karusiek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2006

wlasnie jestem w porcie, przed chwila pozegnalam 10-cio osobowa ekipe, z ktora spedzilam ostatnie niesamowite 2 tygodnie, oni ruszyli na inna wyspe, ja zostaje tu, niespodzianka mila byla to, ze internet dziala pierwszy raz od dluzszego czasu (stad brak notek z tego okresu) musze dodac, ze jest to jak na razie najdrozszy i najwolniejszy internet z jakim przyszlo mi obcowac w indiach, ale najwazniejsze ze dzis dziala i moge skrobnac pare slow,
ogolnie ogarnelo mnie slodkie wyspiarskie lenistwo, czas plynie na nic nie robieniu i nikt nie ma wyrzutow sumienia z tego powodu, na wyspie zna sie prawie kazdego, takze zawsze jest z kim pogadac, zjesc cos lub wybrac sie na przeciwlegla strone wyspy by zobaczyc zachod slonca, trafilam tez do bardzo przyjaznego resortu, gdzie stworzylismy wlasna unikalna uliczke nazwana shy street (od imienia pierwszego jej mieszkanca) gdzie przesiadujemy godzinami nie robiac nic,
na swieta przy kazdej chatce powiesilismy papierowe wzorzyste gwiazdy i zamontowalismy kolorowe zarowki w srodku, takze w nocy swieca nam przyjaznie, dajac poczucie, ze swieta byly,
w wigilie, jak w zeszlym roku, wigiligjne bingo i kolacja w pristine restaurant a pozniej izraelskie rave party na plazy, nie przepadam za ta muza, ale coz, w miejscu jak tym, czlowiek nie ma wielkiego wyboru, pozniej oczekiwanie na wschod slonca i leczenie kaca nastepnego dnia, wigilia przeciagnela sie na kolejne dwa dni, takze dopiero wczoraj bylismy w stanie odpoczac,
w mojej zielonej chatce rozpoczelam maly lokalny biznesik, w przerwach miedzy nicnierobieniem daje masaze turystom, takze jestem w stanie oplacic moj pobyt tu i jeszcze czasem cos zostanie na jedzenie, ale jak mozna sie domyslac staram sie nie przepracowywac, szanujac swoj leniwy czas,
dziekuje za wszystkie zyczenia swiateczne, techniczne uwarunkowania nie pozwalaja mi odpowiedziec na wszystkie maila, stad skladam ogolne zyczenia wszystkim zainteresowanym,
czas plynie bardzo szybko, zostalo mi juz tylko 9 dni, szostego stycznie promem przemieszczam sie do port blair, by siodmego rano wsiasc w samolot powrotny do kalkuty, skad wreszcie rozpoczne wlasciwa podroz, zgromadzilam wystarczajaco duzo energii by kontynuowac…
pozdrawiam wszystkich – Wasz nicnierobiacy wuj mat z podrozy

lot spokojny i wygodny, nad andamanami przywitala nas tecza, monsun jeszcze sie nie skonczyl, stad przelotny deszczyk, z lotniska zabralam sie do miasta z dwojka holendrow, siedzimy w kafejce internetowej w oczekiwaniu na prom na havelock, ktory za dwie godziny, a tam juz tylko boskie plaze, lazurowe morze, zielona dzungla, spiew ptakow, kokosy spadajace na glowe, ech…

ostatni dzien w jego kolorowych objeciach, opiekowal sie mna przeszlo tydzien zapewniajac komfort, wygode, przytulnosc, domowa atmosfere, spelniajac najbardziej wyszukane zachcianki lacznie z zapewnieniem zywej muzyki od rana do nocy w postaci kaszlacych, skrobiacych, gruchajacych, swiszczacych, bzykajacych, sprawdzil sie pod kazdym wzgledem i obiecal, ze bedzie czekal na mnie z otwartymi drzwiami, gdy tylko zawitam do kalkuty po raz nastepny
obiecal, ze plakac nie bedzie, a jesli juz to ukradkiem…

jutro 4.30 rano wsiadam do taksowki wiozacej moj, wygodny w tej podrozy, tylek na lotnisko, skad po 2 godzinach lotu samolotem znajde sie w moim ulubionym miejscu w indiach, na andamanach, by spedzic tam przeszlo miesiac wlaczajac swieta i nowy rok, zeszlym razem przebylam te droge w obie strony statkiem plynacym po ogromie oceanu, lecz tym razem jestem na to zbyt wygodna,
podobno na havelock zainstalowano pierwszy internet, szkoda, tak czy inaczej bede pisac w miare mozliwosci lub niemozliwosci

