzianki, czekajac na reszte ekipy biore z kata gitare i cicho brzdakam, to stara pudlowka skrzypcowka z metalowymi strunami, ktora bardzo ladnie stroi, wypuszczam ciche dzwieki, ktore wypelniaja pokoje i nastrajaja wszystkich pozytywnie do pracy
o 8 przybywa ekipa, ktora staruje z domu matki teresy, przebieraja sie i rozchodzimy sie zajmujac ulubione pozycje, czesc idzie na gore robic pranie, czesc znosi dzieci z lozek, rozbiera, myje zeby, kapie, ubiera, czesc myje lozka i sciele swiezymi przescieradlami, zalezy, nikt nikogo nie popedza i nikt nikomu nie rozkazuje, robisz to co uwazasz, ja lubie scielic lozka swiezo wypranymi pachnacymi przescieradlami, po dwoch dniach i poscieleniu 50 lozek jestem ekspertem, najpierw dluzsze konce, pozniej krotsze, na to mata ze skory, gdyz dzieci sikaja w lozka, na to kolejne mniejsze przescieradlo, mala poduszka i gotowe,
mam tez kilkoro dzieci ulubiencow, ktore osobiscie niose, rozbieram i ubieram, gdyz wiem, ze zrobie to nie sprawiajac im bolu, z kobietami pracujacymi tam zawodowo roznie bywa, czasem gdy maja zly humor odbija sie to na dzieciach niestety
po kapieli czesc dzieci najbardziej uposledzonych ruchowo, ktore tylko leza, zanosimy do pokoju cwiczen, reszta w zaleznosci od pogody siedzi albo na tarasie na dachu, albo w duzym holu pomiedzy pokojami,
lubie pracowac z lucy, nie chodzi, nie siedzi, jej cialo prezy sie niekontrolowanie, nawet gdy jest zrelaksowana napina miesnie nog i rak, oraz wykrzywia twarz, staram sie ja masowac i uspokajac jak tylko sie da, dajac chwile odprezenia, spiewam jej do ucha, glaszcze po twarzy, po kilku dniach juz mnie rozpoznaje i usmiecha sie, bawimy sie wysuwajac i chowajac jezyk, dzis trzymam jej glowe na kolanach i czytam ksiazke o piotrusiu panie, jest na tyle spokojna, ze potrafi lezec bez ataku 10 minut, cudownie
o 10.30 przerwa na herbate i ciastka, wlewam w siebie goracy zlocisty plyn zagryzajac kokosowymi slodkosciami, chwytam gitare i umilam innym posilek, gadu gadu i trzeba wraca na parkiet
okolo 11 rozpoczynamy przygotowania do lunchu, znosimy dzieci do holu, czesc z nich potrafi jesc sama, lecz wiekszosc wymaga karmienia, zakladamy skorzane sliniaki i usadzamy je w zaleznosci od umiejetnosci i stopnia uposledzenia, jak zwykle kazdy ma swoich ulubiencow, moim faworytem do karmienia jest govindo, ma 15 lat a wyglada na 7, z porazeniem mozgowym, ktore zabralo cale jego cialo, jedynie glowa jest mobilna, chude rece i nogi z papierowa jedwabista skora oparte bezwladnie na foteliku, govindo jest bardzo spokojny, siedzi sobie w swym fotelu, obserwuje inne dzieci, usmiecha sie, ilekroc na niego patrze zastanawiam sie, co tez sobie mysli w tej swojej glowce, czy cos rozumie, czy o czyms marzy, czy czegos sie boi… wkladam mu specjalna dmuchana poduszke pod kark, by glowa mi nie uciekala i zeby sie nie zakrztusil i rozpoczynam lyzka po lyzce, dzis ryz wymieszany z ziemniakami, jajko, wszystko rozdrobnione by mogl przelykac, chyba mu smakuje, usmiecha sie i chetnie otwiera buzie po kolejna lyzke, na koncu szkalanka wody serwowana lyzeczka, wycieram buzke i zanosze go z powrotem do lozka, przykrywam kocem i caluje na dowidzenia, usmiecha sie promieniscie odprowadzajac mnie czarnymi pieknymi oczami do drzwi…
po lunchu znosimy dzieci do lozek, czesc z nich sie zmoczyla wiec je przebieramy, nakrywamy kocami, utulamy, jest 12 gdy wieszam swoj bordowy fartuch na wieszaku, dzis nie bylo niespodzianek w kieszeni, moze jutro…

