karusiek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2007

sihanoukville/stop/morze/stop/plaza/stop/slonce/stop/nicnierobienie/stop/wakacje/stop/wiecej wkrotce/stop/wuj mat

droga wiodla stromo pod gore, wlasciwie nie droga, tylko to, co z niej pozostalo, fragmenty asfaltu pozarywane przez tropikalne deszcze, obnazone ostre skalne wystepy, dziury wypelnione grzaskim piaskiem, grube korzenie, wspinalismy sie ciezarowka 4×4, ktora wyla przy kazdym wyzszym wzniesieniu, im wyzej tym las gestnial zamykajac zielona kurtyne nad naszymi glowami, zwisajace galezie, wysokie trawy, klujace krzaki, chlostaly nas po plecach i glowach, rece bielaly od sciskania palaka posrodku przyczepy, ktory sluzyl jako jedyne kolo ratunkowe przed wypadnieciem za burte, gdzie przepascie i czarne dziury, tylek obijal sie na twardej drewnianej lawce, a plecy bolaly od ciaglego uchylania sie;
po jakims czasie pojawila sie ona, wypelzla spomiedzy czarnych grubych drzew i nieprzebytych tropikalnych gaszczy i otulila wszystko cichym bialym mokrym lodowatym kokonem, mgla biala i tak gesta, ze nie widzielismy blizej niz na 2 metry, wilgotna osadzala sie na roslinach i na naszych cialach dajac przyjemny zapach, ktory gdy zamknelam oczy, przywolywal polskie lasy swiezo po letnim deszczu, podskok, otworzylam oczy
celem naszej wspinaczki byl bokor-dawny resort gorski polozony 40 kilometrow na polnoc od kampot, ktorego historia siega lat dwudziestych czyli francuskiego kolonializmu, poprzez letnisko dla krola kambodzy, lecz rowniez w ostatniej fazie schronienie dla czerwonych kmerow, opuszczony pod koniec lat siedemdziesiatych dzis uchodzi za istne miasto duchow z opustoszalymi hotelami, domostwami, kosciolem…
po dwoch godzinach dotarlismy do celu, cisza, tylko spiew ptakow stlumiomy przez mgle i glosy nielicznych turystow zagubionych w ruinach, przemknelam przez dawne kasyno, krete schody, zdobione balkoniki, mozaikowe posadzki, nagle z lewej strony cos przemknelo i zimny powiew musnal moja twarz…wlosy stanely mi nie tylko na glowie, czy to te duchy, te mary przeszlosci, ktore strzega miejsca swej zaglady, ja przepraszam, ja tylko na chwilke, ja zaraz znikam, ja przyjaciel, ja…
w dole maly chrzescijanski kosciolek, udalam sie tam kamienna kreta sciezka, gdy weszlam kamienne sciany szeptaly, prosily, mamily… dobrze, dobrze…zamknelam oczy i zaczelam spiewac, starokoscielna piesn odbijala sie przepieknym glebokim echem, wyplywajac leniwie przez wybite okna i wypelniajac cicho cala doline, spiewalam i spiewalam, a duchy w okolo sluchaly i placzac smutnie kiwaly glowami…

kam_DSC_1146.jpgkam_DSC_1133.jpgkam_DSC_1137.jpgkam_DSC_1131.jpgkam_DSC_1134.jpgkam_DSC_1139.jpgkam_DSC_1120.jpgkam_DSC_1111.jpgkam_DSC_1109.jpgkam_DSC_1124.jpg
by IkaruS

o 6.45 stawilam sie na przystanku autobusowym, skad udalam sie na poludnie, w autobusie milo mi bylo spotkac pana janka z debicy, z ktorym posmialismy sie zdrowo po polsku, juz na samym wstepie opowiedzial mi historie jak to w laosie z powodu goraca, chcial kupic typowy slomkowy kapelusz, kupil i owszem lecz przez kilka dni nie mogl zrozumiec, dlaczego miejscowi wytykaja go palcami na ulicy smiejac sie i zartujac, az do czasu gdy ktos zyczliwy szepnal mu na uszko, ze na glowie zamiast kapelusza nosi slomkowy garnek na ryz…
do kampot dotarlam wczesnym popoludniem, zadekowalam sie w kameralnym drewnianym starym domu kolonialnym przerobionym na pensjonat, gdzie piekny ogrod, gdzie schody i tarasy, gdzie pachnie historia i czasami swietnosci; spacerkiem po miasteczku, ktore male, kolorowe nad rzeka, pozostawiona architektura francuska wspolgra z mieszkancami siedzacymi na stoleczkach i wiszacych w hamakach w podcieniach, dzis wypozyczam motor i udaje sie do kep, starej kolonialnej miejscowosci wypoczynkowej nadmorskiej, gdzie opuszczone wille, tajemnicze ogrody i kto wie co jeszcze

