karusiek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2007

to mala miescina uroczo polozona nad brzegami mekongu, miasto wyjete z francuskiej starej kolonialnej fotografii ze swymi kolorowymi drewnianymi budynkami, gra w bule wieczorami, swiezutka bagietka na sniadanie i czekoladowym croisantem, do tego zapach swiezo parzonej laotanskiej kawy i jest cudnie…
w to wszystko wkomponowaly sie swiatynie buddyjskie wszelkich rozmiarow, jak rowniez zakony, w ktorych mnisi od najmlodszych lat wiedze zdobywaja
wlocze sie po ulicach, glownie interesuja mnie ludzie; architektura i widoczki nie kreca mnie zbyt, co mozna zauwazyc na fotografiach, zawsze powtarzam ze pocztowki z danego miejsca mozna znalezc w internecie, dlatego staram sie ich robic jak najmniej, jeszcze jutro tu zabawie a pozniej ruszam dalej na polnocny wschod

lua_DSC_0758.jpglua_DSC_0749.jpglua_DSC_0742.jpglua_DSC_0740.jpglua_DSC_0648.jpglua_DSC_0651.jpglua_DSC_0657.jpglua_DSC_0664.jpglua_DSC_0671.jpglua_DSC_0672.jpglua_DSC_0677.jpglua_DSC_0679.jpglua_DSC_0690.jpglua_DSC_0687.jpglua_DSC_0693.jpglua_DSC_0705.jpglua_DSC_0714.jpglua_DSC_0715.jpglua_DSC_0717.jpglua_DSC_0720.jpglua_DSC_0723.jpglua_DSC_0786.jpglua_DSC_0744.jpg
by IkaruS

siedze w kafejce internetowej i czuje jak caly parkiet faluje, mimo ze lodz opuscilam ponad godzine temu, niezle, ale od poczatku…
ostatni dzien w pai uplynal w przyjaznej atmosferze, wymeldowac sie musialam o 11 a autobus dopiero o 10 wieczorem wiec trzeba bylo jakos zapelnic dlugie godziny, mialam tez plecak ze sprzetem ze soba wiec najblizszym i najmilszym miejscem okazal sie pobliski basenik na swiezym powietrzu, dobra muzyka, lezaki, blekitna woda, slonce, dobra ksiazka, czego chciec wiecej, przesiedzialam tam 5 godzin podjadajac i popijajac, po poludniu ruszylam zjesc kolacje i pozegnac sie z kilkoma znajomymi, okazalo sie ze w jednej galerii maja jazzowe jam sesion, wiec udalam sie wraz z zaprzyjaznionym skotem, tajowie grali z czuciem, najlepszy byl saksofonista, przylaczylam sie do nich podspiewujac do mikrofonu, super bylo i widowni sie podobalo, pozniej szkot zaprosil na zarcie do szkoly kucharskiej, gdzie jego znajomi konczyli kurs gotowania, jedlismy wiec do oporu tajskie pikantne potrawy az z uszu mi para parowala
o 10 w autobusik i zaczelo sie, gorskie serpentyny nie sprzyjaly napelnionemu zoladkowi i przy pierwszym przystanku pozegnalam sie z pysznymi potrawami, ktore zdazyly juz sie zmieszac ze soba, pozniej juz bylo lepiej, ale spac nie dalo rady, rzucalo nami w jedna i w druga takze do rana w sumie nie zmruzylam oka;
rano dotarlismy do przygranicznego miasteczka i zaczelo lac, lac doslownie, musialam zmienic ciuchy, przykryc sie plaszczem przeciwdeszczowym i z buta ruszylam do przejscia, tam szybko zalatwilam formalnosci, lodka na strone laotanska tonac w blocie i deszczu, tam kupilam bilet na dwudniowa podroz w dol mekongu do luang prabang, do przystani 3 km tuk tukiem z osmiorgiem innych ludzi i na lodke, gdzie drewniane lawki wbijaly nam sie w plecy, gorzej niz w kosciele, ale powtarzalam sobie bedzie cudownie, bedzie cudownie, rzeka, gory, swieze powietrze, tylko czemu jestem mokra, jest mi zimno i szaro w okolo?
gdy ruszylismy lodzia zimny wiatr owial mnie i przeszyl na wskros, z reszta nie tylko mnie, wszyscy pasazerowie tulili sie jak tylko mogli, nie mozna bylo wyciagnac plecakow, gdyz ukryte byly pod pokladem, trzeba bylo wiec kombinowac, udalo mi sie wyprosic u obslugi jakas stara narzute i otulona szczelnie wraz z glowa trzesac sie jakos przetrwalam te 5 godzin, jak pomyslalam o tym ze mam robic zdjecia bylo mi jeszcze zimniej, zatrzymalismy sie na nocleg w polowie drogi, miasteczko zyje z turystow plynacych lodka, tylko jedna noc i plyna dalej, kolacja i padlam na lozko o 8 wieczorem caly czas sie trzesac;
nastepnego dnia pobudka o 8, w odroznieniu od dnia poprzedniego swiecilo slonce, to dobry znak, mimo to, wyciagnelam na wierzch spiwor, wdzialam 4 warstwy ciuchow lacznie z polarem, czapke i rekawiczki wsadzilam do malego plecaka, na wszelki wypadek, szybka herbata i do portu piechotka, tam inna lodka, mniejsza i nie wypelniona po brzegi ruszylismy w dalsza podroz, zimno bylo rowniez, ale ja bylam przygotowana, opatulilam sie spiworem i dobrze bylo, slonce swiecilo, rzeka wila sie pomiedzy wzgorzami porosnietymi dzungla, gdzieniegnie piaszczyste plaze i skaliste klify,czas plynal wolno na rozmowach, czytaniu i sluchaniu muzyki,na pokladzie poznalam dwojke bardzo milych polakow, ciocie i siostrzenca, ktorzy w podrozy i zelki z polski mieli i tak sie cieplo i swojsko zrobilo i sie po polsku mowilo i mowilo… o zachodzie slonca przybilismy do portu w luang prabang, hotelik znalazlam, kolacje zjadlam i wlasnie pisze a wszystko faluje…
prysznic i spac, dobranoc