kal_DSC_0288.jpgkal_DSC_0273.jpgkal_DSC_0279.jpgkal_DSC_0275.jpgkal_DSC_0276.jpgkal_DSC_0282.jpgkal_DSC_0284.jpgkal_DSC_0286.jpgkal_DSC_0287.jpg
by IkaruS

w miescie znowu strajk, wiec utknelam w miejscu, tj. na sudder street; opozycja nie chce przepuscic firmie TATA, rozpoczeli strajk glodowy i w czwartek zamierzaja wyruszyc do singur, miejsca, gdzie ma powstac fabryka samochodow, demolowane sa salony sprzedazy, wybijane okna, niszczone samochody,
w tym samym czasie czlowiek odpowiedzialny za podjecie decyzji w sprawie budowy fabryki, przeforsowal w parlamencie prawo, ktore raz na zawsze ma rozwiazac sprawe ludzi-koni, czyli zakonczyc trwajaca przeszlo 100 lat historie kalkuty i jej rykszy napedzanych nogami ludzi. wypowiedzi premiera sa jasne „musimy sie zgodzic, ze w XXI wieku, to nie w porzadku aby jedna istota ludzka, byla wieziona przez druga. gdziekolwiek bym pojechal, do delhi, do mumbaju, za granice, ludzie pytaja mnie jak dlugo jeszcze kalkuta bedzie miala „ludzkie” ryksze? to wstyd dla naszego miasta i stanu, powinnismy rozwiazac te sprawe duzo wczesniej”

ryksze do kalkuty przybyly z chin pod koniec XIX wieku, szybko staly sie wizytowka miasta, jak rowniez ukochane zostaly przez jego mieszkancow, w waskich, kretych uliczkach tylko sprawni biegacze zdaza wszedzie na czas, stali sie bohaterami wielu ksiazek i opowiadan, obecnie oficjalnie zarejestrowanych pojazdow jest blisko 6000 lecz nieoficjalnie mowi sie o blisko 150.000 rykszarzy, w wiekszosci sa to rolnicy z najbiedniejszych stanow jak bihar, ktorzy w ten sposob maja szanse zarobic na utrzymanie swoich rodzin, ktore pozostaly w wioskach
czynsz za wypozyczenie rykszy na dzien wynosi 20 rupii (1,3pln) przy dobrym dniu udaje im sie zarobic 150-200 rupii, wiecej w czasie monsunu, gdy wiekszosc mieszkancow nie chce taplac sie w sciekach plynacych ulicami, spia w swoich pojazdach lub obok na ulicy, jedza w przyulicznych barach, takze miesiecznie sa w stanie oszczedzic 2000-3000 rupii, ktore wysylaja do domu, czesto nie dozywaja wieku sredniego, zzerani przez rozne choroby glownie pluc lub ginac w wypadkach, ale sa i tacy, ktorzy ciagna swoj wozek po 30 lat
co stanie sie z nimi gdy prawo wejdzie w zycie? wiekszosc z nich to analfabeci, ktorym ciezko bedzie sie przekwalifikowac, rzad przewidzial wprawdzie rekompensaty i programy ochronne, ale jak to w indiach bywa, nigdy nie wiadomo, jak sie sprawy potocza,
moze widze ich tu po raz ostatni, gdy wybiegaja rano zza rogu z metalowym okraglym dzwoneczkiem w dloni, ktory podobno, przynosi szczescie…
oby nowe wiatry byly dla nich pomyslne:)

kal_DSC_0260.jpgkal_DSC_0266.jpgkal_DSC_0254.jpgkal_DSC_0253.jpgkal_DSC_0246.jpgkal_DSC_0242.jpgkal_DSC_0239.jpgkal_DSC_0237.jpgkal_DSC_0257.jpgkal_DSC_0259.jpgkal_DSC_0264.jpg
by IkaruS