ps. jedyna kafejka internetowa w miescie nie wspolgra z mym sprzetem, wiec zdjec na razie wrzucic sie nie da, moze znajde inna
3 godziny pozniej…
znalazlam wrzucam wiec pare fotek z phnom penh

pnom_DSC_1039.jpgpnom_DSC_1037.jpgpnom_DSC_1048.jpgpnom_DSC_1052.jpgpnom_DSC_1053.jpgpnom_DSC_1060.jpgpnom_DSC_1064.jpgpnom_DSC_1067.jpgpnom_DSC_1068.jpgpnom_DSC_1070.jpgpnom_DSC_1078.jpgpnom_DSC_1074.jpgpnom_DSC_1076.jpgpnom_DSC_1105.jpgpnom_DSC_1106.jpgpnom_DSC_1091.jpgpnom_DSC_1086.jpgpnom_DSC_1087.jpgpnom_DSC_1093.jpgpnom_DSC_1099.jpg
by IkaruS

jest pierwsza w nocy, to juz 6 godzin odkad wylaczyli prad, leze na golasa w czarnych ciemnosciach, kazdy nawet najmniejszy ruch wyciska swieze krople potu na skorze, wiatrak nie dziala a okna otworzyc nie moge, gdyz to niski parter i kazdy mi wlezc moze(szczegolnie gdy odsloni zaslonke i zobaczy mnie naga) ufff…aby do rana,

w glowie kraza mysli, plany, wspomnienia, kolowrotek bezsennej nocy…za sciana z dykty sasiadka dochodzi trzeci raz tej nocy, sasiad niewiele gorzej zaraz po niej, ufff jak im musi byc goraco, chyba w przerwach wskakuja pod zimny prysznic…komar kolo mojej glowy bzyczy, latarka wysiadla wiec swiecac telefonem, ktory gasnie co chwila rozpoczynam z gory przegrana walke, po 10 minutach daje za wygrana i cala mokra wskakuje po raz kolejny pod prysznic, ufff…aby do rana

dzisiejszy dzien staje mi przed oczyma – chcialam kupic bilet na pociag, ktorym na poludnie nad morze, by poplywac, by ochlodzic sie troszke, zebralam sie wiec tam o 9 z buta i juz gorac walil po glowie, lecz stacja kolejowa wygladala jak z wymarlego miasta, wszystkie okienka zamkniete, ptaki w podcieniach, nurki spiace na lawkach, zlapalam jakiegos dozorce w budce, ktory tlumaczyl mi na migi, ze pociagow na poludnie to juz nie ma, ze tylko na polnoc mozna jechac, choc patrzac na zdemolowane wagony i lokomotywe na bocznicy nie bardzo chcialo mi sie w to wierzyc, no nic trzeba bedzie jechac autobusem, ufff…aby do rana

fajna ta kambodza, ludzie namolni ale w smieszny sposob, wiec ja tez sie usmiecham i grzecznie caly czas odpowiadam, no taxi, no tuk tuk, no moto, no marihuana, no opium, no gun, no shooting, no, no, no…zdjecia milo sie robi, usmiecham sie tylko a oni pozwalaja na wszystko, no prawie…ufff…aby do rana

tak z wirusem przyszlo mi zyc, kilka szczepionek zainstalowalam w moim komputerku i nic nie pomaga, wiec akceptuje cie wirusie, jesli nie bedziesz mi bardziej przeszkadzal, zabrales mi cala moja muze, ale zostawiles zdjecia, pozwalasz dzialac w photoshopie choc na wolniejszych obrotach, w porzadku, jakos znajdziemy sobie miejsce wspolnie ja i ty…ufff…aby do rana

tak jutro trzeba wstac rano,cos popstrykac, lub nie, zalezy, hmmm co jeszcze? tak bilet kupic na autobus, pojsc na targ by zaopatrzyc sie w paste do zebow, dezodorant i baterie, powinno byc taniej niz tu, potem fruit shake u zaprzyjaznionej pani zosi na rogu 86-tej i 93-ciej, ach co ja bym dala za kawalek lodu, ufff…aby do rana

