karusiek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2007

autobus do granicy odchodzil o 6.30, wstalam wiec o 5.30 i wraz z nazomi wypilysmy ostatnia kawke, pozniej wlasciciel jelly fish zapakowal mnie wraz z bagazem na swoj motor crosowy i udalismy sie na dworzec. latwo nie bylo, duzy plecak, maly i gong pod pacha dostatecznie chwialy ma rownowaga, na szczescie jechal on na tyle wolno, ze chwytajac sie rozpaczliwie jego bluzy, dalam rade.
miejsce numer 6 przy oknie, w autobusie polowa cudzoziemcow, polowa lokalesow, kolo mnie hinduski maczo (z wygladu) od razu zaczal zagadywac i tak przegadalismy 7 godzin, albert potomek portugalskich kolonialistow, okazal sie bardzo pomocny, ladowal moj bagaz z jednego srodka lokomocji, do nastepnego, czekal w rykszy, gdy ja zalatwialam graniczne formalnosci, w koncu zapakowal nas, juz po hinduskiej stronie, do autobusu zmierzajacego do gorakhpuru. 3 godziny w tloku i skwarze, pocac sie strasznie, ale przetrwalismy, w gorakhpur od razu na dworzec kolejowy, ale okazalo sie ze na bilet do delhi nie ma szans (nie liczac trzeciej klasy w tlumie spoconych cial), dopiero nastepnego dnia, coz bylo robic, kupilam bilet gdzie mieli wolne miejsce w sleeperze, czyli na 17 nastepnego dnia i udalismy sie do hotelu, albert mial pociag o 6.30 rano do chennai, wiec zjedlismy kolacje, pozegnalismy sie i spac. gorakhpur to niezbyt ciekawe miejsce a goraco i wszechobecny syf, jeszcze bardziej psuly jego wizerunek, dobrze ze w pokoiku mialam telewizorek, takze nie liczac wyjsc do restauracji, caly czas spedzilam w lozku.
nazajutrz po 16 na dworzec, pociag opozniony o godzine, ale okazalo sie ze moimi sasiadami w przedziale jest trojka kanadyjczykow, to milo i zawsze bezpieczniej, takze razem zaladowalismy sie, gdy pociag przyjechal. w nocy nie bylo az tak goraco jak sie spodziewalam, wiatraki dawaly maksymalna moc, buczac mi nad uchem jak rozwscieczone pszczoly z muchami, burza z piorunami szalala za oknem, ale jakos udalo mi sie pospac. do delhi mielismy dobic okolo 9 rano, ale opoznienie na poczatku, spotegowala sie w czasie jazdy, by na koncu osiagnac 5 godzin.
gdy wysiadlam na stacji tlum klebil sie w kazdym kacie dworca, nie moglam przebic sie na schody, zeby sie wydostac, w koncu masa porwala mnie w jednostajny ludzki potok, pnacy sie pod gore, plecaki przewazaly mnie na wszystkie strony, pot zalewal oczy i taplal stopy w klapkach, wiedzialam ze jak ktos mnie popchnie to koniec, znikne gdzies w otchlani rozwscieczonych stop, ale dzielnie pielam sie schodek po schodku przepychajac sie lokciami i udalo sie, przy wyjsciu musialam odpoczac, stres i wysilek niewyobrazalny, odsapnawszy podazylam do pobliskiego getta travelersow, hotelik down town i juz na recepcji spotkalam polke, takze swojsko sie zrobilo; odpoczywam i zbieram sily na zakupy, ktore przy 40-sto stopniowym upale do najprzyjemniejszych nie naleza…juz niedlugo…

wszystko zaczelo sie w pociagu, prawie 6 miesiecy temu, gdy wraz z bartem podazalismy z delhi do bodgaya. to on zapoznal mnie z panem murakamim dajac mi kroniki ptaka nakrecacza, ktorych ponad 600 stron on polknal w kilka godzin. to bylo to. wsiaklam od pierwszej do ostatniej strony. zauroczyl mnie wszystkim, nie chcialam konczyc dawkujac sobie po 100 stron dziennie. po kronikach przyszly nastepne, w sumie w czasie tej podrozy przeczytalam chyba 7. to podroz z murakamim, z jego pokreconym duchem, z jego niespokojnymi bohaterami, z jego tajemniczym, niepoprawnym swiatem zaplatanym w uporzadkowana japonska rzeczywistosc.