przez nieszczelne okno wdziera sie krzyk ptactwa, kruki rozpoczely dzien wczesniej niz zwykle, leze z zamknietymi oczami konczac ostatnie sceny z mego snu, na dole slysze dozorce, ktory jak co rano kaszle i charcze oczyszczajac swe zjedzone przez ciezkie powietrze kalkuty pluca, dzwoni budzik, leniwie wyciagam reke spod cieplego przescieradla i wciskam 10 minut na drzemke, przeciagam sie i pozwalam zmyslom powoli opuscic senny swiat marzen sprowadzajac je do rzeczywistosci.
schodze na dol do toalety, lodowata woda na twarz budzi mnie na dobre, szoruje dokladnie zeby i czesze sie przed zakurzonym lustrem, wracam na gore, co dzis zalozyc? czerwony t-shirt i czarne spodnie, bluza, gdyz rano zimno i znalezny szalik na szyje, koniecznie po ostatnim przeziebieniu, klapki, jestem gotowa.
schodzac na dol place jak co dzien za swoj pokoik 2×2, gdzie miesci sie tylko moje lozko, maly stoliczek i wiatrak, 80 rupii, dozorca jak zwykle nie ma reszty, wiec wyda mi po poludniu, juz jestem na ulicy, taksowkarz na rogu dla formalnosci pyta czy mnie podwiesc, dobrze wie, ze ide piechota, usmiechamy sie, w koncu to jego praca, na drugim rogu otwarty kacik z goraca herbata przyciaga lokalnych robotnikow, paruja kotly i paleniska, slonce przedziera sie przez te opary, dajac przyjemne gorace promienie na twarzy, dwoch rikszarzy, ludzi-koni, macha mi z drugiej strony ulicy, w koncu dobijam do jedynej otwartej restauracji, jest 6.30.
zamawiam salatke owocowa z domowym jogurtem, musli i miodem, obok kilku wolontariuszy konczy sniadanie, rano lubie cisze, wiec korzystam z wolnego stolika przy oknie, place rachunek i skrecam w lewo do stacji metra, mijam rodziny spiace na ulicy pod plastikowymi dachami z workow, mijam kobiety golymi rekami segregujace swiezo przywiezione smieci, mijam sprzedawcow rozkladajacych swe male stoiska na chodniku, mijam sprzataczy zamiatajacych brud wczorajszego dnia, mijam polnagich mezczyzn kapiacych sie na ulicy korzystajac z publicznego kranu, mijam dzieci w bialych koszulach, granatowych spodniach i bialych podkolanowkach spieszace do szkoly, mijam, mijam…
jest 7.12 gdy docieram do park street, kupuje bilet w obie strony 4+4 rupie, rano nie ma kolejki, pozniej trudno sie dopchac, witam znajomego dozorce zamiatajacego korytarz, siadam na pustym peronie, na tablicy wyswietla sie czas przyjazdu 7.27, z zawieszonych pod sufitem telewizorow saczy sie indyjska muzyka ilustrowana teledyskami, zamykam oczy i czekam na dzwiek pociagu.
najpierw czuje ruch powietrza a pozniej go slysze, wsiadam do drugiego wagonu, miejsc siedzacych wiele, to nie godziny szczytu, siadam po prawej i po raz kolejny studiuje tablice z rysunkami co wolno, a czego nie wolno w metrze robic, na przyklad trzeba unikac rozpowszechniania plotek, jak rowniez ich sluchac, miedzy wagonami drzwi sa otwarte, takze moge widziec caly pociag zarowno w jedna jak i w druga strone, dlugi jest, nie mozna robic zdjec
girish park, platform is on the right side, wysiadam, wciskam bilet do maszyny przy wyjsciu, skrecam w prawo, jedne ruchome schody, drugie i juz jestem na ulicy, jak co rano rozpoczal sie handel uzywana odzieza, tlumy klebia sie nie tylko na chodniku, ale zajmuja rowniez polowe pasa ruchu, przeciskam sie miedzy stoiskami usytuowanymi na ziemi, z tylu trabia autobusy, taksowki, dzwonia dzwonki rowerowe, usmiecham sie na wspomnienie o moczydle
skrecam w lewo przy duzej skrzynce telefonicznej, mala uliczka na skroty, na ktorej urzeduja fachowcy od bambusa, z cienkich listewek wycinanych nozem buduja precyzyjne stelaze do platform, fikusnych dachow, rzezb kobiet i zwierzat, okrywaja je roznego rodzaju masami papierowymi badz liscmi palmowymi i maluja farbami na rozne kolory i w rozne wzory, skrecam znow w lewo wbijajac sie na ulice, jakich wiele w kalkucie, stare budynki z przegnila farba, zakurzone rosliny, stoiska z herbata i przegryzkami, jej bywalcy codziennie powtarzaja te same czynnosci, krusza wegiel, rozrabiaja ciasto na swieze chapati, parza herbate, kapia sie, szoruja zeby, po kilku dniach znam to wszystko na pamiec, co daje poczucie jakbym byla w domu
docieram do daya dan po 15 minutach jest 7.50, rozsuwam metalowe drzwi i wchodze na drugie pietro, sciagam klapki przed wejsciem i juz jestem tu znowu…

