karusiek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2007

w kathmandu oddycham znow, mimo smogu nad miastem, braku widoku himalajow zaslonietych wyziewami doliny, mimo tlumu, smrodu, halasu, czuje sie swietnie, to czego brakowalo przez ostatnie 3 m-ce, inna energia, magia, ludzie, zapachy, kolory, muzyka, zycie, to miasto tetni od rana do nocy, wibruje w rytm bebnow, dzwonow, fletow, szczekajacyh psow, wyjacych klaksonow, pikantno-slodki odcien orientu, tu w starych murach miasta historia spotyka sie z nowoczesnoscia, religia z codziennoscia, duchowosc z komercja, wszystko razem i obok siebie, w odwiecznej symbiozie, do ktorej dane mi jest dolaczyc choc na chwile, takze laze, obserwuje, ogladam, podgladam, troche pstrykam, dobrze jest

ps. jutro zaczynam nowy wymiar mej podrozy, zaglebiam sie do wnetrza siebie, do tego czym jestem, co tworze, jak mysle, jak czuje, medytacje czas zaczac, znikam wiec na 10 dni, trudnych ale jakze cudownych, do uslyszenia wkrotce, (dla zainteresowanych wiecej tu vipassana)

kat_DSC_1346.jpgkat_DSC_1342.jpgkat_DSC_1343.jpgkat_DSC_1353.jpgkat_DSC_1330.jpgkat_DSC_1348.jpgkat_DSC_1340.jpgkat_DSC_1352.jpgkat_DSC_1309.jpgkat_DSC_1314.jpgkat_DSC_1306.jpgkat_DSC_1324.jpgkat_DSC_1332.jpgkat_DSC_1327.jpg
by IkaruS

autobus odchodzil o 17, byla dopiero 11 rano a ja bylam po calonocnej jezdzie pociagiem, pan w jednej z agencji (turystycznej, zeby nie bylo) pozwolil mi sie walnac w kacie na kanapce, tak wiec zdrzemnelam sie jakies 3 godzinki, klienci wchodzili i wychodzili a ja chrapalam sobie cichutko w kaciku, kolo 2 zjadlam obiad w pobliskiej knajpie , pogapilam sie w okno dla zabicia czasu, gdyz glowa zbyt zmeczona by czytac, i jakos dotrwalam do tej 17, wladowalismy sie w ciasne przestrzenie miedzy siedzeniami, ja za sasiada mialam staruszka nepalczyka, ktory po drodze czestowal mnie ciapatami domowymi z ziemniakami i pomidorami, ja w zamian ciasteczkami i bananami, przede mna swieze malzenstwo z miesiecznym stazem, ona pieknie przystrojna, wymalowana, przepiekna, caly czas sie mnie pytala czy on ladny jest czy nie, oczywiscie ze ladny, mowie i tak sobie gderalysmy, nawet zaprosila mnie do swojego domu, bym z nimi mieszkala, ale niestety musialam odmowic, do moich najblizszych planow potrzebna jest cywiliazacja i bliskosc travelerskich udogodnien, co nie znaczy ze w innych okolicznosciach przyrody chetnie bym sie tam wybrala ,
autobus zlapal tylko raz gume i raz potrzebowal warszatatu, co przy 14-to godzinnej jezdzie po kretych wyboistych gorskich drogach uwazam za sukces, kilku travelersow, ktorzy olali moja prosbe na podzielenie sie taksowka z dworca, kit im w ucho, swoj honor mam, sama pojechalam , znalazlam przyjemny hotelik i przespalam sie znow troszke, poza tym klimatyzacja z nowoczesnego lotniska w bangkoku jak i kilka godzin w samolocie wychodzi mi znow infekcja gardla i nosa, wiec musze sie kurowac troszke,
w kathmandu poczatek sezonu, tlumy turystow przelewaja sie ulicami odziane w orientalne ciuszki, mozna wszystko tu kupic i zalatwic, na razie placze sie w okolicach hotelu, jutro wyruszam na dalsza eksploracje miasta