…plastry, bandaż elastyczny, normalny, środki dezynfekujące, węgiel, coś na biegunkę przeziębienie… wszystko jest, brakuje środka na komary, który według rad tych, co już tam byli, odstrasza nie tylko rzesze krwiopijczych moskitów, ale również wszelkie ichniejsze meszki, muszki, pchły i pluskwy.
W kolejnej aptece pan z uśmiechem mówi, że październik to nie sezon na tego typu preparaty. Ja, również z uśmiechem, po raz kolejny tłumaczę, że jutro wylatuję do Indii, gdzie właśnie to najlepszy miesiąc na rozpoczęcie podróży i że ten preparat jest mi niezbędnie konieczny. Gdy słyszę po raz dziesiąty w dziesiątej aptece, którą odwiedzam, że niestety tego konkretnego środka nie posiadamy na składzie, proszę wysokiego studenta farmacji o cokolwiek na komary, płacę ostatnią dychą, jaka mi została w kieszeni, młodzieniec wydaje resztę, życząc udanej podróży. Zbierając resztę z lady dwuzłotówka spada mi na ziemię i turla się pod kontuar, schylam się więc i rozpłaszczając twarz na ściance z fornirowanej płyty, wciskam rękę pod i macam w poszukiwaniu zguby, w końcu czuję ją pod palcami i wyciągam wraz z kilkoma kłębkami kurzu, … a co to?
Wytrzeszczam ze zdziwienia oczy, serce zaczyna bić szybciej, gorąca gula w żołądku i dziwny dreszcz przebiega przez całe ciało… W ręku, zamiast zgubionej dwuzłotówki, spoczywa mały, lekko zniszczony srebrzysty medalik z podobizną Matki Teresy, wokoło napis z jej imieniem „Mother Teresa of Colcutta”; a na odwrocie „pray for us Italy”
Nie chce mi się w to wierzyć, takie rzeczy zdarzają się, owszem, w książkach, w filmach, ale nie w rzeczywistości. Rozglądam się wokoło sprawdzając, czy nadal jestem w aptece i czy to nie sen… Jestem dziwnie zaniepokojona a jednocześnie czuję się szczególnie wyróżniona… To znak, znak, którego nie należy przegapić czy zbagatelizować, znak dla mnie, że w mej 6-cio miesięcznej podróży po Indii, która zaczyna się już jutro rano, muszę znaleźć czas dla Kalkuty i dla tego, co mnie tam czeka…

to poczatek historii sprzed roku, ktora przywiodla mnie w styczniu do kalkuty (srodek dla tych co chca poczytac TU i TU )

nadal nie znam odpowiedzi na wiele pytan, jak medalik, ktory nosi na szyi kazde dziecko z sierocinca, trafil do apteki w Polsce, dlaczego znalazlam go ja, czemu sluzyl moj pobyt tu,
To pytania, na które może nigdy nie poznam odpowiedzi, ale jedno wiem na pewno. Nauczyłam się w cierpieniu odnajdywać szczęście, w bólu radość, w śmierci nadzieję. Pokora i dystans do naszego świata zostaną we mnie na zawsze. podobnie czuja to inni wolontariusze, ktorych swiat poznalam, ciągną tu chętnie nie pytani o przeszłość, religie czy kwalifikacje, chętnie poświęcają swój czas, pieniądze i energię na to, by w tej – wydawałoby się – beznadziejności, dać to, co mają najcenniejszego: dotyk, uśmiech, słowo i miłość; w zamian nie oczekując niczego. Po prostu są…

jak mozna sie domyslac, nie wytrzymalam i od kilku dni pracuje z dziecmi, znowu; czesc z nich odeszlo, przybylo kilkoro innych, ale jak zawsze daja mi cos, czego nie da sie opisac
Kalkuta zawsze bedzie dla mnie porannym mglistym lekko zimnawym spacerem do pracy, wsrod budzacych sie ludzi-koni, zaparzaczy czaju, sprzataczy, zebrakow, przejazdzka pustym metrem i przeciskaniem sie waskimi chodnikami na druga strone, by dotrzec do celu, do dzieci
tak samo ze zdjeciami, kadry a w nich ludzie i miejsca zostaly juz utrwalone poprzednim razem i nic ich nie zmieni, dzieci tez, dlatego nie pstrykam zdjec, nie moge, nie zrobie nic, co bedzie lepsze od tego co juz bylo