i tu, teraz, w pokhara, spotykam takich „niepoprawnych” spolecznie japonczykow, podrozujacych miesiacami, uciekajacych przed presja i wyscigiem szczurow, rezygnujacych z elektronicznych zabawek na rzecz natury i muzyki. to jak zamkniecie calej mej japonskiej przygody, kropka nad „i” i kropka nad murakamim, gdyz ci japonczycy sa jakby zywcem wyjeci z jego ksiazek, wyjatki od japonskiej reguly, bohaterowie powiesci spotkani w realu.

najblizsza z nich jest mi nazomi, 35 letnia matka dwojki chlopcow, podrozujaca z nimi i mezem od 7 miesiecy. gdy spotkalysmy sie przypadkiem na kawie, jej maz ze starszym synem poszli w gory, a ona z trzyletnim tenem zostala sama w wynajmowanym w wiosce domku. dnie spedzala tam, a noce w bezpiecznym naszym hoteliku. zwyklam rano podazac z nia i tenem sciazka do jej domostwa na wzgorzu, gdzie na swiezym ogniu w ulepionej z gliny kuchni, przygotowywala ona przepyszny czaj pachnacy palonym drewnem; gdzie ten kapal sie w niebieskim plastikowym wiadrze wystawionym na podworko nagrzane sloncem; gdzie pranie suszylo sie na sznurku zawieszonym u wejscia; gdzie pies keysha przeciagal sie leniwie w cieniu kruzganka; gdzie po dwoch godzinach gotowania na talerzu pojawial sie ryz z warzywami i surowka tak pyszne, ze nie chcesz konczyc, a na deser nalesniki czekoladowe z bananem; gdzie by mama mogla sie wykapac, ja z tenem, chadzalismy zrywac gorskie zolte malino-jezyny prosto z krzaka; gdzie on lowil zrobiona przeze mnie wedka niewidzialne ryby w pompie za domem; gdzie rozmowy o naszych zyciach, o tym jak nazomi ze swym mezem pracuja jako nurkowie i z oceanu, tylko uzywajac masek, wylawiaja swieze owoce morza i sprzedaja na sasiednim targu, jak w ich wiosce w japoni zyja zgodnie z natura, hodujac warzywa, wyrabiajac dzemy, piekac chleb w wybudowanym przez siebie piecu, rozmowy o tym, jak to jest podrozowac z dziecmi, takie babskie gadania; gdzie na scianie kuchni zaprzyjazniony grek namalowal portret ich rodziny w zolto zielono niebieskich barwach, z ktorego szczescie, milosc i spokoj az chcialoby sie wskoczyc w ten obrazek i zanurzyc sie w jego cieply swiat na zawsze…
tym zdjeciem koncze moja fotograficzna podroz…

pok_DSC_1475.jpgpok_DSC_1481.jpgpok_DSC_1479.jpgpok_DSC_1473.jpgpok_DSC_1462.jpg
by IkaruS