lua_DSC_0615.jpglua_DSC_0605.jpglua_DSC_0602.jpglua_DSC_0599.jpglua_DSC_0610.jpglua_DSC_0606-1.jpglua_DSC_0613.jpglua_DSC_0601.jpglua_DSC_0620.jpglua_DSC_0636.jpglua_DSC_0626.jpglua_DSC_0637.jpglua_DSC_0618.jpglua_DSC_0643.jpg
by IkaruS

od kilku dni przemykam popoludniami po ulicach, tu jej nie ma, tu nie, tu tez, droga czysta; mostkiem bambusowym na druga strone, do bazy, tam kapiele, czytania, bajania, drzemania, by gdy slonce zajdzie, na druga znow przeprawic sie strone, do miasta, gdzie swiatla kusza rozedrgane muzyka i ona tam juz przyczajona i ja zaczerwieniona odpowiadam, ze nie, nie moge zmeczona; wykrecam, odkrecam, krece, aby tylko samej byc, daleko od niej, ktora w oczy wpatruje i obejmuje i calowac by chciala, gdybym tylko ja zielone swiatlo dala jej, w pokoiku.

czy te tajskie dziewczeta wiedza cos, o czym ja nie wiem? czy one tak po prostu z kimkolwiek, gdziekolwiek? nie wiem…w ciagu ostatnich dwoch tygodni mialam wiecej propozycji lesbijskich niz przedtem przez cale moje zycie, to daje do myslenia i niepokoi ma glowe, choc tylko troche
a moze, gdy u nas krazy plotka ze wielkosc nosa przeklada sie bezposrednio na wielkosc czlonka, to moze tu tajskie dziewczeta rowniez szukaja wielkonosych obiektow swego pozadania, do ktorych na tle malych lokalnych noskow, zaliczam sie na pewno:)
jak na razie trzymam sie swego straight i dobrze mi z tym, choc gdybym miala byc bi to tylko tu, w Tajlandii, otoczona tutejszymi pieknosciami…

ps. kursowac sie skonczylam, wykonczona jestem nie powiem, jutro wieczorem autobusem nocnym na granice z laosem, gdzie nowe miejsca i przygody czekaja

