karusiek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2007

london calling a wlasciwie nie london a ci co tam, z ktorymi ja, w koncu, przy pierwszym wolnym weekendzie zdolalam sie spotkac i wiele ciekawych rzeczy sie dzialo, mieszkalo sie na squacie w dzielnicy kolorowej, afrykanskiej i muzyki sie na zywo na chodniku sluchalo i sie widzialo policjantow na sluzbie i ludzi takich i takich, w beretach, w dredach, w afro i chlonelo sie to przez dwa dni i wolnym sie znow bylo i o pracy sie nie pamietalo i przypomnialo sie sobie po co to, dlaczego i dokad sie zmierza i kim sie jest i tak dobrze sie zrobilo i tak lekko i tak latwiej do konca…

ps. jeszcze dwa miesiace…
w birmie polala sie krew, moje plany na kolejna podroz moze beda musialy byc zeryfikowane, oby nie – oby wolnosc i milosc zagoscic tam zechciala jak najszybciej

ang_DSC_1767.jpgang_DSC_1769.jpgang_DSC_1770.jpgang_DSC_1772.jpgang_DSC_1775.jpgang_DSC_1780.jpgang_DSC_1777.jpgang_DSC_1798.jpgang_DSC_1801.jpgang_DSC_1795.jpgang_DSC_1778.jpgang_DSC_1791.jpgang_DSC_1781.jpgang_DSC_1783.jpgang_DSC_1784.jpgang_DSC_1787.jpgang_DSC_1788.jpg
by IkaruS

tego dnia padal deszcz. czarno granatowe chmury zawieszone nad buro szarym morzem tak nisko, ze trudno rozroznic, gdzie jeden zywiol sie konczy a gdzie zaczyna sie drugi. do tego ptaki krzyczace w tej czarnoszarosci, chyba nieco glosniej niz zwykle.
z parasolem w dloni szybko przeskakuje nad rozlanymi na bezludnych chodnikach kaluzami. w kieszeni niebieskiej sluzbowej koszuli z wychaftowanym logo supermarketu, pobrzekuja klucz do przydzielonej szafki, dlugopis i ostry skladany nozyk, ktory od dwoch miesiecy towarzyszy mi codziennie i jest nieoceniony w zmaganiach z kartonami, pudelkami, foliami i tasmami.
jeszcze jeden skret i juz jestem na tylach sklepu, dwa dzwonki i zaspany portier wpuszcza mnie z usmiechem. ktory to juz raz tu jestem? dwudziesty, trzydziesty…nie pamietam. dni roznia sie od siebie jedynie produktami w promocji, numerem kasy, na ktorej siedze, iloscia klientow, iloscia zlapanych zlodziei, czasem zapachem, niekiedy opowiesciami na przerwie, kiedy indziej mankiem w kasie. poza tym niczym, usmiecham sie wciaz, w bialym, zimnym swietle jarzeniowek, w niebieskiej koszuli, ja – pani z supermarketu, rozpoznawana juz przez klientow i lubiana przez nich, obdarzona konsumenckim zaufaniem za usmiech i pomoc. dzis szybko rozladowujemy towar i jest jedenasta gdy siadam na stolku za kasa. klik, klik, klik, produkt za produktem, klik, klik, beeek – sygnal braku kodu wyrywa mnie z monotonii, dzwonie, donosza, klik, klik, klik sto razy, tysiac razy dziennie, zaklikowana jestem. na zegarze trzynasta, schodze na przerwe. jem kanapki przygotowane rano w domu, dzis kajzerki z salata, zoltym serem i pomidorem, banan, popijam sluzbowa herbata. trzydziesci minut szybko mija, czas wracac, klik, klik, klik, gotowka, karta, klik, klik, zwrot, 17.20, prosze sie spieszyc, zaraz zamykamy, klik, klik, klik…the end, till closed.
rozliczam sie, 2 pensy na plusie. to napiwki – jeden od kolesia transwestyty z piersiami rozmiaru b, zarostem i brudnymi, obgryzionymi paznokciami; drugi pens od babci z biala laska, ktorej wlozylam zakupy do torby.
zabieram rzeczy z przydzielonej szafki, zegnam sie i tylnymi schodami wspinam sie do wyjscia. przed drzwiami po prawej stronie jest duzy, ciemny, wilgotny magazyn, lekko tajemniczy, zawsze przemykam obok niego szybko, nie chcac spotkac duchow supermarketu. dzis tez przyspieszam kroku, gdy nagle slysze z ciemnosci ciche „…pssst…hello…is there anybody out there?” rozgladam sie w okolo, lecz korytarz jest pusty. „hello can you hear me? please, I’m here…don’t be afraid” glos wyraznie dobiega z magazynu. brzmi jak glos zmeczonego zyciem starca z lekko rdzawym poglosem. nie boje sie – mysle – niby czego. wchodze w magazynowe ciemnosci. po chwili wzrok przyzwyczaja sie i w swietle wdzierajacym sie z korytarza widze stare palety, porozwalane towary, puszki, pudelka, kilka wozkow sklepowych.
- where are you? who are you? – pytam
- here, I’m here, I’m this big trolley in front of you
- trolley?!? – dziwie sie, jak wozek, gadajacy wozek, tu?
- yes, I can talk, please come closer, I need your help.