dni plyna szybko na rutynowym nicnierobieniu, rano budza mnie koguty, zbieram sie powoli, ochlapie, podrapie, poniucham poranek i zwlekam sie do sasiedniej knajpy na sniadanie (najlepszy secik w najlepszej cenie) 2 jajka, 2 tosty z maslem i miodem, prawdziwa kawa z goracym mlekiem, musli z curdem, wtranzalam to, gdy towarzystwo stolikowe obok rozpoczyna dzien pierwszym jointem, zaczynaja o dziewiatej, czasem o osmej, siedza tam prawie caly dzien, z przerwa na prysznic lub internet, jedza, pija, pala, graja w szachy, sluchaja muzy, zmieniajaja pary przy stoliku, szwed kolo 50-ki, jego kolega dunczyk, zniszczony holender i ambitny szachista francuz, to glowny trzon, dochodza mlode dziewczeta, czasem japonczycy sie zaplacza, rodzina wlascicieli, kochana, takze koncze kawe, place i wracam do hoteliku, biore prysznic, gdyz woda juz sie na tyle nagrzeje w porannych promieniach i laduje sie na taras, opalam sie po pol godzinki na kazda strone, a pozniej chowam sie w cieniu i na krzeselku odplywam w swiat ksiazki (od 4 dni katuje shantarama w koncu, po wielu przymiarkach) okolo 13 schodze na dol, do kawiarni na przeciwko i wypijam druga kawe, w drzwiach pojawia sie maria, belgijska orientalna pieknosc z poprzedniej epoki, wlosy upiete w kok a’la japonski, do tego srebrne dlugie kolczyki, dluga spodnica i waziutka bluzka podkreslaja jej nadal piekne ksztalty, maria jest tu od 5 miesiecy, po pozarze, ktory pozostawil slady w jej ciele, glownie wewnatrz, dochodzi do siebie co roku tu, w tym przyjaznym miejscu,
czytam ze dwie godzinki i znow przemieszczam sie do knajpy ze sniadania, najlepsze spageti ze swiezych pomidorow z cebulka i czosnkiem ze startym miejscowym kozim serem, do tego herbata z limonka, jestem uzalezniona, gdy koncze, pierwsze ciezkie chmury pojawiaja sie zza szczytow, codziennie o tej porze przychodzi burza, czasem z gradem, raz trwa godzine raz 5, nigdy nie wiadomo, ale wiadomo, ze bedzie, takze przygotowana na to jestem, wyciagam cieplejsza bluze i chowam sie w kaciku, grzmi i blyska sie na jeziorem, ktorego tafla w groznych szarosciach zlewa sie w jedno z deszczem i czarnymi gorami, mile to deszcze, ciemno sie robi szybko przez chmury, wiec czytac nie da rady, rozgrywam wiec partyjke szachow z francuzem, dzis on jest gora, rewanzujac sie za wczorajsza porazke,
korzystajac z przerwy w deszczu przemieszczam sie do hoteliku, gdzie japonczycy juz zaczynaja grac, dolaczam do nich, oni po 20 chilumie, oczy jak pieciozlotowki, w innym swiecie, ale to nic, biore gitare i nadaje rytm im narkotycznym transom, trzy flety, sitar i beben, gramy i gramy a muzyka niesie sie po ciemnej tafli jeziora na drugi brzeg i na okolice i wypelnia doline po strome szczyty zielonych gor…
wracam do pokoju, podrepce, pokrece sie, pochlapie i wale sie do lozka, swiatlo w pokoju za slabe na czytanie, nakrywam sie spiworem z glowa, gdyz komary tna mnie nieznosnie, ale co mi tam, juz odplywam do innego swiata…sennie…niespiesznie…

ps. jeszcze 3 dni, w sobote rano wsiadam w autobus do granicy, stamtad drugim autobudem do gorakhpuru, skad pociegiem do delhi, gdzie powinnam wyladowac w niedziele rano

bha_DSC_1399.jpgbha_DSC_1419.jpgbha_DSC_1390.jpgbha_DSC_1343.jpgbha_DSC_1366.jpgbha_DSC_1364.jpgbha_DSC_1420.jpgbha_DSC_1429.jpgbha_DSC_1428.jpgbha_DSC_1409.jpgbha_DSC_1444.jpgbha_DSC_1433.jpgbha_DSC_1435.jpgbha_DSC_1437.jpgbha_DSC_1321.jpgbha_DSC_1304.jpg
by IkaruS

autobus odchodzil o 7, lecz musialam sie stawic na przystanku o 6.30, pan na chodniku serwowal goracy czaj, wiec uraczylam sie szklaneczka i zapakowalam sie na wyznaczon miejsce, autobus pol na pol bialasow i lokalesow, mi trafilo sie miejsce przy oknie ale nie na dlugo, pan kierowca laskawie poprosil mnie o zmiane na wewnetrzna gdyz ofiarowal me miejsce mlodej matce z dzieckiem, dla mnie w porzo, bez roznicy, mialam nadzieje tylko na to, ze mala przy gorskich ostrych zakretach nie bedzie rzucac pawia gdzie popadnie (okazalo sie ze mala w porzadku, a za to matka cichaczem do plastikowej torebki co i raz wpuszczala swieza wiazke) na siedzeniach przede mna siedzialo dwoch rosjan gadzeciarzy a po lewej parka z mlodego pokolenie nowobogackich nepalczykow, ktorzy jak zobaczyli ze rosjanie wyciagaja mini ipoda i podlaczaja kolumny i puszczaja azjatyckie transy, wyciagneli swoje wybejorowanie wypasione komorki i zaczeli puszczac swoja lokalna muze spiewajac do tego glosno, nad nami byl glosnik z ktorego saczyla sie muzyka puszczana ze stanowiska kierowcy, wiec z trzech kierunkow trzy rozne muzy a my po srodku, ja to sie tylko smialam i myslalam moze powinnam zawirusowac swoim zaprzyjaznionym wszystkie te sprzeta, wtedy by zobaczyli jak to jest zyc w ciszy,
podroz mijala szybko, kilka przystankow na zarcie i na siku w przydroznych barach, do pokhary dotarlismy okolo 14, taksowke dzielilam z holenderka i innym rosjaninem, udalam sie hoteliku jelly fish, ktory ktos mi zarekomendowal, strzal w dziesiatke, pokoik taniutki, ekipa przednia, japonczycy grajacy muze wieczorami, holendrzy reperujacy motor calymi dniami, tarasik z widokiem na jezioro i gory dla zlapania koloru w gorskim sloncu przed powrotem do kraju, mala restauracyjka na przeciwko, gdzie po partyjce ping ponga z wlascicielem czuje sie juz tam jak w domu, i to wszystko w jeden dzien, dlatego tak kocham podrozowac, dla takich chwil, dla takich miejsc, dla takich ludzi, oby jak najdluzej…