spacerkiem po pai

pai_DSC_0554.jpgpai_DSC_0545.jpgpai_DSC_0548.jpgpai_DSC_0552.jpgpai_DSC_0576.jpgpai_DSC_0602.jpgpai_DSC_0569.jpgpai_DSC_0572.jpgpai_DSC_0578.jpgpai_DSC_0561.jpgpai_DSC_0506.jpgpai_DSC_0559.jpgcorner.jpgpai_DSC_0531.jpgpai_DSC_0529.jpgpai_DSC_0526.jpgpai_DSC_0536.jpgpai_DSC_0522.jpgpai_DSC_0509.jpgpai_DSC_0590.jpgpai_DSC_0591.jpgpai_DSC_0598.jpgpai_DSC_0520.jpg
by IkaruS

kolejna przerwa w mojej podrozy, nie przerwa lecz dluzszy przystanek, moze nie dluzszy lecz kilkudniowy, moze tydzien tu zabawie, ucze sie pilnie, bycze pozniej, objadam fantastycznym zarciem, robie wycieczki krajoznawcze, poznaje ludzi, zdjec nie pstrykam, dobrze mi tak:)

autobus turystyczny wiadomo, dwupietrowy, kolorowy, klimatyzowany, na ekranie steven segal skacze z wagonu na wagon, ja odplywam w swiat muzyki, na koncu autobusu umiejscowila sie ekipa balangowiczow, wiec kursuja do toalety non stop albo po nowe puszki piwa, po kilku godzinach niezle wstawiony anglik zaczyna sie awanturowac z podpitymi izraelczykami, w koncu rozdziela ich kobieta, po prostu „kocham” takie klimaty, zamykam oczy i probuje znalezc pozycje w ktorej moglabym troche pospac, przykrywam sie milym kocykiem i cieplo odplywam, ale na krotko, gdy czlonki zaczynaja dretwiec w danym polozeniu, trzeba sie przekrecic i szukac nowego optymalnego ulozenia i po chwili znowu i znowu i tak cala noc do rana
do chiang mai przybywamy zgodnie z planem czyli o 6.30 jest maksymalnie zimno, dobrze ze zapakowlama do podrecznego bluze z dlugim rekawem, wraz z nowo poznana australijka, ktora podrozuje z budzetem zblizonym do mojego, zaczynamy przemarsz przez miasto w poszukiwaniu pokoi, wszystko zajete, a jak nie to nie na nasza kieszen, okazuje sie ze trwa festiwal kwiatow a poza tym szczyt sezonu, wiec o pokoj nie latwo, rozczarowane, zmeczone, nie wyspane siadamy gdzies na sniadanie by zebrac mysli, szybka decyzja i po wypiciu ostatniego lyka kawy pakujemy sie do tuk tuka i na dworzec autobusowy gdzie o 10.30 wsiadamy w autobus zmierzajacy do pai, autobus to wesoly, waskie siedzenia, tajska muzyka, lokalesi, 4 godziny po kretych waskich gorskich drogach, glowa opadala mi ze zmeczenia, rece bolaly od sciskania poreczy, ale usmiech nie schodzil z twarzy,
pai to miasteczko polozone w dolinie, otoczone gorami z mala rzeczka po srodku, znalazlysmy male chatki nad rzeka za rozsadna cene i w koncu po prawie 20 godzinach moglysmy sie zrelaksowac,
w dzien goraco bardzo w nocy temperatura spada gwaltownie tak, ze musialam wyciagnac swoje zmurszale adidaski, bluze z kampturem i czapke, oraz spiwor bez ktorego nie da rady spac, na to i tak laduje jeszcze jedna koldre, na wszelki wypadek, po klimatyzacji w autobusie moje zatoki zapchaly sie kompletnie, nieprzyjemne to…

jakos nie moge sie przekonac do tej tajlandii, wiedzialam ze bedzie to bardziej turystyczne miejsce, latwiejsze do podrozowania niz indie, ale tak czy inaczej, jest to zbyt latwe, wszystko czeka gotowe, plac i odwiedz okoliczne plemiona, plac i wspinaj sie, plac i splywaj pontonem, plac, plac, plac…zobaczymy, moze cos sie zmieni, na razie zostaje tu kilka dni, gdyz rozpoczynam kolejny kurs masazu, a dalej jak najszybciej jeszcze dalej na polnoc,do laosu

