dla takich chwil wracam tu: do kultury, do miejsc, do ludzi, do emocji, do doznan malych i duzych, do tego, czego zaden koncert w Indiach mi nie da, nie poniesie mnie tam gdzies na skrzydlach do Islandii, nad gejzery, nad przepascie, nad skaly, nad urwiska wypelnione dzwiekami, szeptami, cieniami, lzami, ktore po policzkach wczoraj cieple splynely, ze wzruszenia, ze cos tak pieknego mozna zagrac, trafic tam, gdzie najgorecej, w serce…

widzialam sigur ros pierwszy raz jakies 9 lat temu, gdy u nas jeszcze malo znani, grali na roskilde w malutkim bocznym namiociku, gdzie moze 500 osob rozsiadlo sie na blotnistej trawie, gdzie ich przyjaciolki roznosily w okolo kadzidla nadajac orientalna nute calemu przedsiewziecu i gdzie juz wtedy smykiem wygrywane dzwieki na gitarze polaczne z nadludzkim spiewem powodowaly ciarki emocjonalne w mym calym, jakze mlodszym, ciele;

jak to dobrze, ze mogli oni dalej sie rozwijac, by wczoraj stanac na scenie i poplynac tam, gdzie juz tylko nic…