karusiek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2006

jest 13, siedze w jednej z milszych kafej internetowych na sudder street, 20 komputerow, 20 kompletow palcy klepiacych szybko w klawiatury, w tle saczy sie francuski costes, nad glowa 4 wiatraki owiewaja przyjemnymi swiezymi podmuchami, na ulicy skwar, wiec kazdy chroni sie gdzie moze, ja tu…

wczoraj po krotkiej drzemce trzeba bylo wziasc sie w garsc i zaczac zalatwiac organizacyjne sprawy, u jednego z wielu agentow zakupilam bilet do bangkoku na 10 stycznia, zajelo to kilka godzin, cos tam nie pasowalo z datami, z godzinami, w koncu o 18 bilet dostarczono, zdobylam od kolesia adres tajskiej ambasady, gdzie trzeba zalatwic wize, ale to zostawilam sobie na dzis rano, wieczorem snulam sie po znajomych katach, tlumy wolontariuszy na drewnianych lawkach oparte o zmurszale mury, smiejac sie zajadaja kluski z metalowych talerzy, ktos gra na gitarze, dziadek ze struganymi klarnetami wypuszcza jazzowate dzwieki, wszystko drga w swietle latarni spowite kalkuckim smogiem, ktory wdziera sie we mnie wszystkimi porami, otworami nosowymi, gebowymi, we wlosach sie gosci i pod paznokciami, nie tylko do mnie wita, wszyscy go znaja, syca sie nim w dzien, by w nocnej ciszy pozbyc sie zassanego nadmiaru, stad charchania, kaslania, smarkania, wycia, by oczyscic choc troche, by moc choc jeden jeszcze dzien w jego objeciach przetanczyc

jestem tu a mnie nie ma, kraze w okolo az w koncu do pokoju, gdzie kolorowe kwadraty nad ma glowa i tam na korytarzu z odretwienia wyrywa mnie znana postac lorraine, starsza pani z australii, z ktora pracowalam w lutym, niesamowite spotkanie, idziemy na zimne piwo i rozmawiamy, dlugo, gleboko, w nogi gryza komary,

rano wstaje w dobrym nastroju, smaczne sniadanie i o 10 juz zapadam sie w granatowy skorzany kanapowy swiat zoltego ambasadora, ktorego kierowca, po wielu tlumaczeniach zgromadzonych w kolo podpowiadaczy skumal, gdzie ma mnie zawiezc, jedziemy niespiesznie, pozytywnie, na ulicach wszystko soczyste w swym nasyceniu jakby ktos wyswiatlal slajdy pstrykniete na orwoskich filmach, zolte taksowki, kolorowe autobusy, drewniane ryksze, biali policjanci, brudne dzieci, usmiecham sie, jest dobrze, ambasada sie znalazla i wniosek zlozony, jutro odbior z rana, znow bede rozesmiana…

budzacy sie allahabad

all_DSC_0093.jpgall_DSC_0100.jpgall_DSC_0103.jpgall_DSC_0101.jpgall_DSC_0106.jpgall_DSC_0120.jpgall_DSC_0113.jpgall_DSC_0119.jpg
by IkaruS

powroty

Brak komentarzy

20 godzin w pociagu i wlasnie dotarlam do kalkuty, gdzie przyjemnie nie zmienia sie nic, dajac poczucie jakbym wyjechala stad wczoraj
kilka dni na zalatwienie biletow i wiz na dalsza podroz, ktora, w koncu ta wlasciwa, mam nadzieje rozpocznie sie po nowym roku,
wczesniej 8 grudnia lece na andamany, swieta, sylwester, czas na poukladanie mysli, spraw i koncepcji, jesli takowe w ogole da sie jakkolwiek ulozyc,
na razie metlik wielki, metlik, ide spac

bodhgaya, bodhgaya i po bodhgayi, szybkie przemieszczenie sie do allahabad, gdzie wody gangesu spotykaja sie z wodami yamuny,
jutro pociagiem do kalkuty, skad wiecej wiadomosci

