karusiek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2008

rano do naszej wesolej brygadki dolacza jeszcze koles z zimbabwe (anglik tam urodzony ) i po szybkim sniadaniu ruszamy w gory, niebo zachmurzone, blado sine, slonca nie widac, wiec o widokach osniezonych szczytow mozemy zapomniec, tak czy inaczej byc w sikkimie i nie „pospacerowac” to jak nie zjesc gofrow na molo w sopocie, pelni optymizmu wiec zaczynamy nasza wedrowke.
waska kamienista sciezka stromo schodzi w dol, dookola otacza nas soczysto zielony las, w ktorego gluszy zagubione sa malenkie chatki, a w  nich zagubione sa smiejace sie twarze wiesniakow pozdrawiajacych nas po drodze. ja zawsze wiedzialam, ze nie lubie sie wspinac i zdobywac szczytow nawet tych najmniejszych a co dopiero spacerowac u podnoza himalajow, ale jakos probowalam przekonac siebie sama, ze to jednak fajna sprawa, cool, ze trekiem byc to jest to. chyba sie jednak nie udalo. po dziesieciu minutach ostrej jazdy w dol, moje nogi trzesa sie jak osika, kolana bola, a palce u nog od ciaglego nacisku na przod adidasa, zmiazdzone blagaja o litosc. nie pekam jednak, staram sie zingnorowac to wszystko ucinajac sobie pogawedki z richim (zimbabwe).
koles z hoteliku powoedzial, ze to jest latwiejsza czesc naszego 6-cio godzinnego spaceru, nie chce myslec, co bedzie dalej.
slizgamy sie na zroszonych kamieniach, lapic sie bambusow, by nie runac za szybko w dol, pierwszy przystanek mostek na rzeczce, wyciagamy zapasy i przekaszamy co nieco, osiagnelismy najnizszy poziom doliny, teraz musimy sie wspiac na wzgorze po drugiej stronie rzeki, pozniej przejsc przelacza do nastepnego wzgorza, by tam droga marszem pokonac jeszcze jakies szesc kilometrow.
zaczynamy wspinaczke, juz sama nie wiem, czy wole schodzic w dol czy sie wspinac, czy mozna w ogole nie wolec? jesli tak to ja wybieram te opcje.  nie pokazuje nic ze pekam, ze serce wali mi jak dzwon, gdzies w okolicy gardla, ze pot zalewa mi plecy i splywa waska struzka w okolice … ze nie moge zlapac oddechu i ze generalnie gdyby w tym momencie przejezdzal jakis jeep to wskoczylabym na pake bez zadnych wyrzutow sumienia
gdy docieramy do drogi, juz mi wszystko jedno, kilometr, dwa, piec, poddaje sie monotoni spaceru, a tu nagle zza zakretu wybiegaja lokaleskie dzieci wracajace ze szkoly i juz zadne zmeczenie sie nie liczy, pstrykamy zdjecia, dzieci sa przeurocze, co zakret to nowa brygada, mijamy kolorowe domki zawieszone nad przepasciami, mijamy ludzi, ktorzy zyja tu z dala od cywilizacji, od pospiechu, od rozterek, odcieci od swiata przez kilka miesiecy w roku, czy sa szczesliwsi? czy sa swiadomi tego, co gdzie indziej? moze to im niepotrzebne, zbedne. ten wrzod cywilizacyjny, ktory na nieszczescie my wychodowalismy w naszych glowach,
 chlone i plone, plona oczy moje od szczesliwosci tu zastanej, od spokoju i harmoni, czy zyc bym tak potrafila? tesknilabym, tesknila…

poznym popoludniem docieramy do celu, zagubione wsrod szczytow swiete jezioro otaczaja tysiace modlitewnych flag, cisza , tylko deszcz, ktory wlasnie zaczal padac, niesmialo obija sie na tafli jeziora, spokoj.