ostatnie 20 minut zanim wsiade do autobusu zmierzajacego do chiang mai, goraco strasznie, prysznic 3 razy dziennie nie pomaga, przyjemnie by bylo w ogole spod niego nie wychodzic, wczorajszy dzien, przez me roztargnienie spedzilam kursujac autobusem miedzy komputerowym centrum handlowym a swym pokojem, ale w koncu mam dysk i nawet dziala, choc kosztowalo mnie to wiele wypoconych godzin,
przez to wszystko nie zdazylam, tam gdzie chcialam, ale na tajski boks przyjdzie jeszcze pora, na razie maly trening, lokalna drobna rozgrzewka…

ban_DSC_0482.jpgban_DSC_0479.jpgban_DSC_0488.jpgban_DSC_0498.jpg
by IkaruS

rano sniadanie i organizacja siebie, by ruszyc sie i w koncu cos zobaczyc, piechotka wiec udalam sie do rzecznego tramwaju, wszystko takie ladne, wszystko dziala, wszystko na czas, takie to inne od indii i takie troche nudne, no nic, tramwajem udalam sie na przystanek sky train, jest to rodzaj szybkiej kolei, ktora porusza sie po torach zawieszonych na kilkudziesieciu metrach, wszystko klimatyzowane, cichutkie, lsniace, w sumie nie wiedzialam dokad zmierzam, chcialam sie tylko przejechac, kupilam bilet, tam gdzie wiekszosc bialasow na stacji, czyli do siam, okazalo sie na miejscu, ze to przeogromne centrum handlowe z oceanarium na najnizszym poziomie, hmmm, pokrecilam sie troszke i z powrotem, tym razem wyskoczylam z tramwaju kilka przystankow wczesniej by zobaczyc dzielnice zwana china town, waskie uliczki zapchane stoiskami, na ktorych mozna kupic wszystko, posrod tego, tlum przeciskajacy sie w jedna i w druga strone, istne szalenstwo, podreptalam, podreptalam i wrocilam na swoje smieci, okazalo sie ze cala wycieczka zajela mi 5 godzin, prysznic i relaks

gdy sie sciemnia mezczyzni turysci zaczynaja wychodzic ze swych jam, pachnacy i gotowi, jak wiadomo tajlandia piekna jest i owszem, ale jeszcze piekniejsze jej kobiety, takze wiekszosc przyjezdnych chce, jesli nie sprobowac, to chociaz popatrzec, wuj mat lubi wiedziec, co w trawie piszczy, wiec gdy spotkalam na ulicy nowozelandczyka o zoltych zebach udalo mi sie go namowic, bysmy razem wybrali sie do jednej z dzielnic uciechy;
kilka przecznic rozswietlonych neonami, pomiedzy nimi targowisko, tlumy turystow kazdej plci i w kazdym wieku przechadzajace sie pomiedzy, muzyka, bary piwne, restauracje, miedzy to wcisniete kluby go go, ktore sluza jako rozgrzewka dla goracej nocy, po srodku dziewczeta tancza przy rurach w skromnych bikini z numerkami na piersiach, w okolo klientela popija piwko, patrzy, ocenia i gdy wybierze jedna, daje znaki, ona wie, przysiada sie, prosi o drinka, gaworzy, dotyka, caluje, gdy chcesz wiecej pojdzie z toba do hotelu, lecz wiekszosc szuka mocniejszych wrazen, te ukryte sa na pierwszych pietrach a ich ustna reklama sa kolesie stojacy przed wejsciem z wypisanym menu na kartkach, ping pong show, smoking show, baloons show, egg show, pozycji jest ze 20 conaj mniej, menu konczy life sex;
odpowiedni klub znalezc nie latwo, naciagaczy jest wiele, przed wejsciem do jednych z nich spotkalismy pare kanadyjczykow, ktorzy zaplacili frycowe, 1600 batow za dwa male piwa (ponad 40$) a i tak wyprosili ich za drzwi, gdyz chcieli jeszcze 2 tysie, w koncu ladujemy w jednym z barow gogo, gdzie duzo cudzoziemcow, atmosfera przyjazna, kobiety piekne, wija sie w ultrafiolecie, niektore z nich wygladaja jak dzieci (nowozelandczyk mowi, ze dziewczat jest tak duzo, ze moga miec tylko jednego klienta na tydzien) rotacja na parkiecie, pierwsze haczyki polkniete, dwoch grubawych anglikow juz stad nie wyjdzie samych, po dwoch piwach przemieszczamy sie do klubu naprzeciwko, ktory rekomenduje kelner, na pierwszym pietrze dziewczeta rozpoczynaja odhaczac pozycje z menu, gdy wchodzimy wlasnie zaczyna sie smoking show, dziewczyna na scenie pali papierosa trzymajac go w innych ustach niz zwykle, zaciaga sie i wypuszcza dym az papieros gasnie, skromne oklaski, pozniej dwoma paleczkami wcisnietymi, zbiera rozsypane kolka na scenie i naklada je na szyjke butelki uzywajac dolnych miesni, kolejna wklada sobie rurke, z ktorej strzela nabojami do zawieszonych pod sufitem balonow, jeszcze inna wklada i wypluwa jajko, ktore na koncu okazuje sie byc surowe, ta sama otwiera swoja mala zakapslowane butelki i tak dalej i tak dalej, po godzinie zaczynam ziewac, nowozelandczyk tez, mysle, ze nie doczekamy do konca wieczoru, trzy tajskie lesbijki obok koniecznie chca mnie zaciagnac na pokaz tanca lady-boys, ale mam dosc, jak dla mnie to smiesznie zenujace to wszystko, przykro patrzec, zal patrzec…
jest prawie pierwsza gdy lapiemy tuk tuka do domu, na khaosan balanga, pijackie mary kraza w okolo, muza, tance, lady boys wynurzaja sie noca…