pociegiem nocnym do siliguri, podroz przebiegla pomyslnie nie liczac hindusa w srednim wieku, ktory sie zdecydowanie napalil na to, ze skoro jest moim sasiadem z przedzialu to on moze cos wiecej z tego sasiedztwa wycisnac, przechadzac kolo mnie, lub gapiac sie mowil tylko dwa slowa, wlasciwie trzy „helo” „mis” „yes” grajac przy tym cialem, zebym dokladnie zrozumiala o co mu chodzi, ignorowalam go do czasu gdy o 1 w nocy donosnym glosem krzyknal mi do ucha „helo” „yes” wtedy nie wytrzymalam i rowniez krzyknelam, ze czego chce ode mnie, zeby kladl sie do lozka, poskutkowalo, do rana mialam spokoj, choc hindus wyraznie dal mi do zrozumienia o poranku, ze jest mocno rozczarowany moja postawa, trudno, nie on pierwszy i nie ostatni;
ryksza na dworzec autobusowy i busem do granicy nepalskiej, sytuacja sie uspokoila, wiec postanowilam nie zmieniac pierwotnie obranego kierunku, siedze wlasnie juz po drugiej stronie granicy i w oczekiwaniu na autobus, skrobie pare zdan, podroz calonocna, wiec do katmandu powinnam dotrzec jutro nad ranem:)

goraca kawa z mlekiem kokosowym na pol z normalnym, koperkowo-czosnkowy zapach ogorka malosolnego, tluczone ziemniaki z jajkiem sadzonym grubo posypane drobno posiekanym szczypiorkiem,
gorace brazyliskie zolto zielone rytmy capoeiry w metalowo szklanym klimatyzowanym wiezowcu, wielogodzinne szlajane zakupy na bazarach i nie, zimna taksowka i ona mowiaca cieplo w ich jezyku, tramwaj wodny i druga ona z rozwianym wlosem w zachodzacym sloncu,
nasze wielogodzinne zaspane poranne rozmowy przy kawie, leniwe popoludniowe rozmowy przy kawie, zmeczone wieczorne rozmowy nie przy kawie,
do tego jeszcze sasiad co sie obraza, trzy male psy, rozmowy o pasozytach, sticky rice with mango, piatkowy rajd po klubach bankoku, sushi, szalona japonka i tak w skrocie mozna opisac moj ostatni tydzien w stolicy tajlandii, tydzien niesamowity dzieki niesamowitym kobietom, tydzien tak potrzebny i tak niezapomniany, tydzien ktory skonczyl sie za szybko, tydzien, ktory mam ndzieje powtorzymy juz niedlugo w innym miejscu lub w innym czasie, dziekuje dziewczyny:)

ps. wczoraj rano wyladowalam w kalkucie, gdzie jest troszeczke chlodniej, ale tylko dzieki mniejszej wilgotnosci, tu czuje sie jak w domu a i znajomi wolontariusze nadal tu sa, wiec juz wieczorem na jednym z dachow bylo male kameralne przyjecie na ktore sie zalapalam, dzis pociagiem nocnym do silinguri, skad chcialam do nepalu, ale relacje ludzi, ktorzy wlasnie stamtad wrocili nie brzmia optymistycznie, strajki, opoznienia, ataki, takze musze sie zastanowic co dalej, jesli nie nepal to udam sie do sikkimu, decyzja jutro

ban_DSC_1270.jpgban_DSC_1277.jpgban_DSC_1288.jpgban_DSC_1285.jpgban_DSC_1290.jpgban_DSC_1283.jpgban_DSC_1289.jpgban_dsc_1271.jpg
by IkaruS

