karusiek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2008


by IkaruS

moja glowa wciaz podskakuje w rytmie mijanych stacji, dworcow, slumsow,  krzyczacych  sprzedawcow  chaju i kawy,  zaszczanych kibli,  jedzenia z wiaderek,  rozmow,  powitan,  pozegnan,  czterdziesci godzin w pociagu, aklimatyzuje cie jak do tymczasowego domu, wiesz kto jedzie do konca, kto wysiada, znasz rodzinne powiazania swych sasiadow, gdzie mieszkaja, dokad jada, status ich dzieci, wnuczat, kuzynow, opiekuja sie toba przez caly czas, cieplo zegnaja na dworcu placzac i zapraszajac do swych domow, jesli tylko ktoregos dnia zawitam w te strony ponownie, kto wie…
jestem w kalkucie, gdzie nic sie nie zmienia, oprocz pogody i cen niestety, juz przy sniadaniu spotykam swych znajomych z poprzednich lat i mam poczucie, ze decyzja byla dobra, birma? nie zobacze trudno…lucy, govindo, sarah, sanush,  papdi,  raju? juz jutro…

osiagnelam stan, ktory osiagnac chcialam, jedyny stan, ktory pozwala mi wypocic do konca angielskie resztki z mego organizmu i w to miejsce zaladowac porcje nowego pozytywizmu i energii niezbednej do dalszych dzialan…
czesto pada pytanie, co robisz tam calymi dniami? hmmm, gdy nie przemieszczam sie, nie zwiedzam, nie robie zdjec, nie ucze i nie dzialam charytatywnie, moj dzien wyglada jakby nic sie nie dzialo i chyba o to w tym wszystkim chodzi, na taki stan pozwalam sobie rzadko, od czasu do czasu - na dluzsza mete jest on meczacy…
moj przykladowy dzien:
budze sie o 8 a wlasciwie budzi mnie gdakanie kur i krzatanina na podworku, powoli robie toalete i swe cwiczenia dla ciala i ducha, pani domu okolo 9 przynosi mi sniadanie na werande, jem, bawie sie z psami, puszczam muzyke, jakies pol godziny pozniej szykuje sie do wyjscia na plaze, po drodze zatrzymuje sie kilka razy, w sklepie na rogu gdzie mydlo i powidlo, by pogadac z diplo-wlascicielem, dalej w guest housie, ktorego wlasciciel zalatwil mi moj maly domek, pozniej w lokalnej piekarni, gdzie kupuje kilka swiezo pieczonych banana bread, pozniej skrecam na droge na plaze, by przycupnac na zydelku z kilkoma znajomymi i przy szklaneczce czaju pogawedzic, przejrzec gazete i w koncu zebrac sie w sobie by wstac, jest juz po 10, plywam troche odpoczywam i po godzinie schodze do cienia, zalegam w jakiejs knajpce z miejscem lezacym i czytam, pozniej drugie sniadanie, przewaznie owoce z musli i jogurtem, okolo 14 zjezdzam  na baze, po drodze zaliczam internet, wracam do domu, biore prysznic, robie pranie, odpoczywam by okolo 17 udac sie do zaprzyjaznionej restauracji w malej zatoczce pomiedzy patnem i palolem, gdzie chlopcy z nepalu maja gitary i gdzie pyszne jedzenie, tam jem kolacje, czytam, gramy, zachod slonca, rozmowy, czasem idziemy do palolem na male kameralne koncerty, czasem nie i tak, kolo 22 zaczynam spacer z powrotem, omijaja lokalne psy i krowy spiace na plazy, docieram do domku ok. 22.30, matylda juz tam jest, toaleta, czytanie, marzenie i spac…aby do jutra

ps. bilet na pociag do kalkuty kupiony na piatek rano, nikt nie wie ile zajmie podroz, superexpres, 2133 kilometry, moze 36 moze 48 godzin, nie wiem, jade podazajac za wewnetrznym glosem, ktory mowi mi, ze tam miejsce i czas dla mnie…