by IkaruS

pozegnawszy sie z cala brygada w kalkucie ruszam na wieczorny pociag do siliguri, najblizszej stacji od darjeeling, w wagonie obok zaprzyjazniona polka asia, z ktora mam sie spotkac o poranku na miejscu, by dalej przemieszczac sie razem, mimo iz jest goraco mam na sobie adidasy i kurtke pod reka oraz spiwor na wieczorne chlody, ruszam w koncu na polnoc a tam wciaz konczy sie zima, pociag nie przepelniony, kilku chlopcow smetnie wloczy sie roznoszac czaj, jedna szklaneczka na rozgrzewke, rozlokowuje sie na wyrku, slucham nowego radiohead i juz po chwili odplywam…
rano dojezdzamy o czasie, wyladowuje sie na peron, namierzam aske i razem czlapiemy na przystanek jeepow, tam na nasze pytanie o darjeeling wszyscy wrzeszcza ze strajk, ze zamkniete, ze nikt nie jezdzi, pytamy policjanta w celu potwierdzenia i rzeczywiscie on rowniez twierdzi ze dolina odcieta od swiata i nie wiadomo ile dni to potrwa. szybka decyzja i juz siedzimy w rykszy rowerowej do biura wydajacego permity do sikkimu, po drodze mija nas inna ryksza rowerowa zmierzajaca tez do biura, na ktorej parka freekow wrzezczy do nas porownujac ceny za ryksze, sa szczesliwi, ze zaplacili mniej, dojezdzamy do biura, ktore otwieraja dopiero o 10 i wraz z parka z rykszy i okolo 20-stoma innymi turystami czekamy na urzednika. po chwili ku naszemu zaskoczeniu okazuje sie ze parka freekow to polacy i tak jak nigdy mi sie to jeszcze nie zdazylo, by spotkac tylu naszych w jednym miejscu tak teraz jest nas czworo.
 urzednik pojawia sie po 10-tej by zakomunikowac nam iz zabraklo im formularzy i ze beda one dopiero po 14-tej wiec mozemy jechac do sikkimu i starac sie o permit na granicy, zawijamy sie wiec na postoj jeepow a tam sceny dantejskie. dziki tlum lokalesow, klebiacy sie wokol dwoch jeepow, wrzeszcza, gestykuluja, pytamy o co chodzi, mowia, ze do sikkimu tez nie da sie przedostac, ze moze jutro. nie za bardzo usmiecha nam sie spedzenie kilku dni w siliguri tymbardziej, ze tom i lucy (parka freekow) nie maja zbyt wiele czasu. jak to jednak polak potrafi przekonuje sie juz po godzinie, gdy tomek zakreciwszy sie tu i tam i wykombinowal nam jeepa jadacego do stolicy sikkimu gantoku, biegiem ladujemy sie wiec we czworke, do tego parka portugalczykow i czterech lokalesow i ruszamy w droge.
szosa wyludniona, brak samochodow, brak rowerow, co chwila uzbrojone patrole wojskowe, jedziemy wspinajac sie pod gore i juz po kilku zakretach czuje, ze po raz pierwszy od wielu lat powraca moja choroba lokomocyjna, jeszcze udaje mi sie przytrzymac pawia przez jakis czas, ale moja twarz zmienia kolory jak w kalejdoskopie i chyba musze wygladac zle skoro wszyscy szybciutko ustepuja mi miejsca przy tylnych odkrytych drzwiach „just in case”
gdy ma zielen siega odcienia zgnilo zoltego jeep zatrzymuje sie, gdyz przed nami na waskiej gorskiej drodze korek, ktorego konca  nie widac, okazuje sie ze gorkanie (walczacy o swoj wolny kraj gorkaland) zablokowali jezdnie i nie przepuszczaja samochodow ani w jedna ani w druga strone. wojskowe samochody  pelne zolnierzy  przeciskaja sie miedzy stojacymi samochodami. chlopcy  ida rozejrzec sie w sytuacji, dziewczyny gadaja na poboczu, a ja dochodze do siebie na tylnym siedzeniu. nasz kierowca jest na tyle obrotny, ze po godzinie zalatwia nam transport po drugiej stronie blokady, ladujemy wiec plecaki i z buta pomiedzy wojskiem, samochodami i strajkujacymi przebijamy sie na druga strone. tam czeka na nas jeep z sikkimu i juz po chwili smigamy dalej, po 20 minutach przerwa na sniadanie – jest godzina 14-ta, zjadam talerzyk veg momo (odpowiednik naszych pierogow) i wypijam jeden czaj, nie wiem czy to dobry pomysl ale przynajmniej bede miala co z siebie wyrzucic. widac pierwsze osniezone szczyty himalajow, slonce przyswieca a swieze gorskie powietrze wypelnia me pluca kalkuta zmeczone,
ruszamy dalej, droga kreta przez gory, takze w godzine pokonujemy moze 30 kilometrow, portugalczycy maja przenosny sound system, wiec regge rzadzi w naszym jeepie i w moim zoladku, na szczescie mam miejsce przy oknie, przez otwarta szybe wyrzucam z siebie momo, czaja, banana, ktorego zjadlam na sniadanie i pare innych snakow, pozniej juz nie mam co, wiec wyje wraz z mym zoladkiem, nie wierze, ze jest az tak zle, nie ma czasu sie zatrzymac, 40, trzydziesci, dwadziescia, coraz blizej, sciemnia sie gdy  ma glowa zwisa bezwladnie przez okno nad kamienista przepascia, jeszcze chwila i jestesmy w gantoku, uff dalam rade, przepraszam kierowce za kolorowe graffiti, ktore wymalowalam na boku jego jeepa, on usmiecha sie i ze zrozumieniem kiwa glowa, zwlekam sie do hotelu dygoczac z rozkolatana glowa, jest zimno, przenikajaco zimno, hotele w indiach sa nieogrzewane, wiec spi sie w ubraniu, spiworze, przykrytym kocem, zapodaje herbate rozgrzewajaca na dole w restauracji i wale sie spac, polacy z portugalczykami swietuja sukces misji – sikkim.
rano o 7 mamy jeep do peiling, gdzy my i portugalczycy zmierzamy by polazic po gorach troszeczke i popodziwiac osniezone szczyty w oddali, moj zoladek wyje na mysl o kolejnej 6-cio godzinnej jezdzie po gorskich drogach, ale uspokajam go glaszczac i masujac i obiecujac mu, ze wszystko bedzie dobrze – i jest – niesamowite, droga mija nam wesolo i szybko i juz o 13 ladujemy w peiling, osniezone szczyty kanczandzongi, tarasik z lezakami, momo i goracy czaj, cudownie, brygada doborowo sie dobrala, swietnie sie bawimy a jutro rano wybieramy sie na maly trek do swietego jeziora ukrytego w gorach