kalkuta to miasto wolontariuszy, przybywaja tu setkami ze wszystkich stron swiata, by niesc pomoc porzuconym, chorym i umierajacym, wynajmuja najtansze pokoje i spedzaja tu 6 m-cy pracujac w roznych organizacjach, najwiecej przybywa z poludniowej korei, japonii, argentyny, francji, stanow zjednoczonych, australii i anglii, powracaja tu wiele razy znajdujac w wolontariacie swa droge przez zycie, podobnie jak bohaterowie powiesci „miasto radosci”

rejestracja w domu matki teresy ma miejsce w poniedzialki, srody i piatki o 15, stawilam sie wiec punktualnie wraz z innymi swiezakami, kaza wypelnic karteczke z danymi do przepustki, pozniej objasniaja wszystkie szczegoly pracy, na koncu indywidualna rozmowa z siostra przelozona decyduje, do ktorego z domow pomocy sie trafia, poprosilam o prace z dziecmi, takze przydzielili mnie do domu daya dan (mercy gift) przebywaja w nim dzieci porzucone badz podrzucone w wieku od 3 do 16 lat, pracuje na drugim pietrze, gdzie sa najciezsze przypadki, glownie dzieci z porazeniem mozgowym, niewidome, z niedorozwojem umyslowym, niektore z nich to male roslinki, ktore bez pomocy z zewnatrz nie przetrwaly by jednego dnia…
aby dojechac do pracy wstaje o 6, toaleta, sniadanie w jedynej otwartej knajpie i z buta do metra, 5 stacji w kierunku dum dum, dalej piechota 20 minut i juz jestem, pracuje od 8 do 12.30 potem metrem z powrotem, wale sie spac zmaczona i szczesliwa, prysznic, kolacja, rozmowy, spotkania… szczegoly wkrotce…
zdjec dzieci na razie nie bedzie, zdjec kalkuty tez na razie nie, dostalam czarno-biale filmy od znajomego fotografa i chce to zrobic w tradycyjny sposob, dlatego tez potrzebuje czasu na koncepcje tych zdjec jak rowniez znalezienie kogos, kto pozyczy mi aparat, chce tez najpierw poznac troche dzieci i choc troche zrozumiec ich magiczny, cichy swiat…

kal_DSC_2904.jpgkal_DSC_3580.jpg
by IkaruS

zawladnela mymi wszystkimi zmyslami jak swiezo poznana kochanka, od trzech dni nie moge spac, nie moge jesc, nie znajduje spokoju, myslac o niej w dzien i marzac o niej w nocy
dyskretnie, subtelnie dawkuje mi swe rozkosze bawiac sie mym zniecierpliwieniem
jej gorace waskie ulice jak rozpalone dlonie i uda oplataja mnie ciasno w szalenczym transie
jej zadymione tajemnicze zaulki jak najbardziej skrywane soczyste owoce neca bezwstydnie obiecujac ekstaze
jej szepty, tchnienia, drgania i spiew jak najgoretsza muzyka wygrywana przez ciala kochankow splecione
jej zapach wiecznej rozkoszy zmieszany z ciezkim potem jej pobratancow wdziera sie przez nozdrza glebiej i glebiej mamiac najdalsze rejony umyslu
chlone ja kazdego dnia, wciaz malo i malo, me cialo chce wiecej…

