karusiek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2006

tyb_DSC_4103.jpgtyb_DSC_4121.jpgtyb_DSC_4126.jpgtyb_DSC_4120.jpgtyb_DSC_4116.jpgtyb_DSC_4115.jpg
by IkaruS

w bhagsu czas plynie powoli, leniwie, jak maly gorski strumyk podczas pory suchej, lawiruje miedzy kamieniami znajdujac sobie rozrywki wspomagana przez miedzynarodowe towarzystwo zamieszkujace nasz guest house :polska, dania, usa, francja, rosja, izrael, kolumbia, kanada jest naprawde ciekawie na naszym tarasiku, rano budzi nas gorace slonce, w powietrzu z dolin do gory migruja tysiace zoltych motyli, ptaki spiewaja, wysokie gory wokolo, wszyscy szczesliwi i spokojni; zbieram sily i energie na powrot do domu, ktory zbliza sie wielkimi krokami, jestem gotowa i szczesliwa ze wracam:)

kilka dni temu spotkalam jane, zakrecona angielke, ktora mieszka w hiszpani wraz ze swym partnerem, zaszla w ciaze w indiach i poprosila o kilka zdjec swojego brzuszka, ktory po prawie 4 miesiacach zaczyna przypominac kragla pilke, mialysmy niezla zabawe walczac z przedmiotami, zimnem w cieniu i swiatlem, za jej przyzwoleniem serwuje jedno z nich:)

jane5a.jpg
by IkaruS

pamietam zielony zeszyt cwiczen do srodowiska do trzeciej klasy, ktory przelezal caly rok na mojej polce wraz z kilkoma innymi ksiazkami, ktore kupilam Asi we wrzesniu, gdy spozniala sie z powrotem ze swych wakacji w grecji; pamietam list pisany na rozkladanej na trzy czesci czerwonej zagranicznej pocztowce, ktory czytalam w kolko, tak ze po miesiacu znalam go na pamiec „…z grecji do kanady na 6 lat…”; pamietam i mam do dzis lalke z dwoma grubymi warkoczami w rozowej sukience, ktora babcia Asi przyniosla mi do szkoly w prezencie od niej; pamietam listy pisane do kanady i te przychadzace stamtad, ktore coraz trudniej bylo mi rozczytac i zrozumiec; i pamietam ten list, ktory wrocil z adnotacja po angielsku, ze adresat nie mieszka dluzej pod wskazanym adresem
od tego czasu okno na przeciwko pozostawalo puste, czesto myslalam jak potoczyly sie Asi losy, gdzie jest, co robi, jak wyglada, jaki ma charakter, co lubi, czesto tez w mych snach powracala do naszego miasta i znow moglysmy smiac sie, zartowac i podkochiwac w tych samych chlopcach.

minelo 6 lat, minelo kolejnych 10, juz nie bylam mala dziewczynka a dorosla kobieta, skonczylam studia, pracowalam, mialam chlopaka, zespol, przyjaciol, lecz mimo to, zawszse gdzies tam gleboko myslalam o niej.
pewnego dnia siedzac w pracy i przegladajac strony w internecie, pojawila sie mysl, a moze sprobowac znalezc ja poprzez internet, musza byc jakies slady, wpisalam wiec w wyszukiwarce imie i nazwisko Asi i rzeczywiscie wyskoczylo mi kilka linkow, ktore prawdopodobnie dotyczyly jej, organizacja walczaca o prawa kobiet i dzieci w toronto, gazetka zin „giant kielbasa”, kilka stron o protestach studenckich, m.in w obronie pracownikow szkolnej stolowki, na jednej ze stron znalazlam emaili drzacymi z wrazenia palcami nastukalam kilka zdan po angielsku „…jestem…szukam…moze?…” wyslane, sprawdzalam poczte kilka razy dziennie, az w koncu po dwoch dniach przyszla odpowiedz „tak, to ja…”

to bylo 4 lata temu, od tamtej pory okno po drugiej stronie zaczela wypelniac jej postac, obraz stawal sie wyrazniejszy z kazdym listem, emailem, paczka otrzymywanymi regularnie. niesamowite bylo to, jak, mimo iz wychowywalysmy sie w roznych kulturach, srodowiskach i krajach, bylysmy sobie bliskie pod wieloma wzgledami, az w koncu ponad rok temu zdecydowalam sie na wyjazd do indii, w tym samym czasie Asia zmienila prace i zaczela koordynowac programy wymiany mlodziezy kanadyjskiej z mlodzieza krajow rozwijajacych sie, pojechala do brazylii a jej nastepny program czyli tegoroczny byl w indiach. bylo wiec oczywiste, ze zrobimy wszystko, aby sie spotkac.