ktory dzisiaj jest? 20-ty, nie chyba 21-wszy, sroda czy czwartek, nie wiem…zaraz ile to jeszcze,jesli luty ma 28 dni to jeszcze 7 dni lutego i 9 marca, to razem 16, wow, za 16 dni trzydziestka, hmmm, milo by bylo swietowac w jakims milym miejscu z mila ekipa, trzeba bedzie sie zakrecic nad tym morzem, ufff…aby do rana

tak naprawde to chyba juz wiem, dlaczego ta podroz tak inna od poprzedniej, to nie wina miejsc czy mieszkancow, to tylko ludzie, ktorych spotykam sa inni od poznanych w indiach, ostatnim razem dzieki wspoltowarzyszom odkrylam tyle nieznanych mi swiatow, wewnatrz i na zewnatrz, ze teraz przy wiekszosci podrozujacych tutaj balangowiczow, nie moge tego porownac, brak inspiracji, brak przeplywu informacji, brak zaczarowanej fascynacji, brak tego czegos…a moze to ja jestem inna, moze to podrozowanie to sie przejada, to powszednieje i nie smakuje tak jak powinno, nie wiem pomysle o tym jutro…ufff…aby do rana

gdy odwiedzam miejsca jak to, gdzie nagie ceglane mury, gdzie druty kolczaste, gdzie cele nie wieksze niz 2×1,5 gdzie nagie zimne podlogi, gdzie metalowe prycze, gdzie lancuchy i siekiery, gdzie tysiace fotografii tych, dla ktorych byla to podroz tylko w jedna strone, gdzie martwa cisza i zapach smierci, zamykam oczy i probuje wyobrazic sobie to miejsce 30 lat temu… wychudzone tlumy mezczyzn, kobiet i dzieci, scisniete w klatkach jak zwierzeta, zakute w metalowe szczeki, w upale i smrodzie, widzac i slyszac to, co stanie sie z nimi juz niebawem, krzyki ofiar torturowanych godzinami, krzyki matek, ktorym wydzierano z rak dzieci, uslyszec glosy, zajrzec im w oczy, w oczy ludzi, ktorzy wiedza ze umra i tak naprawde nie wiedza dlaczego i zajrzec w oczy ich oprawcow, ktorych ludzmi nazywac nie mozna i zrozumiec dlaczego… dlaczego kambodza, dlaczego oswiecim, dlaczego rwanda, dlaczego my tacy, dlaczego…

rezim czerwonych kmerow w latach 1975-1979 kosztowal zycie 1,7 miliona mieszkancow, wiezienie s-21 bylo najwiekszym miejscem tortur, skad tych, co je przezyli lub nie, przewozono na oddalone 15 kilometrow od phnom penh pola smierci, by dobic i pochowac w masowych grobach, ktore odkryto na poczatku lat 80-tych, ekschumowano szczatki i wbrew tradycyjnej kremacji, pozostawiono nie pochowane jako swiadectwo tej zbrodni, by w przyszlosci osadzic tych, ktorzy zawinili…

pnom_DSC_1030.jpgpnom_DSC_0994.jpgpnom_DSC_0995.jpgpnom_DSC_1001.jpgpnom_DSC_1007.jpgpnom_DSC_1003.jpgpnom_DSC_1004.jpgpnom_DSC_1006.jpgpnom_DSC_1008.jpgpnom_DSC_1009.jpgpnom.jpgpnom_DSC_1011.jpgpnom_DSC_1026.jpgpnom_DSC_1024.jpgpnom_DSC_1031.jpg
by IkaruS