w bhaktapur goscilam tylko 4 dni, ktos powie krotko na tyle by sie nie uzaleznic, lecz ja mowie dlugo na tyle by wsiąknąc do ostatniej kropli na drewnianej lyzeczce wyskrobywanej z dna ceramicznej miseczki, opetal mnie szal curdowy (po naszemu zsiadlo-mleczny) jadlam go od rana do nocy, od nocy do rana, przed poludniem i po, przed obiadem i po sniadaniu, przy muzyce i bez, na sen i na dzien dobry, ciagle,
aksamitna, delikatna konsystencja zastygnieta w ceglastych ceramicznych miseczkach roznej wielkosci, slodki, lekko kwasny smak nabierany patyczkiem jak do lodow, radowal me podniebienie i splywal szlachetnie do gardla, nie na darmo nazywaja go king curd, ma w sobie cos z arystokracji, musze przyznac;
gnana checia poznania, jak tez to cudo sie wyrabia zagadalam pana w jednym z lokalnych stoisk sprzedazy, konsumujac trzecia miseczke z rzedu, czy moglby mi zdradzic tajniki, pan z usmiechem powiedzial ze sztuka to prosta, tylko jego angielski nie pozwala dokladnie wyjasnic szczegolow, wiec jesli chce jutro rano zabierze mnie do rodzinnej fabryczki i zobacze na wlasne oczy, ustalilismy spotkanie na 9 rano nastepnego dnia.
stawilam sie nieco wczesniej, by przycupnac na drewnianym zydelku i skonsumowac kolejne dwa, gdy pojawil sie wlasciciel, przedstawil mnie swojemu tesciowi, ktory byl moim przewodnikiem, sam pan zas mial do nas dolaczyc pozniej; tesciu bardzo mily, choc nieanglojezyczny, ale szczerze usmiechniety, prowadzil mnie waskimi ceglastymi uliczkami, przemykajac zgrabnie miedzy murami, w koncu skrecilismy w mroczne podworko, gdzie otworzyl male drewniane drzwiczki do izby, oczom moim ukazaly sie dwa gary gotujacego sie na ogniu z drewna mleka, ktore parujac wypelnialo pomieszczenie slodkim mlecznym zapachem pomieszanym z zapachem ogniska, wszedzie miski ceglaste, resztki curdu, pojemniki, lyzki i co tam jeszcze potrzebne, stary wiatrak, wszystko w jednej izbie, z drugiej w czerwonej kwiaciastej sukience wyjrzala malzonka-tesciowa, ktora mistrzynia curdu jest, wytlumaczyli mi na migi, ze mleko bawole gotuja tu z cukrem, ktore pozniej w plastikowym wiadrze wedruje do drugiej izby. tam, specjalna platforma wysypana drobniutkimi trocinami, nasionami, w ktorej tesciowa w swietle zoltej brudnej zarowki umiejscawia grzecznie w rzadku miski roznej wielkosci, napelnia je goracym slodkim mlekiem, gdy wszystkie sa gotowe-czesc najwazniejsza, seed of curd jest dodawane (zaczynnik do fermentacji) czyli wczorajszy curd wymieszany z mlekiem i woda, po lyzeczce na miske, pozniej trzy godziny lezakowania i gotowe, krolewski moze rozpieszczac podniebienia nie tylko mieszkancow bhaktapur, ktorzy znaja jego smak od wiekow, ale rowniez przyjezdnych blakajacych sie travelersow jak ja, ktorzy nie maja nic przeciwko temu…
podziekowalam, pozegnalam sie grzecznie, curd nie gotowy byl, wiec mistrzyni uraczyla mnie szklaneczka goracego slodkiego mleka na odchodne, ech kocham takie klimaty…