matylda pojawila sie w mym zyciu kilka dni temu, choc moze bylo na odwrot i to ja pijawilam sie w jej, tak czy inaczej spedza ze mna mile letnie noce dajac mi poczucie ze nie jestem sama w tym magicznym miejscu,
pojawia sie nagle, wczesnym wieczorem, nie wiem skad, wslizguje sie na swoja ulubiona wtyczke i patrzy na mnie z ukosa, jej zielonkawa skora ma jedwabisty polysk a ciemnozielone oczy wodza za mna w te i z powrotem, lekko oddycha i lapki sklada przed soba jakby chciala mi pokazac, ze ona rowniez odpoczywa, ani sie spostrzege a juz zapada w sen gleboki, nic nie jest w stanie jej obudzic, moje szeptania do uszka, zagladanie w oczka, dmuchania w szyjke, nic, zostawiam ja wiec w spokoju, puszczam muzyczke, by nam bylo milo i ja wkrotce dolaczam rowniez do swiata spelnionych marzen sennych, rano, gdy sie przebudzam jej juz nie ma, znika rownie cichutko jak sie pojawia i tylko wilgotna rosa na wtyczce swiadczy o tym, ze jeszcze przed chwila tu byla,
pani domu przynosi mi sniadanko na werande, ja odpoczywam, ide na plaze, czytam, rozmawiam, by wieczorem znow spotkac ja na swej wtyczce wpatrzona gdzies ponad horyzont,
dziekuje matyldo:)


by IkaruS


by IkaruS

na korytarzu ktos drze sie ponownie, nie chce mi sie otwor4zyc oczu, ale zmuszam sie by kontrolnie sprawdzic godzine, 12.15, co??? jak to spalam 15 godzin?? niemozliwe, zrywam sie z lozka, juz kwadrans temu powinnam wymeldowac sie z hotelu nie mowiac juz o tym ze za niecale 2 godziny odchodzi moj autobus na goa, wystawiam plecak przed pokoj, tlumaczac zdiwionemu mojemu poczochranemu wygladowi, portierowi, ze z lekka zaspalam i niech mi da jeszcze 5 minut, szybka toaleta i juz jestem na ulicy w poszukiwaniu miejsca na sniadanie, innego niz leopold’s cafe, gdzie ceny jak w holywood a nie bolywood a i tlum bialasow sie klebi, uciekam gdzies do lokaleskiej veg restaurant by wrzucic co nie co, z powrotem po bagaz i juz podazam na dworzec,

miejsce mialo byc przy oknie numer 21 ale pan cos nie dopatrzyl dzien wczesniej i okazalo sie ze moje juz jest zajete, no coz trudno, daje mi 31 w zamian nie mowiac ze jest to najgorsze miejsce ze wszystkich, tj na ostatniej kanapie, gdzie piec siedzen a w dodatku po srodku, wiec w nocy bede sie obijac raz o hindus z prawej a raz z lewej, co z reszta dla nich akurat mile, korzystajac z tego, ze jeszcze nie wszyscy wsiedli, laduje sie przy oknie a co tam, tlumacze kolesiowi, ze tak zaplacilam i juz, on milo akceptuje i ugaduje hindusow by na to przystali, korki straszne i smog wdziera sie przez okno, kolo mnie rozsiada sie mlody kolezka, leko podejrzany i okazuje sie ze intuicja mnie nie zawodzi, gdy nastaja pierwsze ciemnosci, koles niby niechcacy laduje lapka nie tam gdzie trzeba, ja mu lokciem w zebra, on sie odsuwa, by za jakis czas znow przyatakowac, ataki to dosc nieporadne a i moje kuksance coraz mocniejsze lacznie z werbalnym okrzykiem „hej” co odstrasza go na tyle, ze przestaje (trzeba tu dodac, ze w Indii moglabym go podac na policje za takie zachowanie-ale zal mi sie zrobilo gnojka, gdyz moze to jego jedyna szansa dostac w zebra od bialaski, wiec niech sie cieszy)

do margao dojezdzamy bladym switem, soczysta zielen budzi sie w promieniach slonca ogrzewana ceglista gleba, na dworcu przesiadam sie w autobus do palolem, tam tlum lokalny, kolorowy i po raz pierwszy problemowy, koles laduje kosze z owocami na targ, blokujac cale przejscie dla podroznych, pani nauczyciel siedzaca kolo mnie, nie pochwala tego i notuje w malym notesiku numer autobusu by zglosic cala sprawe odpowiednim sluzbom, tlumaczac mi ze za tydzien rozpoczyna sie tydzien bezpiecznej drogi i tak nie moze byc,
z palolem do patnem i juz o 9 laduje w milym domku z dala od plaz i czerwonych twarz, mam caly domek dla siebie z kuchenka i lazienka do tego cudowna rodzine tuz u boku, ktora na wejscie zamiast chlebem i sola powitala mnie herbata z kardamonem, dosami i fish masala, mniam, zaczynam odpoczynek….