laos pozegnal mnie cudownie, kameralnie, wysmakowanie, uroczo, romantycznie, czulam sie jakby mi szeptal co wieczor do ucha wraz z chorem zab i cykad, ze te 3 tygodnie to tak naprawde nie jego oblicze, ze on wiecej moze mi pokazac, ze on ujac mnie moze jak sredniowieczny kochanek serenada piesni najrozniejszych, ze on pokaze mi blekitne wody, zielone lasy, waskie sciezynki miedzy domostwami, wiesniakow zastygnietych z usmiechem na twarzach i miliony gwiazd, gdy gasna swiatla… i dotrzymal slowa, dziekuje
o jakim miejscu pisze? o 4000 tysiacach wysp, na samym poludniu, gdzie rzeka tworzy jedyny w sowim rodzaju naturalny rezerwat z wysepkami, na ktorych mieszkaja lokalesi ale i przyjezdni, stroniac od tlumow udalam sie na najbardziej na poludnie wysunieta wyspe don khon, gdzie podobnie jak na andamanach po jednym dniu czulam sie jak w domu, miejsce na poranna kawe, rowerkiem wycieczki po okolicy, obiad u zaprzyjaznionego laotanczyka, siesta w hamaku na werandzie z widokiem na rzeke, elektrycznosc od 6 do 10 wyznaczala czas kolacji z innymi odludkami wczasowiczami, ktorzy szukaja czegos wiecej niz wieczne balangowanie, milo bylo bardzo, 5 dni nic nie robienia, to co najbardziej kocham w podrozowaniu, takie stany-nie stany…

wczoraj rano z grupa poznana wlosko-hiszpanska (3+3) udalismy sie do granicy kambodzanskiej, w grupie zawsze taniej i razniej, lodka mala do najblizszego przystanku autobusu, stamtad 6 kilometrow do budki laotanskich funkcjonariuszy, zeby sie dowiedziec ze wize to 9 km stad mozna dostac i ze trzeba tam dojechac, wladowalismy sie wiec w busa stojacego opodal i jazda, nasze europejskie pojecie o granicy nijak sie ma do azjatyckiej rzeczywistosci, pas miedzygraniczny to polna droga, piaszczyscie sucha, wzbijajaca tumany kurzu wgryzajacego sie wszedzie i odbierajacego dech, po obu stronach las, ktory zielony podczas pory deszczowej, teraz wypalony na zolto przez slonce, lub na czarno przez lokalesow, straszy kikutami drzew, 9 kilometrow w gore i w dol, i stop i znow, gdy samochod krztusil sie pod zbyt duzym ciezarem, do tego poludniowe slonce, ktore nie chcialo dac za wygrana parzac kazdy odsloniety skrawek bialego ciala, w koncu dotarlismy do zwirowej szerokiej drogi, ktora prowadzila do budki kambodzanskiej, tam siesta a i chinski nowy rok, wiec trzeba bylo zaplacic ekstra za kilka stempelkow, ale co tam, aby do przodu, ta sama zwirowka, tym samym busem udalismy sie do najblizszego miasta w Kambodzy stung treng, gdzie zjedlismy lunch i popijajac popoludniowa kawe zebralismy rozdygotane mysli.
zdecydowalismy sie rzutem zrobic jeszcze jeden odcinek do Kratie, 4 kolejne godziny i gdy mordercze slonce zachodzilo za horyzont my zrzucilismy plecaki, by uraczyc sie zimnymi napojami nagradzajacymi calodzienny wysilek, spacerkiem wieczornym po miescie pozegnalam sie z ekipa, ktora zostala w kratie a ja 7.30 autobusem udalam sie do stolicy phnom penh, skad nadaje te wiadomosc.
czuje sie jakbym wrocila do Indii, przy wyjsciu z autobusu opadly mnie hieny roznego rodzaju, chcace mych pieniedzy, mego tylka by spal w ich lozkach i mego plecaka, by jechal ich tuk tukiem, tak bylam zaskoczona ze ucieklam w kacik, by zebrac sily na walke, po 5 minutach wylazlam, wynegocjowalam, zabralam sie, lecz z hotelami ciezko, wszystko drogie jak dla mnie, nowy rok sie zaczal a i turystow nie malo, no coz, posiedze tu kilka dni, gdyz to miejsce ciekawe, oszczedzajac jem na ulicach, co z reszta lubie najbardziej…

ps. moj komputerek zlapal wirusa srusa i stracilam cala muzyke, na szczescie zdjec nie, postaram sie cos zawalczyc ale nie wiem z jakim skutkiem, prosze trzymac kciuki,

don_DSC_0931.jpgdon_DSC_0942.jpgdon_DSC_0991.jpgdon_DSC_0968.jpgdon_DSC_0956.jpgdon_DSC_0944.jpgdon_DSC_0952.jpgdon_DSC_0972.jpgdon_DSC_0975.jpgdon_DSC_0986.jpgdon_DSC_0963.jpgdon_DSC_0955.jpgdon_DSC_0984.jpgdon_DSC_0982.jpgdon_DSC_0940.jpg
by IkaruS