powolutku przesuwam sie krok po kroku do duzego wozka zastawionego skrzynkami. ma zolte kolka, ale tylko trzy, jedno musialo sie odlamac, jest lekko zardzewialy i kilka pretow jest powyginanych
- yes – mowie,how can I help you?
- you are not english, are you? let me guess…hmmm. you are polish, z polska
- tak, skad wiesz?
- ja nauczyc rozpoznac wasz jezyka, od kilka lat miec pracownika i ja sluchac i uczyc, czy mnie rozumiec?
- tak, rozumiem – usmiecham sie i to, ze gada do mnie supermarketowy wozek i to w dodatku lamana polszczyzna, nie wydaje mi sie juz dziwne, czego potrzebujesz?
- you know, o przepraszam, jak masz na imie?
- karusia
- well you know, karusza, my time has come, ja czuc ze czas mi odejsc z ten swiat i zanim ten dzien przyjsc, ja miec jedno zyczenie spelnic. ja chciec prosic some help from you. ale najpierw chciec opowiedziec krotka historia moje zycie, if you allow me…
- of course – mowie, zaden problem, nigdzie mi sie nie spieszy, slucham…
- zrobili mnie w lokal fabrika wiele lat temu, od razu ja trafic do ten supermarket, nowy byl wtedy, ja jezdzil i sluzyl customers kilka laty, ja lubic swa praca i byc bardzo szczesliwy. one day oni zamknac sklep i zaczac budowac scenografia. biale polki sklepu i many many colour jars, zolte, czerwone,zielone, niebieski. later instalowali swiatla i kamery i muzyka puszczac, i wzieli oni mnie i jeden bloke wsiasc i jezdzic we mnie i spiewac. pozniej ja dowiedziec sie ze to thom yorke i ze to movie byl. jezdzil on, jezdzil, jeans na pupa wpinal sie w me druciki a jego spocone palce dotykac delikatnie me sztywne preciki…i ta music w tle…fake plastic earth…in a town full of robber plants…I fall in love karusza, nic tylko z ten gosc ale i z muzyka, me kolka wiozly go i wiozly i ja byc tak szczesliwy i mogl jezdzic tak forever. when they finished i opuscic moj supermarket, ja rozchorowac sie, jeden kolko odpasc i oni umiescic mnie tu, w ten ciemny magazyn. since then, ja marzyc o tym, by zobaczyc thoma, choc wiedziec ze to impossible, but possible jest moj inny dream. kiedy ja sluchac ta piosenka, ja zdac sobie sprawa, ze all my life, ja tylko widziec sztuczne swiatlo, fake earth, fake supermarket people, fake christmas trees, fake birds, wszystko takie i ja plakac i plakac…i ja teraz prosic karusza to take me to the beach before I go, ja chciec ujrzec the real world, listen to real life, smell the real trees, the real sea, to feel salt and sand on my wheels and you zagrac mi radiohead for the last time…
-wow, az sie wzruszylam, rzeczywiscie miales sztuczne supermarketowe zycie. oczywiscie ze ci pomoge, mam nawet to nagranie przy sobie. musze tylko doprawic ci jedno kolko, bo daleko tak nie zajedziemy
- really? you will do it for me? I don’t know how to thank you – jego glos zaczyna sie lamac i slysze jak pochlipuje
- cicho juz cicho – glaszcze go po poreczy, no dobrze juz, wszystko zobaczysz, pojedziemy, ja i ty i poczujesz i powachasz i pokochasz to, co tam na zewnatrz i bedziesz gotow…

szybko rozgladam sie po magazynie i znajduje jakies porozwalane narzedzia a miedzy nimi srubokret, odkrecam kolko od innego wozka i dwoma srubami dokrecam do mojego nowego przyjaciela.
- gotowe, a teraz szybko, bo zaraz sie sciemni
- ja byc gotow.