bod_DSC_0063.jpgbod_DSC_0085.jpgbod_DSC_0074.jpgbod_DSC_0071.jpgall_DSC_0132.jpg
by IkaruS

migawki

Brak komentarzy

bod_DSC_0004.jpgbod_DSC_0012.jpgbod_DSC_0037.jpgbod_DSC_0050.jpgbod_DSC_0022.jpgbod_DSC_0024.jpgbod_DSC_0016.jpgbod_DSC_0002.jpgbod_DSC_0053.jpgbod_DSC_0061.jpgbod_DSC_0092.jpgbod_DSC_0059.jpg
by IkaruS

bodhgaya to miejsce gdzie budda zostal budda, czyli oswieconym, siedzac pod jednym z tutejszych drzew, wyzbyl sie wszelkiego cierpienia i zrozumial o co w tym wszystkim chodzi,
moja droga do tego miejsca nie jest az tak uduchowiona, nie udalo mi sie wyzbyc wszechobecnego cierpienia wynikajacego z indyjskiej rzeczywistosci, w pociagu opoznionym na trasie spedzilam 18 godzin, jak zwykle glosno, brudno i goraco, na stacji tlum rykszarzy, ktory swym natrectwem u zaprzyjaznionego znajomego spowodowal kontuzje nogi, na tyle powazna ze potrzebne bylo szycie, wiec dwie godziny spedzilismy w tutejszych szpitalach, mogac na wlasnej skorze przekonac sie o jakosci tutejszej sluzby zdrowia, ktora pozostawiam bez komentarza, powiem tylko tyle: oby nic powazniejszego mi sie nie przytrafilo:)
a od wczoraj blakam sie po okolicji probujac jakos to wszystko ogarnac i znalezc sposob na pokazanie tego jednego z najwazniejszych miejsc kultu dla buddystow;
co uderza na poczatku to miniskala glownej swiatyni i brak tlumow wiernych, ktorych sie spodziewalam, ale powoli, powoli…droga do oswiecenia jest dluuuga…

dwie noce, trzy dni, w brudzie, w trudzie, ale z usmiechem na bialej gebie, ktorej biala dlon biora w swe rece stare zmeczone aksamitnie miekkie dlonie tybetanskiej staruszki, ktora sciska lekko i cieplo i ktora oczami, gdyz po angielsku nie mowi, wyraza wszystko, cala wdziecznosc, jaka ma w sobie…tego sie nie da sfotografowac, tego sie nie da opowiedziec, tam trzeba byc i sciskac te dlon…

akcja zakonczona, opuscilam ich wczoraj po poludniu, przemieszczajac sie znow na main basar, bilet kupiony na jutro na pociag do gaya, 16 godzin, stamtad do bodgaya i dalej na wschod.
serwer sie przeciazyl, takze czesc rzeczy sie nie wyswietla,, zgralam to co moglam na inny serwer, reszta musi poczekac

tlum kolorowych tybetanczykow mlodych i starych, mnichow i mnieszek, kobiet i mezczyzn, zaczal zbierac sie o 17, z bialych twarzy tylko ja, naomi i jakas hipiska francuska, na skarpie wzdluz drogi prowadzacej w dol do dharamsali, podzielono nas wedlug numerow autobusow na cztery grupy, nasz to 2, gdy podjechaly, wszyscy rzucili sie by zajac jakies dobre miejsca, jesli o takich moze byc mowa, udalo nam sie wcisnac na miwejsca zaskoczonych hinduskich wiesniakow, ktorzy przycupneli na tylnym siedzeniu myslac, ze dojada tym autem do miasta, jednak przestraszyli sie i wysiedli, autobus, klekot nad klekoty, ale nie o to chodzi, w zwartym szyku zaczelismy zjezdzac na dol.
po jakis 40 minutach, nagly huk pekajacej detki i swist wylatujacego powietrza, niezle sie zaczyna, kierowca musial w ciemnosciach na waskiej stromej drodze, ktora po jednej stronie ma przepasc, zawrocic autobus i udac sie powoli do miasta, ktore mijalismy 5 minut wczesniej, by znalezc wulkanizatora.
okazal sie nim, maly skoczny hindus, ktory jak sie dorwal do opony, tak uwinal sie z nia w pol godziny, my tymczasem wyleglismy na pobocza, skorzystac z przydroznych krzakow.