23 lutego pozne popoludnie, przyjechalam do delhi dzien wczesniej niz planowalam, wiec byla to niespodzianak i rzeczywiscie byla. od tamtej pory w oknie po drugiej stronie wyraznie widze Asie, z ktora spedzilysmy fantastyczne dwa tygodnie, ktora zmuszala mnie do myslenia, patrzenia na sprawy z roznego punktu widzenia, obrony swych pogladow w mocnych acz przyjaznych konwersacjach, ktora uczulila mnie na sprawy emigrantow, mniejszosci, walki o swe prawa, dzieki ktorej odkrylam, ze kazdy moze pisac poezje, z ktora pilam zawsze najlepsza kawe w indiach i z ktora mam nadzieje spotkam sie jeszcze nie raz, dziekuje Asiu:)

ps. dopiero teraz zebralam sie do tej notki, lepiej pozno niz wcale, potrzebowalam weny, glut ciagle w nosie mym wisi, co zycia nie ulatwia, ale daje rade, jutro ostatni dzien nauk, wszyscy tybetanczycy beda tam, czekajac na blogoslawienstwo, ja sie nie wybieram, to ich specjalna prywatna sprawa

raj_DSC_3972a.jpgraj_DSC_3972.jpgraj_DSC_3973.jpg
by IkaruS

na obczyznie nie zyje sie latwo, na obczyznie nic nie smakuje tak jak w domu, na obczyznie trzeba liczyc na laske tych, ktorzy goszcza, na obczyznie poczucie patriotyzmu jest silniejsze niz gdziekolwiek, na obczyznie teskni sie za tymi, co zostali po tamtej stronie, na obczyznie rodza sie dzieci, ktore moze nigdy nie zobacza ojczyzny, na obczyznie potrzebny jest ktos kto daje nadzieje i wiare w to, ze pewnego dnia powroci sie do domu…oby jak najszybciej…

tyb_DSC_4061.jpgtyb_DSC_4076.jpgtyb_DSC_4067.jpgtyb_DSC_4067a.jpgtyb_DSC_4070.jpgtyb_DSC_4066.jpgtyb_DSC_4079.jpg
by IkaruS

po kilku dniach slonecznych gdzie trzeba bylo chowac sie przed palacym gorskim sloncem by wieczorem nie skonczyc jako czerwonoskory, dzis znow zimno i siapi, nie mam duzo cieplych ciuchow, gdyz wszedzie tam gdzie bylam bylo cieplo, wiec wkaladam wszystko co mam na siebie i jakos daje rade, w pokoju ciezko wystawic reke spod koca, w nosie gesta zawiesina, jak mysle o przysznicu to ciarki przechodza po plecach a tu jakos zyc trzeba, ale z kazdym dniem jest coraz cieplej, wiec ta mysl mnie rozgrzewa,
w moim hoteliku znalazlam polke przez sciane wiec sobie male gadu gadu uprawiamy wieczorami
na razie nie zrobilam zadnych zdjec, gdyz po naukach musialabym wracac 2 km po aparat i znowu 2 km do miasta, zeby cos cyknac, takze cierpliwosci, na pewno cos wkleje, na razie abstrakcja z pokoju hotelowego gdzies w indiach