wychodze na korytarz, rozgladam sie czy nikogo nie ma, do wyjscia, tam straznika juz nie ma, gdyz skonczyl zmiane, droga wiec czysta. zjezdzamy szybko przez rozmokly podjazd i juz po chwili jestesmy na ulicy schodzacej w dol do samego morza. deszcz zelzal i teraz jedynie delikatna mgielka osadz sie na twarzy dajac mile orzezwienie.
- jak ci sie podoba? to mokre to deszcz, to woda, ktora warunkuje cale zycie na ziemi, bez niej nie byloby niczego, dlatego tak kocham deszcz, gdyz wtedy czuje ze zyje, ty tez go poczuj jak wnika w twe zardzewiale preciki, naciesz sie nim, to twoj pierwszy i ostatni raz, nie boj sie o rdze, nic ci juz nie zaszkodzi…
- jest cudownie!aaaaaaaa…..! krzyczy, ….szybciej, szybciej, faster, faster!!!
staje na kolkach i jedziemy razem w dol – ja z rozdziawiona buzia a on z rozdziawiona klapa
- tam w gorze to ptaki, na swych malych skrzydlach podrozuja w powietrzu tysiace kilometrow, sa wolne od ciezaru tej ziemi, wolne od grawitacji, ktora nam ludziom, nie pozwala wzniesc sie choc myslami, tam wysoko. niektorzy sobie na to pozwalaja, ale wtedy spoleczenstwo pietnuje ich jako niepoprawnych marzycieli i musza latac po kryjomu. ja tez pozwalam sobie czesto latac ponad chodnikami, wolna i szczesliwa jak ptak i ty juz tez zaraz polecisz, razem z nimi, do gory, do swiatla, w wiecznosc, w lekkosc…
- a tu to drzewa, nie te fake plastic trees, prawdziwe z korzeniami w ziemi z liscmi w niebie, zawieszone miedzy dwoma swiatami, sa domem dla ptakow, chroniac je i sluchajac ich opowiesci z dalekich podrozy, o a tu to kwiaty, kwiaty daja rozkosz, sa odzwierciedleniem piekna, ich zapachem pryskaja sie ludzie, ktorzy chca w ten sposob zwabic, omamic, oszukac… kwiat we wlosach czesto nosze ja, czuje wtedy ze rozkwitam…
- slyszysz? to juz morze, tez woda tylko slona, a pod jej powierzchnia caly glebinowy swiat, nieodkryty do konca, niezmierzony, przeogromny, morze to potega, majestat, sila, lecz jednoczesnie jego fale i ich szum to ukojenie, zamyslenie, wyciszenie, rytmiczne szumy wyplukuja z umyslu zle mysli, czyszcza i niszcza zostawiajac spokoj…
- wow…niesamowite to…incredible, ja nie moge mowic, wzruszac sie…

dojezdzamy do zejscia do plazy, gdzie juz tylko piasek i ono – morze. instaluje mp3 do glosniczkow i nastawiam radiohead
- are you ready?
- yes, I’m ready. just push me and leave me please. nie wiedziec ile to trwac, ale juz krotko, dziekowac bardzo, karusza, ja poleciec do gory, tam i byc z toba…forever
- milo mi bylo cie poznac, mam nadzieje ze teraz odnajdziesz wieczny, prawdziwy spokoj, zegnaj…

wlaczam fake plastic trees i spuszczam go w dol na plaze, poprzez waski tunel ochraniajacy pobliska budowe, kolka zapadaja sie w deszczowy piasek, slowa piosenki mieszaja sie z szumem fal…she looks like the real thing…she tastes like the real thing, my fake plastic love…and if I could be who you wanted…all the time

zachodzace slonce jak na specjalne zyczenie, wychylilo sie na jedna chwile zza chmur, oswietlajac wieczorne niebo cieplymi kolorami i jedna kolorowo ciepla lza splynela po moim policzku

- lec wysoko, podazaj do swiatla, podazaj w strone swiatla…

rediowoze.jpg
by IkaruS

wrzesien.jpg
by IkaruS


  • RSS