przypadkowe ujecia z przypadkowej wycieczki

ban_DSC_0427.jpgban_DSC_0425.jpgban_DSC_0423.jpgban_DSC_0401.jpgban_DSC_0409.jpgban_DSC_0413.jpgban_DSC_0414.jpgban_DSC_0417.jpgban_DSC_0428.jpgban_DSC_0429.jpgban_DSC_0430.jpgban_DSC_0433.jpgban_DSC_0441.jpgban_DSC_0439.jpgban_DSC_0448.jpgban_DSC_0455.jpgban_DSC_0458.jpgban_DSC_0452.jpgban_DSC_0445.jpgban_DSC_0464.jpgban_DSC_0470.jpgban_DSC_0471.jpg
by IkaruS

zlocisty slodki ananas pociety w rowne kosteczki, swiezo parzona kawa z prawdziwym mlekiem, wloskie spagheti z zielonym sosem pesto, kwiaciaste bikini, kolorowe klapki, wzorzyste sandalki, dzinsy, koszulki, koszule, t-shirty, szmaciane torby, dredy krecone lub warkoczyki, kolczyki, kolce, bransoletki, paznokcie, prawo jazdy, masaz tajski, z olejem, „jazz, piwo, wino, wodka”, i kobiety i mezczyzni, jak w transie pokonujacy kilkaset metrow khaosan road w ta i z powrotem z przerwami na jedzeniowo-piwne posiadowki, filmy, internet;
istne szalenstwo, ja tez chodze w jedna i w druga, jak w sezonie w sopocie na molo, staram sie trzymac oczy przed soba, by nie ulegac pobocznym pokusom, ale ciezko jest, walczyc trzeba, musialam zaopatrzyc sie w kilka rzeczy, w przewodnik, w bilet, w nowe spodnie, w nowa ksiazke do czytania, w baterie, z listy zostal mi jeszcze nowy dysk, ale to moze jutro, uciekac trzeba uciekac…
zakupilam bilet do chiang mai, gdzie udaje sie autobusem 18-go, chcialam pociagiem, ale brak wolnych miejsc az do 20-go, takze jeszcze 3 dni tutaj, moze troszke pozwiedzam, moze nie, bede w bankoku jeszcze raz na dluzej, wiec nie cisnieniuje zbytnio, jakies zdjecia porobic, moze tajski boks, moze market, zobaczymy