siedze w kafejce internetowej w pakse po calonocnej podrozy autobusem ze stolicy, ostatni tydzien to szybkie przemieszczanie sie z miejsca na miejsce, wszystko sie zlewa w laotanska mase, ktora jakos do mnie szczegolnie nie przemawia, brak koncepcji i brak ekscytacji powoduja, ze staje sie biernym obserwatorem tego, co w okolo, mysle ze jeszcze z tydzien i do kambodzy

vang vieng
autobusem z luang prabang po gorzystych drogach dzielac siedzenie z bardzo wysokim holendrem, ktory cierpial z powodu zbyt krotkich przestrzeni miedzy fotelami nie pozwalajacych mu usiasc wygodnie, lokalni i nie tylko z torebkami przy ustach wprowadzali do atmosfery rozne ciekawe zapachy i odglosy, przybylismy do miasta okolo poludnia, z lenistwa szukajac hotelu nie chcialo nam sie isc do jednego z dwoch mostow w okolicy, wiec przeszlismy rzeke wplaw, ktora okazala sie troche glebsza niz przypuszczalismy, wiec wyladowalam na drugim brzegu cala mokra, ratujac moj plecak ze sprzetem na wysokich plecach holendra, mile chatki nad woda i mila ekipa, z ktora nastepnego dnia wspolnie wyruszylismy na najbradziej popularna rozrywke w okolicy, czyli tubing (splyw na wielkiej detce), piekna pogoda, slonce, woda, w okolo kaniony wyrzezbione przez rzeke, zielone wzgorza, bary z zimnymi napojomi, spedzilismy na wodzie kilka godzin na rozmowach, skokach, przepychankach detkowych, ratowaniu klapek, lapaniu detek i trzeseniu sie z zimna gdy slonce skrylo sie za horyzontem.
poza tym miasto otaczaja jaskinie i wodospady, ja tam troche dosc natury juz mam, wiec sie nie wybieralam, ale byli tacy co chodzili godzinami, miasto pelne turystow, ktorzy godzinami w barach z telewizorami przyjaciol i simpsonow katowali, wiec ucieklam do stolicy po trzech dniach, liczac w koncu na jakies lolalne tlumy, ktorych odkad opuscilam indie, zdecydowanie mi brakuje…

vientiane
stolica jak i reszta kraju wydaje sie prowincjonalnym miasteczkiem, jedynym zatloczonym miejsce w miare byly dzielnice targowe, gdzie zakupilam nowe klapki za calego dolara, poza tym goraco i zakurzone wszystko, wiec snulam sie po pustych ulicach zachodzac co i raz do jakiejs swiatyni, gdzie mnisi w pomaranczowych szatach przyjaznie zagadywali, trzeba tu dodac, ze w laosie bardzo popularne jest wsrod chlopcow wstapienie do zakonu na kilka lat, gdyz jest to najlepsze miejsce by zdobyc edukacje, spedzaja tam srednio 8 lat, opuszczajac zakonne szaty w wieku lat kolo 20-tu, stad nie zawsze nasza koncepcja mnicha, pokrywa sie z tym co widzimy, tzn, mozna zobaczyc mnichow z papierosami, z telefonami, z plakatami dziewczat na scianach ich cel, z zapewnieniami, ze moga miec dziewczyne i piszacych maila do bialasek, jak to bardzo nasze spotkanie odmienilo ich zycie, co mile, lecz dziekuje bardzo, zadnego mnicha balamucic tutaj nie zamierzam.
polazilam po tej komunistycznej stolicy, podreptalam w te i we w te i stwierdzilam, ze nic tu po mnie, ze jade dalej, tak wiec wsiadlam w nocny autobus do pakse i oto jestem, ciezko z hotelami, wiec wydaje duzo wiecej niz w mym budzecie, wiec pewnie jutro po dniu odpoczynku sie zawine dalej na poludnie do champasak, lub od razu na 4000 wysp, zobaczymy

vie_DSC_0865.jpgvie_DSC_0871.jpgvie_DSC_0876.jpgvie_DSC_0854.jpgvie_DSC_0861.jpgvie_DSC_0851.jpgvie_DSC_0862.jpgvie_DSC_0849.jpgvie_DSC_0859.jpgpak_DSC_0916.jpgpak_DSC_0891.jpgpak_DSC_0899.jpgpak_DSC_0896.jpgpak_DSC_0886.jpgpak_DSC_0911.jpgpak_DSC_0914.jpgpak_DSC_0909.jpgpak_DSC_0901.jpgpak_DSC_0921.jpg
by IkaruS