pajaki.jpg
by IkaruS

wczoraj kolo 11 udalam sie w kierunku swiatyni tybetanskiej, by uslyszec a najlepiej zobaczyc malego sympatycznego czlowieczka w purpurowych mnisich szatach i okularach na nosie, jednak ochrona szybko mi to wyperswadowala zyczac sobie specjalnej przepustki ze zdjeciem, ktora trzeba wyrobic w specjalnym biurze, ktore otwarte jest tylko po poludniu, wiec reszte dnia poswiecilam na wszelkie formalnosci, poszlam do fotografa gdzie dostalam wydrukowane 9 fotek z digital kamery za cale 4pln, potem do biura, wypelnilam formularz ze wszystkimi danymi z paszportu i wizy i placac 5 rupii (30gr) stalam sie szczesliwa posiadaczka smacznie zapakowanej w przezroczysta folie z gustowna przypinka, wejscioweczki
wracajac na swe smieci po poludniu (2km piechota) nastawialam uszy na relacje uczestnikow nauk i wywnioskowalam, ze zeby cokolwiek zobaczyc trzeba zajac pozycje w holu medytacyjnym odpowiednio wczesniej, czyli okolo godziny przed, takze wieczorem nastawilam budzik na 7, wlozylam dwie pary skarpet, dlugie spodnie i polar, przykrylam sie dwoma kocami i udalam sie w swiat, ktory najbardziej kocham, w ktorym wszystko jest mozliwe i niebo jest zawsze niebieskie…

rano nie bylo juz tak zimno, szybka toaleta, croisant kupiony w piekarni po drodze i w dol droga do miasta, slonce swiecilo ponad osniezonymi szczytami, wiatr szumial w drzewach i zielonym ryzu pokrywajacym nizsze stoki, ptaki spiewaly mi nad glowa, w powietrzu unosila sie specyficzna gorska bryza tak rozna od tej ladowanej w 300-stu mililitrowy pojemnik odswiezacza do wc za 4pln i czulam sie tak dobrze, tak cudownie…
tlumy zmierzaly w tym samym kierunku, tybetanscy mnisi i mniszki w swych purpurowych szatach z ogolonymi glowami, usmiechnieci tybetanczycy z dziecmi na plecach, cudzoziemcy, wszyscy w jednym celu, by Go zobaczyc, na bramce przeszukanie, nie wolno wnosic aparatow, telefonow, nozy, papierosow, bardzo dobrze, rozpraszaloby to uwage zgromadzonych (dlatego nie bedzie zdjec z posiedzen) bylam tam troche po 8 i juz wiekszosc miejsc na podlodze byla zajeta, usiadlam wiec z tylu blisko sciezki, ktora mial przechodzic, tlum gestnial z kazda minuta, spoznialscy nie dostali sie do srodka, siedzieli na okolicznych placykach, schodkach i drzewach, w koncu o 9.30 wielkie poruszenie, brama sie otwarla i wsrod ochroniarzy, innych mnichow, staruszek z kadzidlami pojawil sie energiczny starszy jegomosc w mnisich szatach w okularach obdarowujac wszystkich na okolo przyjaznym usmiechem, Dalajlama, kiedy poruszenie jego przybyciem ucichlo, zaczely sie modlitwy i nauki, wszystko w jezyku tybetanskim, wiec aby je zrozumiec trzeba bylo nabyc odbiornik radiowy, gdzie na biezaco nadawane sa tlumaczenia po angielsku, niestety nie zdazylam tego zrobic, wiec usiadlam sobie w kaciku i sluchalam Jego mowy jak transu, jak muzyki, po 15 minutach ktos z tylu ofiarowal mi radio, ktorego nie uzywal, takze walczac z antena i falami, ktore czesto zanikaly lub byly zaklocane przez rosyjskie tlumaczenia, sluchalam, sluchalam… o medytacji, o wspolczuciu, o milosci, o tym co wazne w buddyzmie i o tym co wazne dla tybetu, w miedzyczasie mnisi roznosili slodkie bulki i mleko z maslem dla przybyszy i bylo tak jakos dziwnie, tak milo, tak rodzinnie, po 1,5 godzinie nauki zakonczyla modlitwa i wszyscy wytoczyli sie przed bramy swiatyni, gdzie juz grzaly sie w parownikach momos (tybetanskie pierogi) goraca herbata i rozne inne smakolyki, wszyscy rozesmiani, wszyscy przyjazni, pozytywne wibracje…
jutro wroce tam znowu

po 11 godzinach w siapiacym deszczu, zmarznieta, przemoczona, wypluta, wyzuta dotarlam do dharamsala, dokladnie zatrzymalam sie w bhagsu, w malej wioseczce 2 kilometry od mcleod ganj, dzis rano powitalo mnie gorace, gorskie slonce, osniezone szczyty widoczne z mojego balkonu, ach cudownie, ide wlasnie rozejrzec sie za dalajlama, wiecej wkrotce