kal_DSC_3586.jpg
by IkaruS

wieczorem ostatniego dnia przed opuszczeniem wysp na dobre, mialam silne przeczucie, ze musze pojsc do light house restaurant, strzal w dziesiatke, spotkalam ekipe anglikow, jonasa i karstona z mojego resortu, takze zegnalismy sie dlugo i na mokro nie szczedzac kolejnych kolejek wodeczki zapijanej swiezo wycisnietym sokiem z limonki, zal wyjezdzac, oj zal, wspaniale cztery tygodnie, niezapomniane, dobrze ze zawsze mozna tu wrocic…
kilka zaleglych fotek z sennych relaksacyjnych andamanow

and_DSC_3127.jpgand_DSC_3145.jpgand_DSC_3456.jpgand_DSC_3462.jpgand_DSC_3467.jpgand_DSC_3471.jpg
by IkaruS

rano spakowalam swoje graty, ktorych przybywa z kazdym kolejnym postojem, dokupilam mala slomkowa mate gdyby mozna bylo spac na pokladzie, zaopatrzylam sie w 6 paczek ciastek, kilo bananow,5 pomaranczy i 3 litry wody, zlapalam riksze do portu, gdzie z daleka widac bylo klebiace sie tlumy hindusow. bilet w bunk clasie na pierwszym pokladzie, lozko numer 347, tym razem statek zaladowany na maksa, w moim pokoju tylko hindusi, okna tuz nad powierzchnia wody, wiec zabite na stale, klimatyzacja nie dziala wiec juz po godzinie czulam charakterystyczny skwasnialy zapach hinduskiego potu, jestem jedyna biala na tym poziomie, dwoje niemcow na dwojce i jedna niemka stephanie w kabinie 2 klasy, czworo w sumie rozrzuconych w roznych czesciach statku, bylam tak zmeczona organizacja swego zaladunku oraz mocno odurzona pastylkami na chorobe morska, ze przespalam cala noc pocac sie straszliwie (nie moglam sie rozebrac w obecnosci wszystkich wiec spalam w opakowaniu), obudzily mnie dopiero o 6 rano rozgrywki karciane 5 nastolatek i 6 podlotkow, ktore mialy mocny podtekst erotyczny, zwleklam sie wiec wymieta podobnie jak me przescieradlo i ruszylam za potrzeba i odswiezeniem, kible juz po pierwszej nocy zapchane stolcem w roznych kolorach i konsystencji wymieszanym z zarciem i rzygowinami, smrod z meskiego wc zawiesil brunatny szal nad okolica, wiec kto zyw ruszal czym predzej na poklad by zaczerpnac swiezego powietrza.

zabralam zapas jedzenia na caly dzien, wode, mate, ksiazke oraz mp3 i znalazlam swoj kawalek cienia na pokladzie, gdzie swieza morska bryza leczyla me nozdrza noca zmeczone, dolaczyla do mnie stephanie, poszlysmy razem do informacji aby zdac swoje paszporty, gdy oficer zobaczyl, ze jestem z polski, bardzo sie ucieszyl, gdyz statek zostal zbudowany w stoczni szczecinskiej i mimo, ze minelo 20 lat od przekazania go indiom, nadal pewne fragmenty instrukcji pozostaja nie przetlumaczone, tak wiec kazal mi sie stawic nastepnego dnia o 10 by wykorzystac me polsko-angielskie umiejetnosci,co wiecej, pozwoli mi bez dodatkowej oplaty przeniesc sie do klimatyzowanej kabiny, gdzie mieszkala stephanie, hurra, wrocilam do bunk clas, spakowalam sie znowu i ruszylam na klimatyzowane pokoje, dostalam swoja zamykana szafke, lecz nie dostalam lozka, gdyz nie bylo wolnego miejsca, ale jedno mlode malzenstwo kazda noc spedzalo w jednym lozku, takze ja korzystalam z wolnej przestrzeni, wymienialismy sie rano, ja szlam na swieze powietrze a oni zajmowali z powrotem swoje lozko, cudownie, tak o ja moge podrozowac nawet 10 dni, cichutko, czysciutko, prysznice dzialaja, kibelki czyste, miodzio…

nastepnego dnia stawilam sie punktualnie o 10 na posterunku tlumacza i udalam sie do wyscielanych dywanami kajut kapitana na siodmym decku, pokazali mi jak dziala nawigacja, kompasy, auto pilot, mapy, nasza pozycje, certyfikaty statku z polski, jakbym byla bardzo waznym gosciem a nie niskobudzetowym travelersem z bunk klasy, kapitan osobiscie mnie powital i zaczelo sie tlumaczenie, pokazali mi schematy lodzi ratunkowej, wykresy, gdzie wszystkie nazwy byly przetlumaczone na angielski, jedyne czego nie mieli to dwa polskie slowa „rozdzielacz rejsowy” no coz przetlumaczylam jak umialam i pozegnalam towarzystwo, niska cena za zamiane swego niebytu na pierwszym na calkiem przyzwoity byt na trzecim pokladzie, dzieki stocznio.