kraze po zakurzonych ulicach pedalujac na swym wypozyczonym pomaranczowym rowerze; slonce grzeje prosto w twarz i robi sie naprawde goraco, jest prawie 12. gdzies w oddali za zakretem slychac laotanska muzyke z gatunku rozrywkowa; gdzie muzyka tam i ja, obieram kurs w tamtym kierunku, skrecam w prawo i oczom moim okazuje sie namiot, jak mozna sie domyslac z obrazka, z weselnikami. stoly w dwoch rzedach suto zastawione, towarzystwo rozesmiane i roztanczone w rytm przygrywajacego z parapetu wodzireja, ktory przyspiewuje do muzyki wesolo. po drugiej stronie ulicy stolik starych wyg weselnych, ktore przypuszczam obskakuja wszystkie wesela w okolicy.
parkuje swoj bolid na chodniku w rzedzie kilku skuterow, slonce wali po glowie, ale stoje i przygladam sie z ciekawoscia stwierdzajac, ze wiele sie to od naszych wesel nie rozni, jedynie miejsce ciekawe-kawalek jezdni i chodnika, zamiast wodki-piwo z lodem, zamiast wielu potraw-samoobsluga tace z zielenina i kluskami, do tego w wazach rosol na watrobie, na deser krojony arbuz i mandarynki.
stoje tak stoje i juz po 10 minutach zapraszaja mnie do stolu, piwo polewaja, sluza kostkami lodu, toasty geste, przedstawiaja mi rodzine, panowie do tanca prosza, ktory dosc smieszny, niby w parach, ale osobno, na przeciwko siebie, drobnymi kroczkami w przod i w tyl jednoczesnie dlonmi krecac male kolka przed soba we wszystkich kierunkach; tancze wiec z chlopakami po kolei, z panem mlodym, ktory bez zeba na przedzie, szczerzy sie wesolo, panna mloda w cieniu siedzi przy stoliku i mozna zauwazyc, ze jest w kilkumiesiecznej ciazy.
piwo leje sie gesto, ekipa balujaca sie zmienia co i raz, tlumacza mi, ze czesc musi wracac do pracy (jest 2 po poludniu, nie wiem jak beda pracowac pijani, ale zabawa to zabawa) wciaz naplywaja nowi. panny nakladaja mi zielenine i kluski, gdy chca polac watrobianym rosolem, odmawiam w pore, po pierwsze nie jadam miesa im tlumacze, a po drugie, zapach z wazy, ktora od rana w upale, nie zwiastuje nic dobrego dla zoladka.
w koncu koncze przy stoliku wyg weselnych, gdzie bezzebny dziadek po francusku tlumaczy mi, jak on to z amerykanami wojowal i jak strzelal pif paf…jest 4 po poludniu, gdy w weselnym nastroju opuszczam biesiade, zegnajac sie czule z weselnikami z mysla, ze patrzac za czas jakis na kilka zdjec ktore pstryknelam, bede mogla powiedziec „…tak…i ja tez tam bylam, beer lao pilam, po brodzie mi cieklo…”

lua_DSC_0773.jpglua_DSC_0769.jpglua_DSC_0764.jpglua_DSC_0779.jpglua_DSC_0766.jpglua_DSC_0778.jpglua_DSC_0762.jpglua_DSC_0770.jpglua_DSC_0776.jpglua_DSC_0782.jpglua_DSC_0772.jpglua_DSC_0771.jpg
by IkaruS