kto widzial, to obejrzy jeszcze raz, kto nie widzial, to tez obejrzy

kal_F1010002.jpgkal_F1010004.jpgkal_F1010005.jpgkal_F1010007.jpgkal_F1010009.jpgkal_F1010011.jpgkal_F1010015.jpgkal_F1010016.jpgkal_F1010019.jpgkal_F1010020.jpgkal_F1010021.jpgkal_F1010022.jpgkal_F1010023.jpgkal_F1010026.jpgkal_F1010028.jpg

ahila
ahila.jpg

angelie
angelie.jpg

govindo
govindo.jpg

sanju
sanju.jpgsanju1.jpg

sanush
sanush.jpg

sara
sara.jpg

lucy:)))
lucy.jpg
by IkaruS

znalezc telewizor z transmisja niemozliwe, sprzet za slaby na ogladanie relacji na zywo w internecie, jedyne co znajduje to opis akcji punkt po pukcie, moim ulubionym sformulowaniem bylo „swiderski przedziera sie lewym skrzydlem”, niewystarczajaco…
toast dzis za was chlopaki

siedze przy popoludniowej kawie i czytam ksiazke, na dworze juz sie sciemnia, mimo iz jest dopiero piata, w moim pokoju nie da sie czytac, nedzna brudna zarowka ma chyba nie wiecej niz 20 wat, wystarcza to tylko by sie jako tako poruszac miedzy dwoma lozkami, plecakiem i drzwiami,
ze stolika po przekatnej sali slysze polska mowe, dreszcz podniety, szybki rzut okiem, dwie parki po 40-stce, dwaj wasacze i dwie panie w srednim wieku przepasane hinduskimi chusteczkami na glowach, ach, marzenie, (musze sie przyznac ze jednym z moich ulubionych zajec w podrozy jest obserwacja i podsluchiwanie polakow z pozycji obcokrajowca – incognito, tzn, tak, ze oni nie wiedza ze ja wiem)
przesiadam sie szybko do stolika bezposrednio z nimi sasiadujacego i zaczynam uczte

„…ludojady z varanasi przyjechaly, wszystko zezra, dlaczego nie jesz danusiu? nasze kurczaki sa smaczne, po kosciach trzeba bylo poznac czym paszone, twarde byly kosci czy miekkie?…twarde, pasze maja dobra
raz pieklam kurczaki nad kominkiem, z czosnkiem, skwierczaly,
3 kurczaki zesmy w sumie zjedli, ale ten ostatni to byl suchy, takie porcje i 45 rupii, to 3 zlote, kurwa…
ten jest soczysty, bardzo dobry, u nas tez zbyszek sa takie chipsy? mozna kupic do dipow, pewnie sama maka i woda i przyprawy
takie proby robie zoladka…pocalunek z jezyczkiem
to bylo obzarstwo…obzarstwo to malo powiedziane, dobrze bedzie sie spalo po takim obiadku, zalezy o ktorej pojdziemy spac
masakra, po prostu masakra…wykonczenie tych obrazkow
jesli w indiach stanowi ktos prawo, wcale to nie znaczy ze sie go przestrzega
zobacz danusiu o ile wiecej tu samotnych bab niz facetow…
taaa…a ta obok cos pisze…”
wstaje i mam ochote powiedziec glosno dobranoc, ale to by bylo za mocne, usmiecham sie tylko po polsku pod nosem

sudder street

kal_DSC_0153.jpgkal_DSC_0166.jpgkal_DSC_0154.jpgkal_DSC_0144.jpgkal_DSC_0147.jpgkal_DSC_0177.jpgkal_DSC_0178.jpg
by IkaruS