czas na promie plynal bardzo szybko, rano wstawalam na rozowe rzeskie wschody slonca, niesamowite i za kazdym razem inne,lecz zawsze mocno energetyczne i dajace spokoj na caly dzien, pozniej sniadanie w kantynie na piatym decku, dalej ksiazka, gry w karty, rozmowy, pisanie, po poludniu cudowne zachody slonca, ktore zamienialy niebo, chmury i morze w prawdziwe zywe obrazy, malowane cudownymi pedzlami natury, czerwienie, brunatnosci, pomarancze, zlocienie, blekity, granaty, czernie, wszystko mieszalo sie w godzinnym mistycznym przedstawieniu, wieczorem kolacja na piatym i spanie dajace odpoczynek otlumanionym swiezym powietrzem czlonkom.

czwartego dnia rano wplynelismy w delte gangesu, slonce wisialo nisko nad horyzontem, cicha mgla otulala brzegi rzeki, na ktorych palmy, cegielnie, dymiace kominy, fabryki, brunatna woda niosla smieci, scieki i wszystko to, co miasto i jego 12 milionow mieszkancow moze z siebie wycisnac, czekalismy kilka godzin, az sluzy wyrownaja poziom wody dla tak wielkiego statku, gdy w koncu dobilismy do brzegu, 1200 pasazerow zaczelo gramolic sie ze swoimi bagazami, tobolami, pudlami na powierzchnie, aby do slonca, aby szybciej, tragarze, zolnierze, starcy, kobiety i dzieci, my jako cudzoziemcy musielismy czekac na przedstawiciela emigration office, ktory musial sprawdzic nasze paszporty, czekalismy 1,5 godziny w opustoszalym smierdzacym statku, w koncu przybyl czarnym ambasadorem w asyscie trzech innych mundurowych, zerknal w dokumenty i wpuscil nas na lad.

bylo juz ciemno gdy wzielismy zolta taksowke na sudder street, smog wisial nad miastem przykrywajac budynki, rosliny, samochody i ludzi szarym pylem, choc nigdy nie bylam w londynie, to ta waska uliczka z naszym hotelem z wysokimi ceglanymi budynkami pamietajacymi zeszly wiek, spowita gesta mgla, z przytlumionymi swiatlami saczacymi sie z latarni i witryn sklepowych, z tlumem ludzi, stoiskami z jedzeniem serwowanym prosto z ulicy rikszami napedzanymi nogami ludzi-koni brzdakajacymi malutkimi dzwonkami, dzwiekiem saksofonu zza okna, wszystko to wygladalo jakbym sie przeniosla w czasy sherlocka holmsa, niesamowite…
wiecej wkrotce

boat_DSC_3534.jpgboat_DSC_3533.jpgboat_DSC_3567.jpgboat_DSC_3569.jpgboat_DSC_3549.jpg
by ikaruS

wczoraj rano wsiadlam w autobus by ruszyc szanowna z zadymionego centrum, to dziwne ze na tak malej wyspie maja korki jak na marszalkowskiej, wybralam sie na poludnie wyspy do miejsca zwanego wandoori, swego czasu byly tam piekne plaze, lecz gdy przyszlo tsunami, wszystko sie zmienilo.

Autobus wspinal sie powoli na zielone wzgorza zostawiajac w tyle zatloczone ulice, budynki gospodarcze, fabryki i zaklady rzemieslicze, znow poczulam sie jak na havelock, ludzie wsiadali i wysiadali, sprzedawcy ze swiezymi dostawami warzyw i ryb na market, kobiety z bananami i przyprawami, dzieci do szkoly, musze dodac ze autobus obslugiwany jest zawsze przez trzy osoby, jest kierowca, ktory naduzywa klaksonu jak tylko moze i ktory zalatwia prywatne sprawy jakby to byl prywatny samochod a nie publiczny srodek transportu, tym razem np zatrzymal sie przy aptece i wyskoczyl uzupelnic domowa apteczke, jest koles ktory stoi w drzwiach z gwizdkiem w ustach dajac sygnal dla wsiadajacych raz i wysiadajacych dwa gwizdy dyrygujac przy tym ruchem wewnatrz zatloczonego autobusu, trzecim czlonkiem ekipy jest sprzedawca biletow, zawsze przycina mnie na rupie lub dwie, wiem o tym, ale niech mu bedzie, ma skorzana mala torebke w ktorej trzyma drobne a banknoty uklada w wachlarzyk w prawej dloni miedzy palcami wedlug nominalow, w ktorej trzyma tez plik biletow o roznej wartosci, mistrzostwo swiata, ekipa wspolpracuje sprawnie na tyle, ze zawsze jest w stanie wylowic delikwenta, ktory nie zpalacil za bilet.