budzik zadzwonil o 7.30, szybki prysznic, plecak jeden, drugi i piechotka do najblizszej przecznicy na sniadanie, gdzie na stoiskach juz ruch spory; goraca bagietka z serem, cieple slodkie sojowe mleko w polaczeniu z usmiechem babci serwujacej rozgrzaly dostatecznie moj zoladek. tuk tukiem na dworzec autobusowy, pan kierowca nie mogl zrozumiec, dlaczego nie chce, aby byl moim boyfriendem i towarzyszyl mi w dalszej podrozy; posmialismy sie, posmialismy…na dworcu ruch niewielki, kupilam bilet do nong khiaw i korzystajac z pol godzinki, jakie pozostalo do odjazdu, rozgrzewalam sie laotanska mocna czarna kawa ze slodkim zageszczonym mlekiem. nie spieszac sie podazylam do autobusiku a tam juz pelno i czekali tylko na mnie i okazalo sie, ze to bardziej ciezarowka bez okien, niz autobus i nie mialam juz czasu wyciagnac ciuchow z plecaka, ktory porwany zostal przez bagazowego, dobra wsiadam!
oczywiscie jak tylko ruszylismy zimny wiatr owial mnie bezlitosnie smagajac twarz, rece, plecy i nogi, docenilam to, ze scisk, gdyz choc troche grzaly mnie ciala wspolpasazerow. przy pierwszym postoju na siku, udalo mi sie wyzebrac moj plecak i w biegu wyciagnac bluze, bluzke, szalik, czapke i rekawiczki; okutalam sie i z powrotem na trucka. lepiej sie zrobilo od razu. w okolo lokalni ludzie wiezli zarcie, kury, ryby, dzieci, palili, gaworzyli i zartowali. 4 godziny minely szybko, po drodze mijalismy male wioseczki, gdzie bambusowe i drewniane domki, rzeczki i rzeki, wszystko otoczone palmowymi lasami.
dotarlismy do celu i trzeba bylo zmienic srodek lokomocji. mala lodeczka w gore rzeki nam ou, cieplej sie zrobilo i weselej, z kilkoma cudzoziemcami mielismy namiastke raftingu, gdy rozbijalismy fale gorskiej rzeki. po 1,5 godzinie dotarlismy do muang noi, gdzie jedna piaszczysta ulica, gdzie 4 mnichow wygrywa modlitwy na bebnach, gdzie elektrycznosc od 18 do 21, gdzie nurt rzeki powoli wyznacza rytm zycia, gdzie chatki bambusowe zawieszone nad woda, gdzie rano pieja koguty i gdakaja kaczki, gdzie cisza i spokoj i natura piekna w okolo.
kolacja i spac, rano prysznic i sniadanie
i tuz po nim pojawila sie ona, nieproszona
co smierdzi jak ryba patroszona
co trzewia wykreca i dolny zawor otwiera
co 24 godziny czlowiekiem poniewiera
nie dajac spoczynku ni w nocy ni w dzien
zmieniajac czlowieka w slaniajacy sie cien
ktory sily ma tylko na tyle
by zwlec z lozka swoj tylek
i w te pedy, jak szybko sie da
do miejsca ujscia sie udac
a tam postekiwania i jeki
gdy ona prezentuje swe wdzieki
nieczula na czlowiecze bole
wyciska ostatnie soki czule
dbajac by nic sie nie ostalo
by wszystko jej sie oddalo
az w koncu trzeciego dnia
znika smierdzaca dama
rownie szybko jak sie pojawila
umeczone me cialo opuscila
nie zeby bardzo chciala
ale wyboru dama nie miala
w konfrontacji z panem stoperem
znanym owych dam kilerem,
ktory celnie kilkoma strzalami
rozprawia sie ze smierdzacymi damami
i ktory przez dni kilka
chronic bedzie mojego tylka
za co wdzieczna bardzo jestem
panu z farmakologicznym gestem:)

ps. z ambitnych planow trekingowych nic nie wyszlo, jak sie mozna domyslac, zdjec tez tylko kilka w drodze powrotnej, jestem znow w luang probang, gdzie zbieram sie do kupy (w tych okolicznosciach przyrody to slowo drgawki wzbudza w mym ciele), jutro rano ruszam na poludnie do vang vieng, dosyc mam zimnych nocy

mua_IMG_3013.jpgmua_IMG_3018.jpgmua_IMG_3015.jpgmua_DSC_0805.jpgmua_DSC_0809.jpgmua_DSC_0800.jpgmua_DSC_0830.jpgmua_DSC_0799.jpgmua_DSC_0808.jpgmua_DSC_0821.jpgmua_DSC_0793.jpgmua_DSC_0801.jpgmua_DSC_0815.jpgmua_DSC_0812.jpgmua_DSC_0804.jpgmua_DSC_0818.jpgmua_DSC_0820.jpgmua_DSC_0827.jpgmua_DSC_0835.jpg
by IkaruS

luty.jpg
by IkaruS


  • RSS