25 godzin w autobusie, tylek obity na filoetowo a konczyny wyja o
rozprostownie, ogarne sie z lekka i wrzuce zalegle opowiesci, a dzialo
sie dzialo i to po polsku, ale o tym wkrotce

w telegraficznym skrocie, gdyz internet wolny jak zolw zaspany o poranku
darjeeling odciete od swiata gdyz cala dolina zamiaszkala przez gorkan walczy o niepodleglosc i swoj kraj gorkaland, zatem musielismy z napotkana brygada zmienic plany i udalo nam sie przedostac do sikkimu gdzie spedzilismy kilka milych dni, wczoraj znow przeprawa do granicy nepalskiej, tam rowniez starcia wewnatrz kraju, ale dla turystow bezpiecznie, dzis po poludniu autobusem nocnym w kolumnie z innymi ruszamy pod eskorta do kathmandu, skad nadam wiecej wiadomosci

dni spedzone w kalkucie zlaly sie w przyjemna calosc, ktora po raz kolejny zawladnela mna calkowicie, mgliste poranki, praca z dziecmi, kluski na ulicy, czaj z przyjaciolmi, wspolne kolacje, wieczory rozegrane na tarasie, wszystko to sprawia, ze  jest to moj drugi dom, dom, do ktorego zawsze chetnie wracam, gdyz nic sie w nim nie zmienia, roztacza on opieke nade mna dajac poczucie, ze nawet w tak odleglym zakatku mam swa rodzine, ktora steskniona przywita mnie ponownie, jesli kiedykolwiek zdecyduje sie wrocic
dzis wieczorem wsiadam w pociag na polnoc do dajeeling, skad wywyodzi sie jedna z najlepszych herbata swiata, obecnie trudno bedzie marzyc o zielonych stokach zalanych sloncem i zapachu swiezych lisci, gdyz w gorach temperatura dosc niska, niska na tyle, ze gdy hindusi slysza, ze jade na polnoc z przerazeniem w oczach staraja sie mnie ostrzec przed czekajacym mnie odmrozeniem calego czlowieka, ja cierpliwie im tlumacze ze 5 stopni w dzien i 0 w nocy to dla polaka temperatura do przyjecia, gdy jest wyposazony w kurtke, cieple buty, czapke i pare innych gadzetow, ale oni wiedza swoje i beda sie za mnie modlic. jedynym problemem moze byc fakt, ze w indiach nie funkcjonuje cos co nazywa sie system centralnego ogrzewania, ale niektore hotele maja kominki, a poza tym ma spiwor i dwie pary rajstop, uaaa, nowa przygoda…