korzystam w opisie sikhow z pomocy ksiazki p.Mroziewicza
sikhowie to spolecznosc religijna, ktora istnieje od konca XV wieku, kiedy Nanak Czand wzial troche z hinduizmu troche z islamu i stworzyl nowa religie, slowo sikh oznacza ucznia, sikhowi nie wolno scinac wlosow ani brody, co jest dowodem na jego umartwianie, wlosy musza byc zadbane i przykryte turbanem, w pukiel wlosow wpina sie grzebien, na prawej rece bransoleta-znak skromnosci, u pasa szabla-kirpan, nie wolno im palic ani jadac miesa ze zwierzecia, ktore nie padlo od jednego ciosu, co nie znaczy ze nie racza sie whisky w okolicznych parkach, kazdy sikh nosi nazwisko singh, co znaczy lew, na swiecie jest ich 17 milionow
w latach 80-tych walczyli o swa niepodleglosc chcac obalic partie kongres w indiach, w 1984 roku indiri gandhi zdecydowala sie uzyc sily przeciwko bojowkom zabarykadowanym w zlotej swiatyni, wkroczyli tam komandosi z czolgami i karabinami maszynowymi czyniac rzez na prawie 500 sikhach, juz w kilka miesiecy pozniej sikhowie zemscili sie zabijajac pania premier w jej domu w delhi
to kawalek historii, dzis swiatynia przyciaga pielgrzymow z calego swiata, jest perfekcyjnie zorganiozowana, biura, informacje, pokoje do spania, darmowa stolowka obsluguje codziennie kilka tysiecy ludzi, pracuja tam wolontariusze, dwa razy dziennie przenosi sie swieta ksiege sikhow, ktora w odroznieniu od bibli, mozna nabyc tylko w tej swiatyni
pochodzilam sobie troszeczke, porobilam zdjecia, goraco, bialy marmur parzyl stopy, slonce grzalo w ma glowe przykryta czarna chustka, ucieklam do hotelu
jutro rano wsiadam w autobus do dharamsala, ostatniego dluzszego przystanku w mej podrozy, zamierzam tam spedzic okolo 3 tygodnie, dalejlama daje nauki, duzo przyjaznych tybetanczykow, himalaje z okna, swieze gorskie powietrze, trzeba sie doprowadzic do kulturwy przed powrotem w nasze polskie strony

amr_DSC_4024.jpgamr_DSC_4020.jpgamr_DSC_4013.jpgamr_DSC_4028.jpgamr_DSC_4032.jpgamr_DSC_4035.jpgamr_DSC_4046.jpgamr_DSC_4041.jpgamr_DSC_4038.jpgamr_DSC_4037.jpgamr_DSC_4043.jpg
by IkaruS

ostatni dzien z asia spedzilysmy na pozegnaniach z jej przyjaciolmi w delhi i na „zachodnich” rozrywkach, bylysmy w kinie na transamerica i w kilku centrach handlowych, opijalysmy sie przepyszna kawa i opychalysmy wypiekami, smacznie bylo
zamowilysmy dla niej taksowke na 4 rano by zabrala ja na lotnisko, budzik zadzwonil o 3.30 po ledwie dwoch godzinach odkad polozylysmy sie spac, z piaskiem w oczach i trampkiem w buzi odtransportowalam ja z bagazem na dol, pozegnania, pozegnania i znow zostalam w swej podrozy sama…
o 19.30 mialam pociag do amritsar, okazalo sie, ze jest opozniony 1,5 godziny, siedzialam sobie na peronie wsrod tlumu sikhow zmierzajacych do swego swietego miejsca, turbany, u boku przewieszone kirpany, bransoletki na rekach, ktos gral na bebnach, wszystko to tworzylo niesamowita kolorowa, orientalna atmosfere,
gdy pociag nadjechal zaladowalam sie na swoje gorne lozko, obok w tym samym przedziale-nieprzedziale 8 zolnierzy z bronia palna, karabinami znaczy sie, mlodzi i glosni, oraz para z anglii ojciec i corka, ktorzy gdybym nie wiedziala, ze sa rodzina, wygladali jak nowe wcielenie bohaterow lolity, wszyscy zaczeli sie szybko bratac, ojciec wgramolil sie na moje lozko popijajac czaj i popalajac fajki, corka balowala z zolnierzami na dole, czulam sie jak na dobrej balandze w polsce, czas szybko plynal, historie petera osnute dymem z kolejno wypalanych papierosow pobudzaly moja wyobraznie i zachecaly do kolejnych podrozy, w koncu kolo 1 towarzystwo poczulo sie zmeczone i walnelismy sie spac,
gdy rano sie obudzilam, zolnierzy juz nie bylo, przedzial wygladal jak pobojowisko, smieci, fajki, pozostalosci po jedzeniu, zebralismy sie w trojke do dwoch rikszy i pognalismy na bicyklach w strone budzacego sie ze snu golden temple, wszystkie hotele zaladowana po brzegi, chyba przy osmym udalo nam sie znalezc dwa pokoje, dosc drogie, ale nie mielismy juz sily szukac dalej, bachnelam sie (jak to asia mowi) spac, prysznic, pozniej poszlam na obiad (odkrylam w lokalnej kuchni danie, ktore przypomina mi polske latem, ziemniaki, jogurt ktory smakuje jak zsiadle mleko u babci ze swiezymi warzywami pomidorem, ogorkiem, cebula, marchewka, oraz tutejszy pieczony chleb na ogniu) pycha, znalazlam najblizsza kajefke internetowa i wlasnie pisze,
przejde sie zaraz do swiatyni a wieczorem gotowanie u anglikow w pokoju, oni podrozuja z wlasnym sprzetem kucharskim, gdyz czesto biwakuja, takze bedzie smacznie i wesolo…