odkad moj zadomowiony i wychowany wirus zabral bardzo wazna czesc mojego zycia podroznczego (czytaj muzyke) zmuszona jestem szukac innej sposobnosci by dostarczac mile dzwieki do mej duszy, takze w niedziele wczesnym wieczorem gnana nagla potrzeba takowa i jakims dziwnym przeczuciem blizej nieokreslonym, wykapawszy sie, podazylam z mej malej uliczki, na main street travelesow (czytaj kho san road), by przycupnac przy jednym ze stoisk z piracka muza i napawac sie do woli,
juz na pierwszym z nich milo powital mnie jack johnson in between dreams i lezka w oku zakrecila sie na wspomnienie o sylwestrze na andamanach na plazy i koncercie, ktory odwalili tam dla nas kolesie muzycy, ach
stalam tak wiec sobie, zasluchana, obserwujac kolorowe tlumy przelewajace sie w jedna i w druga strone jak na szklanym ekranie i nagle bach, ktos przemknal szybko w czerwonych spodniach z roztrzepanym blond wlosem i podazyl w strone burger kinga, nie widzialam jej twarzy ale znowu to dziwne przeczucie kazalo mi czym predzej za nia podazyc, szybka byla, to pojawiala sie to ginela gdzies w tlumie, ale na wysokosci maca zasiadla do stolika ujawniajac swa twarz i gdy dotarlam tam sekunde pozniej zziajana i z klapkiem wyrwanym z zawiasow, juz wiedzialam i juz padalam w ramiona rudej (ktora wiedzialam, ze bedzie w bankoku, ale mialysmy sie spotkac dopiero nastepnego dnia)
kasia wlasnie przyleciala z birmy i okazalo sie ze to nie koniec polek, ktore sa w bankoku, po chwili dolaczyla kolezanka rudej z goa, monika, a jeszcze pozniej inna kasia (sypiajac z gekonami)) ktora od kilku lat tu mieszka i u ktorej ruda sie zatrzymala. jak cudownie bylo w tym dalekim kraju moc sobie pozartowac, powspominac, poopowiadac, poobgadywac sasiadow troszeczke, poprzeklinac, jednym slowem poczuc sie jak w domu i to jeszcze z trzema niesamowitymi kobietami dookola, czulam sie cudownie a moje szczescie siegnelo zenitu, gdy kasia gekoniasta (jak ja ruda nazywa) zaproponowala zebym nastepnego dnia rowniez sie do niej wprowadzila i tak od wczoraj po poludnia mieszkamy sobie w trojeczke w drewnianym cichym domku zagubionym gdzies w tajlandzkiej stolicy i milusio jest bardzo

ps. papiery o wize indyjska zlozone, wize odbieram w piatek, bilet do kalkuty przebukowany na poniedzialek, takze tydzien w bankoku zabawie, dobrze ze w tak milym gronie

wszystko sie udalo i juz jestem w bangkoku, na koniec kambodzanczycy przywalili mi podatek wyjazdowy 25$, ci to mysla, ze jak sa biedni, to moga zdzierac na wszystkim, a co ja forsy mam jak lodu?, moze dla nich tak, ale dla mnie to ta cala operacja wizowa kosztowala mnie zdecydowanie, zdecydowanie za duzo (po czesci przez moje gapiostwo) ale co tam, jade dalej:)
guest house w bangkoku, ten co poprzednio, pokoj inny, ale rownie tani, milo byc czasami w miejscu, gdzie czlowiek juz wie jak sie poruszac, w poniedzialek z rana do ambasady indyjskiej zlozyc papiery o wize, na ktora czeka sie 5 dni, pozniej zmienic bilet do kalkuty by rozpoczac ostatni etap tej podrozy.

niestety pani urzedniczka byla nieublagana, wiec skladajac papiery dzis, odebralabym wize za 3 dni robocze czyli we wtorek, co oznacza, ze przekroczylabym pobyt w kambodzy o 3 dni i nie zdazylabym na kurs tak czy inaczej, tak wiec zdecydowalam sie poleciec do bangkoku, kupilam bilet na jutro, nie ratuje to sytuacji do konca, dostane wize na lotnisku, ale tylko na 15 dni, wiec kurs i tak przepada, w zwiazku z tym lece wczesniej do indii i ladem do nepalu, gdzie troche chlodniej, nastepne wiesci z tajlandii miejmy nadzieje