ps.wrocilam do kathmandu skad jutro rano ruszam do pokary, gdzie odpoczne sobie z tydzien przez ostatnim skokiem z nepalu do delhi autobusem i pociagiem, ktory przy dobrych wiatrach zajmie mi 24 godziny, oby…

bha_DSC_1450.jpgbha_DSC_1452.jpgbha_DSC_1454-1.jpgbha_DSC_1458.jpgbha_DSC_1459.jpg
by IkaruS

bha_DSC_1425.jpgbha_DSC_1411.jpgbha_DSC_1362.jpgbha_DSC_1329.jpgbha_DSC_1426.jpgbha_DSC_1325.jpgbha_DSC_1341.jpgbha_DSC_1439.jpgbha_DSC_1330.jpg
by IkaruS

ulice od rana splynely krwia, gdy bogowie zstapili na ziemie zadni ofiar od swych wyznawcow, festiwal zaczal sie na czerwono, muzyka, masy ludzi przelewajace sie z jednego kata miasta do drugiego, wozy festiwalowe, na ktorych rznieto i ja buszujaca z aparatem w poszukiwaniu strzalow,
dzis oddaje hold kogutom, bialym, czarnym, podpalanym, ktorych wiele pozbawionych zostalo glowy w sposob zupelnie zaskakujacy, szczegolnie dla nich samych choc i dla mnie,
na poczatku ptaszysko nie wie, ze cos sie kroi, moze sie domysla, ale oprawcy robia wszystko by odwrocic jego uwage od tego co nieuniknione, glaszcza, daja przekaski, napitki, kadzidelka, swiczuszki, smieja sie i gdy kogut juz wyluzuje sie na tyle ze zaczyna dziobac to, co pod dziobem porywaja go obce rece kata i szybkim sprawnym cieciem brudnym nozem pozbawiaja glowy, zakrwawiony wijacy sie tlow w konwulsjach oddaja wlascicielowi, ten pakuje w plastikowa torbe i po wszystkim, ofiara spelniona, bogowie od dzis laskawszym wzrokiem beda patrzec na wlasciciela i jego rodzine i tu nasuwa sie pytanie a co z rodzina koguta?

bha_DSC_1310.jpgbha_DSC_1312.jpgbha_DSC_1331.jpgbha_DSC_1344.jpgbha_DSC_1345.jpgbha_DSC_1354.jpgbha_DSC_1359.jpgbha_DSC_1368.jpgbha_DSC_1371.jpgbha_DSC_1375.jpgbha_DSC_1379-1.jpgbha_DSC_1382-1.jpg
by IkaruS

najpierw byl nowy rok nepalski i nie chcialo mi sie ruszyc z kathmandu w tlumy pijanych roztanczonych lokalesow i forinersow, pozniej spotkanie ze stara znajoma, z ktora robilam kurs masazu 5 miesiecy temu, pozniej koncert rockowy nepalczykow i momos w sasiedniej knajpie i wyszlo na to ze do bakhtapuru zwleklam sie dopiero wczoraj z rana, miasteczko przepiekne, czerwone ceglaste mury z drewnianymi rzezbionymi oknami, ze spadzistymi dachami, z rzezbami, ryneczkami, kruzgankami a w to wszystko wkopmonawani jego mieszkancy, siedzacy w cieniu, dyskutujacy przy miseczce swiezego curdu (cos jak nasze zsiadle mleko), popalajacy fajeczki lub popijajacy czaj, usmiechnieci i przyjazni, wiec wczoraj wraz z amber i jej przyjacielem przemykalismy waskimi uliczkami chlonac atmosfere, ktora juz po jednym dniu pozwala poczuc sie jak w domu, lenistwo moje glownie tyczy sie fotografii, z reszta nie tylko, na finiszu brak juz poweru lekko, wiec korzystam z tego, ze nie jestem sama i spedzam milo czas z przyjaciolmi, na rozrywkach wszelakich, oni dzis wyjezdzaja, wiec przyjdzie czas na pstrykanie i pisanie, jutro lokalny dzien matki a pojutrze jakis inny festiwal, ktorego nazwy nie udalo mi sie zapamietac, beda tance na ulicach, jedzenie kopiastych gor ciastek wszelakich, pijanstwo pewnie tez bedzie, zobaczymy, podpatrzymy…

kwiecien.jpg
by IkaruS


  • RSS