Wysiadlam na ostatnim przystanku, cisza, spokoj, rybacy, szum morza, do poludniowego brzego wiodla mala uliczka posrod drzew mangrowych, z daleka juz bylo slychac disco trans indyjski i wrzaski plazowiczow, to miejsce upodobaly sobie indyjskie wycieczki, wiec brak bylo bialych twarzy. efekty tsunami widoczne wyraznie, ogromne drzewa powyrywane z korzeniami, zatopione wzdluz calej zatoki, kawal plazy wyrwany z ladu ze wszystkim co na niej bylo, zywiol pozostawil wiele sladow i znamiom, ktore potrzebuja czasu aby sie odnowic i zniknac, nagle wsrod tego miejsca tragedii bar z glosna muzyka, patrze i nie wierze, na frontowej scianie wymalowana starannie tablica z kolorowa nazwa „tsunami” a w srodku do kupienia plyty cd z zarejestrowanym momentem uderzenia fali w wyspy andamanskie…pozostawiam to bez komentarza, gdyz coz mozna rzec w takiej sytuacji…

zapakowalam sie zniesmaczona z powrotem do autobusu i powrocilam do port blair, wieczorem spotkalam szalonego indyjskiego fotografa i dlugo rozmawialismy, dzis ostatni dzien na ladzie, nastrajam sie psychicznie na kolejne dni na promie, ktory wyplywa jutro rano, jak doplyne do kalkuty odezwe sie znowu

ps. rozczaruje co po niektorych ale pstryknelam moze 5 zdjec na wyspie, nie bede sie z tego tlumaczyc, po prostu, jest czas na robienie zdjec i jest czas na totalny relaks, wybralam swiadomie to drugie a zdjecia wysp mozna znalezc w internecie na roznych stronach

znowu w port blair, tym razem na dobre, powrot do rzeczywistosci bardzo bolesny, znow musze miec oczy naokolo glowy przechodzac przez ruchliwe ulice, znow ryczenie klaksonow wbija sie bezlitosnie w me schiloutowane zwoje mozgowe swidrujac przestrzen tuz za oczami, znow smierdzace psie gowno na mych nogach gdy idac chodnikiem pozwolilam sobie miec glowe w chmurach, znowu trzy godziny w kolejce po bilet na prom w 40-sto stopniowym upale stloczona miedzy kratkami wraz z innymi kobietami jak zwierzyna czekajaca na rzez, znowu, znowu, znowu…

jak to mowia „zycie to nie je bajka”, wiem, lecz czasem trudno mi sie z tym pogodzic, po cudownych czterech tygodniach na havelock, czas stawic czolo indiom po raz kolejny, mysle ze zgromadzilam wystarczajacy zapas energii, aby sobie z tym poradzic, udalo mi sie dzis kupic bilet do kalkuty, prom wyplywa 10-go stycznia, czas podrozy okolo 5 dni (4 noce) dystans podobny jak do chennai, lecz podroz dluzsza, gdyz jeden dzien przed kalkuta prom kluczy po rzece plynac bardzo wolno, na szczescie zaopatrzylam sie w magiczne pastylki na chorobe morska, wiec mama nadzieje, ze tym razem bede czula sie zdecydowanie lepiej, poza tym kilka dobrych ksiazek (w koncu zaczelam czytac po angielsku i tak mnie wciagnela ze polykam jedna ksiazke za druga) wiesci donosza ze bedzie tez kilku bialych na lodce, takze nudzic sie nie powinnam. jutro moze skocze na jeden dzien na poludnie od port blair by zobaczyc troche glownej wyspy, wezme tylko maly bagaz, autobusem 2 godziny i znowu boska plaza, tak czy inaczej, jestem gotowa na nowe przygody.


  • RSS