rano motor mial mnie zabrac na dworzec, skad mialam autobusem wyruszyc do bangkoku, kierowca zabral mnie, owszem, do prywatnego przedsiebiorstwa transportu, gdzie okazalo sie, ze w minibusie nie ma miejsc i wraz z czterem innym pasazerami mamy jechac do granicy samochodem osobowym, czyli my szescioro i bagaze, coz bylo robic, upchalismy sie jakos we czworke z tylu, oprocz mnie niemka, babcia z filipin, podstarzaly kanadyjczyk oraz mlody hindus ze stanow, ktory zaadoptowany ze slumsow bombaju dostal od zycia druga szanse.
droga to kamienne klepisko, ktore wzniecalo tumany kurzy przy kazdym mijajacym nas samochodzie, do tego samochod mial kierownice z prawej strony, a ruch jest prawostronny, czyli wyprzedzajac, nie widzial on nic, ale jakos dalismy rade, probujac zartowac, dobrze ze byla klimatyzacja.
okolo 12 dotarlismy do poipet miasta granicznego z tajlandia, najpierw do oficerow kambodzanskich, by dostac stempelek, ze wyjezdzam, ale oni mi mowia ze najpierw do tajskich, gdyz nie moga mnie wypuscic, dopoki nie bede pewni, ze sie dostane do tajlandii, wiec piechota w smrodzie mijajacych mnie ciezarowek, motorow, tlumuow ludzi i upalu powodujacego, ze cala mokra i kurz przylepial sie do mego ciala, na strone tajska; tam panowie oficerowie, ze najpierw stempelek z kambodzanskiej, mowie, mu, ze dopiero co tam bylam, nie ma rady, znow wrocilam na druga strone i znow ta sama gadka, ze polacy potrzebuja wize tajska i on mi ni nie wstepluje dopoki jej nie zobaczy w mym paszporcie, wrocilam do tajow i oni dopiero po wnikliwej kontroli mojego paszportu, mowia ze wize rzeczywiscie potrzebuje, ja na to, ze wiem, ze prosze o jedna w takim razie, a oni na to, ze system wiozowy komputerowy tymczasowo wstzymany co w zwiazku z tym skutkuje niemoznoscia otrzymania tu wizy, co dalej dla mnie osobiscie znaczy to, ze musze wracac 400 kilometrow do stolicy kambodzy i tam sie ubiegac, myslalam, ze sie tam poplacze, coz bylo robic, przepisy, to przepisy, wrocilam wiec na strone kambodzanska by zebrac mysli…
autobusy do phnom pehn odchodza tylko wczesnie rano, gdyz to 9 godzin, wiec musze tu nocowac, zadekowalam sie w obskurnym hotelu przy dworcu, by rano miec blisko i znow mialam to uczucie, ze jestem jedyna biala w tym miejscu, dobrze ze w pokoju byl tv, moglam wiec jakos zabic czas i nerwy, o 12 w nocy ktos zaczal sie dobijac do drzwi, to pijany sasiad taj, ktory chcial milo spedzic ze mna noc, udalo sie jakos go uspokoic przez drzwi, czulam sie osaczona, ufff, aby do rana, reszta nocy minela na szczescie spokojnie
rano o 7 na dworzec i do autobusu, 9 godzin i jestem w phnom pehn, jutro rano do ambasady blagac ich o to, by dali mi wize w ciagu jednego dnia, musze byc w bangkoku w weekend, gdyz moja kambodzanska wiza wygasa w niedziele, a poza tym rozpoczynam moj kurs medytacji w srode rano, ach, problemy, problemy, ale tak to juz jest, raz z gorki, raz pod, trzymajcie kciuki za jutro, musze odegrac jakies male przedstawienie, nie wiem czy sie na to zlapia, moze

mowisz kambodza, myslisz angkor wat, mowisz angkor wat, myslisz kambodza; jedno z drugim nierozerwalnie jak para najwierniejszych kochankow od ponad 12 wiekow, on byl swiadkiem jej chwil wzioslosci i slabosci, ona dala mu szanse na to, by znow blyszczal i oko wielu przyciagal, zycze im aby przetrwali w tej milosci jak najdluzej…