ps. celem wyjasnienia, odpuszczajac w tym roku andamany, udalam sie na goa celem naladowania baterii, kilku znajomych z poprzednich lat tez tu jest, wiez zamierzam troszke poplazowac, co moze przelozyc sie na ma tworczosc foto , niby sezon w pelni, a ludzi malo to dobrze, tlumow tu nie trzeba

boeing koluje nad slumsami bombaju, ktore w porownaniu do rozswietlonych europejskich stolic wygladaja dosc blado, mam miejsce przy oknie i panosze sie na dwoch siedzeniach, gdyz nie ma pelnego oblozenia, nos przyciskam do szyby i moge przysiac, ze  juz przez mikroskopijne szczelinki i otwory wentylacje wkradaja sie pierwsze zapachy jej…gdy nasz wielki, gigantyczny samolot podchodzi do ladowania unoszac sie zaledwie metry nad mozaika skleconych hinduskich domow, ma sie wrazenie ze zaraz pozrywa im dachy, ze wyrwie ludzi pogrozonych jeszcze we snie z ich lozek, ze rozerwie te poranna cisze swym rykiem i wyciem, ze oni wyskocza zaraz na ulice przekonani, ze to koniec swiata, ale nie, w dole spokoj, widac dzieciece rowery, krowy, otworzone maski samochodow w reperacji, ludzi nie widac, oni pewnie juz sie przyzwyczaili, pewnie zadowoleni sa ze w ogole maja dach nad glowa…India

odbieram bagaz na pustym lotnisku, nie mam sie z kim dzielic taksowka – wiec pojade sama, po wyjsciu z hali przylotow, zamykam oczy i chlone te magiczna chwile, gdy jej zapach po raz pierwszy wnika poprzez twe nozdrza do glebi, do glowy, do duszy, do ciala, do kazdej komorki, zapach, ktory jak najlepsze perfumy niesie wiele ukrytych nut i historii tworzonych przez te magiczna ziemie - smiech, placz, bogactwo, biede, szczescie, rozpacz, madrosc, ciemnote, zapach kadzidel, smrod gnoju, znajdziesz tu wszystko, do glownej nuty dochodza ulotne jak mgielka tymczasowe wyraziste nutki, ktore uzaleznione sa od miejsca, przez ktore aktualnie przejezdzasz taksowka lub w ktorym przebywasz, tu wariacji jest wiele, poprzez kanal zapelniony kalem w centrum miasta, zapach moczu parujacy z chodnikow, woni smazonych na ulicy samos, przyprawionego kardamonem czaju az do oblednych zapachow kwiatowym z pobliskiego targu - zaskakiwana jestem wielokrotnie,
nie zaskakuje mnie ani troche natomiast, cos co wydawac by sie moglo nie do pomyslenia, ze kierowca po oplaceniu przeze mnie kursu do hotelu, jedzie najpierw na stacje zatankowac, co zajmuje nam okolo pol godziny, akurat mi to nie przeszkadza, z glosnikow leci hinduska muzyka a czerwone poranne slonce wstaje nad miastem, gdzie jego mieszkancy po raz kolejny rozpoczynaja swoj codzienny boj o przetrwanie,
wszystko zasnute jest smogiem, jakby mgla kurzu zawisla w niecce i nie chciala sie rozproszyc, dlatego moge patrze na slonce bez ciemnych okularow a jego czerwien mnie wciaga…

jutro rano samolotem do bombaju, a tam na nowo spojrzę na stare, cały czas kłęby myśli w głowie odnośnie trasy i tego co dla mnie w tej kolejnej podróży najważniejsze, i już chyba powoli dojrzewa to we mnie, już chyba prawie wiem…

ps.serwer sie na razie wyłamał ze współpracy, cierpliwości


  • RSS