szykowali sie na dzien prawdy od trzech dni, gromadzili bron, amunicje, opracowywali strategie, szukali najlepszych miejsc ataku, kobiety szykowaly strawe i napoje pobudzajace korzystajac z przepisow na bhang lassi zamieszczonych w ogolnokrajowej gazecie, a oni mysleli tylko o tym, co mialo nadejsc, cierpliwosc byla wystawiona na ciezka probe, napiecie siegalo szczytu, wieczorem zaplonely ogniska a trzeciego dnia w koncu wstalo slonce i miasto ruszylo do ataku…
juz po kilku minutach ulice zalaly kolorowe potoki rozowe, zielone, czerwone i niebieskie, rece splamily barwy innych wspolbojownikow, podarte szaty nie chronily cial przed spadajacymi bombami z jajek i kondomow wypelnionych farba, ostrzal z plastikowych karabinow wciskal kolorowa mazie w uszy, nozdrza i oczy uniemozliwiajac obrone, walce towarzyszylo bicie bebnow i krzyki walczacych, ktorzy w ten sposob dodawali sobie odwagi, nikogo nie oszczedzili, dzieci, starcy, psy, krowy, turysci, fotografowie, kazdy choc symbolicznie i przez chwile, musial wlaczyc sie do celebracji zwyciestwa dobra nad zlem…
i ja tez tam bylam, czolko na czerwono naznaczylam, na zolto policzki, plecy na zielono a i jednym jajkiem w noge postrzelono mnie – tak w indiach holi swietuje sie!

historia holi siega mitologi hinduskiej, byl sobie niedobry krol, ktory mial dobrego syna, chcial go zabic kilka razy lecz mu sie nie udawalo, byla tez kobieta, ktora miala magiczny plaszcz chroniacy przed ogniem, ktos poradzil synowi by schronil sie u niej na kolanach i okryl jej plaszczem, syn tak zrobil, ojciec zional w nich ogniem (symbolem ktorego sa ogniska wieczorem) plaszcz uchylil sie, kobieta zginela, a syn ocalal, na pamiatke tego zwyciestwa ludzie puszczaja na siebie kolory, dla mnie byl to smigus dygus tylko w kolorowym wydaniu, i ubrania raczej do smietnika niz do pralni

ps. jutro wieczorem w pociag do amritsar, dzis ostatni dzien z asia, ktorej historia juz wkrotce, pozdrawiam

del_DSC_3989.jpgdel_DSC_3992.jpgdel_DSC_3982.jpgdel_DSC_3983.jpgdel_DSC_3986.jpgdel_DSC_3988.jpgdel_DSC_3993.jpgdel_DSC_3995.jpgdel_DSC_3999.jpgdel_DSC_3998.jpg
by IkaruS


  • RSS