dha_DSC_4344.jpgdha_DSC_4345.jpg

nasz wesoly autobus psul sie srednio co 2 godziny, czyli liczac cala podroz na okolo 12, mielismy 6 wymuszonych przystankow, trudno bylo znalezc mi pozycje wygodna do zmruzenia oka, wciesnieta w waska przestrzen miedzy siedzeniami jak w tramwaju z duzym plecakiem pod stopami, drugim na kolanach, z oknem po prawej, ktore caly czas sie otwieralo wpuszczajac zimne podmuchy, prawie nie spalam,
po drodze zatrzymalismy sie w przydroznej knajpie na cos cieplego, zamowilam zestaw 2+1, to moj ulubiony w podrozy 2 chapaty + 1 czaj

dha_DSC_4347.jpg

do delhi dotarlismy, gdy juz bylo widno, rzad zalatwil wszystkim demonstrantom schronienie na te kilka dni w szkole, na dole duza sala dla mezczyzn, na gorze kobiety, kilka kibli i prysznicy, rozlokowalysmy sie wiec szybko na gorze, a na dole juz podawali sniadanie, goraca herbata z mlekiem i ciastka,
po konsumpcji czas na przygotowania, makijaze na twarzach, malunki na chustach, skladanie transparentow, sprawdzanie mikrofonow, gdy wychodzilismy przez glowna brame do stojacych przed autobusow, slonce stalo juz wysoko na niebie

dha_DSC_4405.jpgdha_DSC_4409.jpgdha_DSC_4412.jpg

na miejscu demonstracji uformowano nas w zwarte szyki, byla to manifestacja pokojowa, lecz mimo to towarzyszyla nam hinduska policja, kazdy dostal kartke ze sloganami, ktore trzeba wrzeszczec na wezwania prowadzacych, żądania oczywiscie sa jasne i konkretne:
CHina china go away
UNO we want justice
what we want? we want freedom
long life for dalajlama
release panchelama
tibet for tibetans
stop killing in tibet,

prowadzacy zdzierali gardla zagzewajac tlum do wrzaskow, wielu hinduskich fotografow, telewizja, pod bramami natknelismy sie na inna grupe urzadzajaca strajk glodowy w okresie wizyty prezydenta chin, dolaczyli do nas rowniez hindusi z wielkimi bebnami, nadajac rytm pokrzykiwaniom, na koncu trasy czekaly na nas barierki policyjne i wozy bojowe, na wypadek gdyby ktos nie byl zbyt pokojowo nastawiony,
na mownicy byly przemowienia, historia, statystyki, apele , wrocilismy ta sama trasa do autobusow

dha_DSC_4374.jpgdha_DSC_4361.jpgdha_DSC_4360.jpgdha_DSC_4364.jpgdha_DSC_4365.jpgdha_DSC_4367.jpgdha_DSC_4368.jpgdha_DSC_4377.jpgdha_DSC_4383.jpgdha_DSC_4387.jpgdha_DSC_4394.jpg