troche historii
miedzy IX a XIII wiekiem krolestwo kambodzy bylo jednym z najpotezniejszych w tym regionie; krolowie, ktorzy wierzyli w to, iz sa nie tylko wladcami ale i bogami, przy pomocy rak tysiecy robotnikow wznosili ogromne kompleksy swiatynne gloryfikujace ich potege, miejscem najchetniej wybieranym byly okolice angkor. po okreisie swietnosci, w XV wieku krolestwo kambodzy zostalo wchloniete przez tajlandie i przez blisko 400 lat przechodzilo z rak do rak tajlandzkich i wietnamskich krolow. angkor jako miasto i jego swiatynie zostaly porzucone a stolice przeniesiono do phnom pehn. pod koniec XIX wieku wraz ze swym podbojem kolonialnym, francuzi zajeli rowniez kambodze, przywracajac jej miejsce na mapie swiata. mniej wiecej w tym samym czasie francuski badacz natury odkryl ukryte i wchloniete przez dzungle niesamowite swiatynne kompleksy angkoru. wkrotce rozpoczal sie wieloletni zmudny proces wydzierania angkor ze szpon natury i odbudowy kamiennych budowli. prace pod okiem francuskiego instytutu orientalistyki trwaly prawie 100 lat i dopiero wojna w wietnami, w ktorej kambodza rowniez brala udzial, na poczatku lat 70-tych, przerwala konserwacje. pozniej nastali czerwoni kmerzy i kambodza splynela bratobojcza krwia swych mieszkancow. po podpisaniu porozumienia pokojowego na poczatku lat 90-tych, kraj ten znow znalazl sie na turystycznej mapie otwierajac chetnym drzwi do odwiedzenia najwiekszego na swiecie kompleksu religijnego, ktorym jest angkor wat, jak rowniez dziesiatkow innych, mniejszych swiatyn rozrzuconych na tym terenie w obrebie kilkudziesieciu kilometrow.

dzis
dzis angkor to hit turystyczny, lotnisko, eksluzywne hotele, miliony turystow z calego swiata, ktorzy codziennie walczac z upalem, dzungla, setkami handlarzy, kierowcow tuk tukow i motorow, wspinaja sie po kamiennych schodach pamietajacych kambodzanskich krolow-bogow, zaglebiaja sie w zakamarki swiatyn pokrytych plaskorzezbami opowiadajacymi hostorie krolestwa, podziwiaja jak natura przez setki lat stala sie jednoscia z tym, co stworzyl czlowiek.

angkor i ja
kupilam bilet na 3 dni, 40 dolarow, ktore wedlug informacji na bilecie jak rowniez ulotek wzywajacych do bojkotu tego miejsca nie ida na ratowanie ruin i rozwoj kambodzy, lecz w wiekszosci do kieszeni koncernu olejowego o nazwie sokimex, ktory bezposrednio zwiazany jest z rzadzaca partia kambodzy CPP (cambodian people’s party), korupcja nie tylko w polsce jak widac, ja bojkotowac nie zamierzalam, nie dlatego ze rwe sie do wspierania partyjniakow, nie, trzeba zrozumiec, ze angkor i siem reap to miejsce pracy i jedyne zrodlo utrzymania dla tysiecy kambodzanczykow, dlatego nie bylo opcji, zeby tu nie przyjechac, i tak udalo mi sie: swymi 4 noclegami i stolowaniem sie w hotelu wesprzec milutka kmerowska rodzine z 4 dzieci; zaplacic ich siostrzencowi kierowcy motoru za 2 dni milej wycieczki po ruinach, ktory jako 28-latek nawet nie marzy o slubie, gdyz na posiadanie zony i rodziny go nie stac; przeplacic swiadomie za wode na stoisku z napojami, gdzie rodzina 6-ciu siostr i 4-ech braci, w roznych czesciach kompleksu pracuje na to, by w ich wspolnym domu nigdy nie zabraklo jedzenia; tak, milo mi bylo bardzo przez te 3 dni w tych prastarych ruinach gdzie spotykaja sie duchy krolow, duchy dzungli i troche bardziej nowoczesne duchy tomb raidera.

ank_DSC_1252.jpgank_DSC_1256.jpgank_DSC_1266.jpgank_DSC_1261.jpgank_DSC_1230.jpgank_DSC_1235.jpgank_DSC_1244.jpgank_DSC_1199.jpgank_DSC_1194.jpgank_DSC_1222.jpgank_DSC_1190.jpgank_DSC_1184.jpgank_DSC_1196.jpgank_DSC_1229.jpgank_DSC_1233.jpgank_DSC_1247.jpgank_DSC_1200.jpgank_DSC_1150.jpg
by IkaruS


  • RSS