rano wszystko zapowiadalo sie niezle, znow smaczne sny i smaczne sniadanie, o 10 wychodze na glowna ulice zlapac zoltego duzego, by mnie zawiozl tam gdzie wczoraj, ale ulica jest pusta, srodek dnia a wszystko wyglada jakby ktos zarzadzil odgorne wakacje, przez 5 minut przejechal jeden samochod, nie dowierzam, stoje na rogu i czekam, pytam ulicznego powsinoge o co chodzi, mowi, ze strajk, ze nic nie jezdzi, ze nikt mnie nie wezmie,
jakis lamistrajk cichaczem zaczaja sie od tylu i szepce mi do ucha ze moze mnie zawiezc za 500 rupii (wczoraj placilam 50), mowie mu, ze chyba zartuje, nie zaplace mu tyle, odchodzi dumnie i nie pertraktuje, mija kolejne 20 minut a ja nie przemiescilam sie w strone ambasady nawet o metr, nie wiem nawet w ktorym to kierunku, w kalkucie, to ze sie ma adres nic nie znaczy, to ze sie ma mape, to tez nic, trzeba znalezc kogos, kto po prostu wie, gdzie dane miejsce sie znajduje.
kolejnym zainteresowanym jest gruby wasacz, mowi ze moze mnie zbarac swoim prywatnym motorem za 120, tlumacze mu, ze nie wsiadam z obcymi na motor i ze jeszcze mam czas, smieje sie bezczelnie w twarz i odchodzi, po 10 minutach pojawia sie jakas zblakana ryksza, pertraktuje z kolesiem i udaje mi sie go namowic na kurs za 60, uff, jade
cale miasto wyglada podobnie do tej ulicy, wszystko pozamykane, brak samochodow, ludzi tez malo widac, wyglada to niesamowicie, szczegolnie tu w indiach, gdzie tak ciezko o cisze i puste miejsce,
koles jedzie z kolega, dowoza mnie do punktu orientacyjnego (gdybym powiedziala ze chce do tajskiej ambasady nie wiedzieli by gdzie, ale gdy mowie south point school, ktory jest w sasiednim budynku, wiedza) niestety pomylili szkoly zamiast do junior school przywiezli mnie do senior, tam koles tlumaczy im jak dalej jechac, kreca, kreca, w koncy znajduja budynek,
daje kolejne 20 i prosze zeby poczekali, ambasada tez wyglada jakby strajkowala, straznik pyta, po co, gdzie, do kogo, w koncu uchyla krate, wspinam sie na pierwsze pietro do okienka, w ktorym nikogo, po chwili zjawia sie starsza tajka z nastoletnia corka, pyta „karolajna?” yes, oddaje mi moj paszport, w ktorym lsni nowiutka niebieska wiza, „thank you”
zbiegam na dol, ryksza uciekla, stoje na waskiej uliczce, gdzies w kalkucie, w miejscu blizej nieokreslonym i szybko zbieram mysli, trzeba przedostac sie do jakiejs glowniejszej drogi, gdzie bardziej prawdopodobne, ze cos sie zlapie
skrecam losowo w prawo, ide 15 minut, ale do nikad to nie prowadzi, labirynt takich samych malych uliczek, w lewo, w prawo, w lewo, corac bardziej sie gubie, mija mnie jakis starszy pan, ktory moze mowi po angielsku, pytam go wiec, ktoredy do wyjscia, on milo, ze rowniez zmierza do glownej, wiec idziemy razem, opowiada mi o strajku, z tego co zrozumialam najwieksze przedsiebiorstwo w indiach TATA chce otworzyc fabryke samochodow na terenach rolniczych, ma poparcie rzadu, ale nie opozycji, ktorej liderka stanowczo sie temu wczoraj sprzeciwila, doszlo do bojki z policja, w ktorej ucierpiala ona, jak rowniez kilka autobusow i lokali, w zwiazku z tym wczoraj po poludniu wezwala do strajku, do ktorego skwapliwie wszyscy dzisiaj przystapili,
jestesmy juz na glownej, tu pan mnie zegna, kaze przejsc na druga strone i czekac, jest 12 slonce wali po glowie, ide we wskazane miejsce i czekam, pusto, przez 30 minut przejechalo moze 5 samochodow, w koncu z daleka widze sylwetke autobusu, niemozliwe, podjezdza, zatrzymuje sie, krzycze mu nazwe ulicy, pogania, wiec wskakuje, nie wazne gdzie, wazne ze jade, w srodku scisk straszny, ledwo mozna oddychac, place 6 i przeciskam sie na tyl, probuje przez okno rozpoznac okolice i o dziwo po pewnym czasie, poznaje gdzie jestem, jeszcze chwila i krzycze do kolesia zeby sie zatrzymal, autobus zwalnia a ja wyskakuje w biegu na park street, ktora rowniez jest pusta, takze moge przejsc jej srodkiem na druga strone,
dwa zakrety, trzy uliczki i juz jestem u siebie, co za dzien, co za strajk

grudzien.jpg
by IkaruS


  • RSS