wszyscy maksymalnie zmeczeni, rozsiedlismy sie na chodznikach, konsumujac dowieziony obiad, po poludniu ruszylismy do szkoly, juz z daleka przed wejsciem mozna bylo zobaczyc tlum policjantow z drewanianymi palkami, wynosili do ciezarowek dywany, na ktorych mielismy spac, sprzet do gotowania, rozpoczely sie negocjacje,
hindusi twierdzili, ze znajdujemu sie za blisko hotelu, w ktorym goscic bedzie hu, tybetanczycy probowali ich przekonac, bysmy mogli jednak zostac, po 2 godzinach oczekiwania i po interwencji czlonka hinduskiego parlamentu, nie udalo sie przeforsowac naszej prosby, znow musielismy zwinac caly dobytek i ladowac sie do autobusow,
przez cale miasto zawiezli nas do szkoly dla tybetanczykow w delhi, gdzie na matach i kocach z goracym posilkiem w brzuchu udalo sie w koncu pokimac do 6.
dzis rano pobudka, herbata, malunki, szykowania i znow na demonstracje, oby pomyslnie:)

do delhi z oficjalna wizyta przybywa prezydent chin hu jintao, w zwiazku z tym tybetanczycy organizuja trzydniowe manifastacje, ktore rozpoczynaja sie jutro, mialam sie tam udac bedac juz w delhi, ale wlasnie natknelam sie na naomi, zaprzyjazniona australijke, ktora powiedziala ze jest mozliwosc jechania juz dzis, lokalnymi autobusami z tybetanczykami, warunkiem jest uczestniczenie w protescie przez 3 dni, takze jak mozna sie domyslac, zapisalam sie na liste, spakowalam swoj dobytek i dzis o 17 ruszam wraz z naomi do delhi,
relacja w miare mozliwosci bedzie juz z delhi

dzis w nocy przyszla ulewa, ktora zamienila sciezki i place w bagniste blotniste breje, taplaja sie w tym wszyscy od rana a deszcz caly czas kropi,
szkolenie skonczone, jutro po poludniu wsiadam w autobus do delhi, skad najwyzszy czas rozpoczac na dobre te podroz, jakos na razie brak wiekszej koncepcji, musze usiasc z ksiazka i popatrzec co i jak,
przez ostatnie dwa dni goscil tu bart pogoda ze swa wycieczka, takze milo i swojsko bylo

dha_DSC_4295.jpgdha_DSC_4319.jpgdha_DSC_4311.jpg
by IkaruS

godzina 2.30 po poludniu, swiatynia dalajlamy, a zarazem glowne miejsce modlow tybetanczykow, wydaje sie swiecic pustkami, chlodnym waskim korytarzem mozna przedostac sie na glowny dziedziniec, z ktorego juz z oddali mozna uslyszec jakies dziwne odglosy, klaski i krzyki i smiechy i znow klaski, to nie przedstawienie i to nie klaski publicznosci , to tylko mnisie debaty i dyskutowanie,

w promieniach popoludniowego slonca, wznoszacym sie nad pobliskimi wzgorzami, przycupnieci w podcieniach swiatyni, na schodach, w grupkach lub pojedynczo, wymieniaja sie pogladami i spostrzezeniami na rozne tematy, by wyrazic zaangazowanie w dyskusje, klaszcza glosno w dlonie, blisko twarzy rozmowcy, krzycza i gestykuluja, by dac mu do zrozumienia, ze moze jego teorie sa bledne i ze nalezaloby to jeszcze „mocniej” przedyskutowac. wyglada to dosc agresywnie, ale po kazdej serii klaskow i wrzaskow, mnisi sie usmiechaja, rozchodza sie i kraza po dziedzincu w poszukiwaniu nowych rozmowcow i nowych debat,

ciekawe co by bylo jakby u nas w sejmie w czasie obrad, jeden drugiemu zaczal klaskac i krzyczec w twarz, az darly by sie garnitury w szwach a twarze napelnialy by sie purpura scisniete bialo-czerwonymi krawatami, moze wtedy decyzje byly by podejmowane znacznie szybciej a ogladanie sejmu stalo by sie narodowa rozrywka:)

dha_DSC_4282.jpgdha_DSC_4280.jpgdha_DSC_4269.jpgdha_DSC_4263.jpgdha_DSC_4258.jpgdha_DSC_4273.jpg
by IkaruS


  • RSS