jest 6.58 gdy wchodze do restauracji, jednej z nielicznych otwartych o tak wczesnej porze, znajomy kelner dopiero rozstawia stoliki, wiec czekam przegladajac menu, platki z mlekiem i dwie kanapki grilowane z serem i pomidorem, do tego swiezo parzony imbir z cytryna i miodem na me kaszlace gardlo, siadam na ulubionym krzesle by miac podglad na ulice, ktora roztacza sie tuz za drzwiami,
buro bialy pies wymiotuje w konwulsjach na asfalt, to co udalo mu sie wygrzebac ze smieci, niestety zostanie zmarnowane, ale tylko dla niego, szybko zlatuja sie czarne kruki i dojadaja to, co moga z rzygowin, szczurow nie widac, te wychodza noca, zolta taksowka rozjezdza zolta pake i darmowa wyzerka skonczona;
dzwonia dzwonki rowerowe, odkad ptasia grypa zawladnela miastem i jego okolica, kurierzy nie woza zywych kurczakow przywiazanych do kierownicy, przebranzowili sie na gazety, ktorych jedna sterte maja przytwierdzona z przodu, druga z tylu roweru;
7.10 zaczynam jesc, od razu w drzwiach pojawia sie znajomy staruszek, ktory zawsze sprzedaje mi gazete, jesli oczywiscie mam ochote na hinduskie wiadomosci, gdyz strona z miedzynarodowymi informacjami jest dosc dziwnie redagowana i czasem najwazniejsza informacja jest to, ze britney zmienila kolor wlosow, dzis z usmiechem mu odmawiam, co nie znaczy, ze nie wroci za 10 minut by sprobowac jednak mi ja sprzedac,
przed restauracja po prawej mala swiatynia, gdzie bramin dzwoni glosno spiewajac modlitwy, pozniej wchodzi do srodka restauracji z mala taca, na ktorej plonie lampka, kadzidla, owoce na ofiare, znaczy na kolorowo czola kelnerow i blogoslawi ich na caly dzien, gdy wychodzi slychac glosne pierdniecie na schodach prowadzacych do kuchni, to kucharz, ktory od razu zostaje zrugany przez kelnera, z ktorym zasmiewamy sie do lez w ten mglisty poranek,
przy sasiednich stolikach znajome twarze wolontariuszy, ktorzy jak ja, wracaja rokrocznie, sa tez nowi, jestesmy jak jedna wielka komuna, rodzina, ktorej celem jest sluzyc, dawac, dzielic sie, pomagac, by znalesc spokoj
7.32 place rachunek i wychodze na zasyfiale ukochane ulice, slonce niesmialo przedziera sie przez opary zaspanego miasta, podazam przed siebie mijajac swiat dookola, dzieci spiace na ulicy, zebrzacych starcow, robotnikow remontujacych ulice, ludzi koni przygotowujacych swe ryksze; podazam przed siebie, choc tak naprawde stoje w miejscu, zatrzymalam sie tu na chwile, na czas, ktory  dla mnie wazny i dla mych dzieci,  jeszcze chwila, jeszcze dni kilka, jeszcze kilka usmiechow i lez…


by IkaruS

przeciskam sie przez tlum kierujac sie w strone stacji metra, z naprzeciwka podaza bramin spiewajac glosno modlitwy a za nim kondukt zalobny z nieboszczykiem na noszach. jego oczy i usta przyozdobione kwiatami, wychudla twarz i siwe wlosy. cialo nakryte jest kolorowymi szatami, oprocz glowy, ktora obija sie w rytm krokow mezczyzn niosacych nosze.
smierc w indiach towarzyszy ci na codzien, jest czescia krajobrazu, nie wiesz kiedy i gdzie przyjdzie ci spotkac ja znowu, ale wiesz ze taki dzien nadejdzie. po kilku razach powszednieje ona i zdajesz sobie sprawe, ze to jedna z wielu czesci zycia, tak samo wazna jak kazda inna, ze rodzimy sie po to by umrzec, czasem zdarza nam sie o tym zapomniec, ale kazda minuta, oddech, mysl przybliza nas do nieuniknionego…

czy to, ze lucy, govindo, subash nie wiedzieli co to smierc, nie byli swiadomi tego, co ich czeka, czy to znaczy ze sie nie bali? odeszli we snie, w spokoju, moze do innego, lepszego miejsca , gdzie ich ciala i umysly polacza sie ze soba w prawidlowy sposob i w koncu bedzie im dane pobiec w porannym sloncu po zroszonej lace i zatanczyc z motylami…
mialam to szczescie spotkac ich na swej drodze i podarowac czesc mego serca, czastke mnie, ktora na zawsze zostanie w kalkucie, a one w zamian nieswiadome podarowaly mi czastke siebie – czysta, najczystsza, prosta, najprostsza, usmiechnieta, niezmacona, piekna, najpiekniejsza…dziekuje

govindo

subash

lucy

by IkaruS


by IkaruS


  • RSS