ostatni wieczor w kalkucie uplynal pod znakiem rozrywki, wraz z czteroosobowa miedzynarodowa ekipa z andamanow, irlandka, szkotka i dwoma mlodymi dunczykami, udalismy sie do centrum handlowego by obejrzec najbardziej topowa bolywoodzka produkcje ostatnimi czasy dhoom 2; taksowka wiozla nas przez zasyfiale ulice, my scisnieci w piatke na wielkich miekkich kanapach ambasadora sluchalismy soundtracku z tegoz filmu poddajac sie powoli nastrojowi bolywood. centrum handlowe ogromne, rodziny hinduskie w szale zakupow, gier komputerowych, pizzeri i mc donaldow, my grzecznie bileciki i do kina; trzeci rzad wiec oczy to rozbiegaly mi sie to zbiegaly, nie mogac nadazyc za obrazem, pierwsza scena motor wyskakujacy z palmowej dzungli i ladujacy na lodce, wow, niezle, nie bede opowiadac wszystkiego, w kazdym razie film opowiada o bardzo sprytnym zlodzieju i policjancie, do tego przepiekne kobiety i stroje i tance i pierwszy pocalunek jaki widzialam w hinduskiej produkcji, to byl szok (z najnowszego bonda usuneli wszystkie), w porownaniu z moja wizyta w prowincjonalnym kinie w cochin, tu publicznosc w ogole nie reagowala na to, co sie dzieje na ekranie a jedyne oklaski, jakie dalo sie uslyszec na koniec filmu byly te z naszego rzedu; powrot ambasadorem na sudder street poprzez zasypiajace ulice, zasypiajace doslownie, czyli kladace sie tam, gdzie popadnie, nakrywajace sie czymkolwiek, aby do rana; ostatnie drinki w super barze, caluski, usciski i powrot do pokoju, by sie spakowac.
szkoda wyjezdzac zwlaszcza ze w niedziele jazz festiwal w kalkucie i herbie hancock gra i tanie bilety i zimne drinki i no coz, nie mozna wszedzie byc jednoczesnie, tak to juz jest z tym podrozowaniem…

o 7 rano taksowka juz czekala przed wejsciem, pozegnalam sie z boyami hotelowymi, chcieli ode mnie napiwki, ale tak sie wyplukalam z kasy, ze zostalo mi tylko 7 dyszek na kawe i kanapke na lotnisku, sory chlopaki, nastepnym razem, lotnisku malutkie, nie czysciutkie; lot zgodnie z planem, z gory zegnalam sie z ukochana kalkuta, pomaranczowe poranne slonce przez opary kaszlacego miasta oswietlalo ulice, domy, samochody, ludzi, zwierzeta, by wszystko rozmylo sie w jedna szara chmure, szara dziure…
o 13.45 lokalnego czasu wyladowalismy w bangkoku, lotnisko przeogromne, nowoczesne, kosze na smieci, kwiatki, papier toaletowy, fotokomorki, wow, to nie tylko podroz samolotem, to jak podroz w czasie o kilkadziesiat lat, tam ludzie ciagna ludzi a tu komputery odwalaja czarna robote; na lotnisku jak zwykle stralalam sie do kogos doczepic, by nie placic maxa za taksowke, tym razem padlo na dwie niemki i nowozelandczyka o zoltych zebach, samochod z klimatyzacja, czteropasmowe wielopoziomowe autostrady, wiezowce, bilbordy, jednym slowem cywilizacja, na khaosan road zbyt tloczno jak dla mnie wiec znalazlam guest house w jednej z mniejszych uliczek, deptaku, wzielam prysznic i wlasnie ide cos zjesc, do uslyszenia

2 miliony ludzi dziennie pokonuje dlugosc 705 metrow w jedna lub w druga strone, piechota, na rowerze, na motorze, samochodem, autobusem, tramwajem, nieoficjalnie mowi sie, ze jest to najbardziej zatloczony most swiata, rozpiety nad hoogli river, zbudowany pomiedzy 1937 a 1945 roooobi wrazenie, wybralismy sie tam z wycieczka krajoznawcza pewnego popoludnia, slonce chylilo sie nad wodami a my chodzilismy to w jedna, to w druga, robiac ukradkiem zdjecia i wmawiajac policjantom, ze wcale nie pstrykamy, jak wiekszosc mostow w indiach ten tez ma znaczenie militarne stad wszechobecne zakazy, kilka fotek, ktore udalo sie przemycic

ps. poza tym znow dopadla mnie typowa kalkucka infekcja pluc, wiec kaszle i prycham i lykam jakies lokalne swinstwa, po ktorych czuje sie lekko skolowana, jutro rano taksowka na lotnisko i mam nadzieje ze w koncu uda mi sie wyleciec, zobaczymy

troszke mi sie zle posklejal sorka
bridge.jpgkal_DSC_0412.jpgkal_DSC_0409.jpgkal_DSC_0416.jpgkal_DSC_0420.jpgkal_DSC_0418.jpgkal_DSC_0411.jpgkal_DSC_0414.jpgkal_DSC_0417.jpgkal_DSC_0401.jpg
by IkaruS


  • RSS